Przysięgam, kiedyś zgubię głowę. Nie wiem czy wisi na mnie jakaś klątwa, że stale mi się coś przytrafia. Tym razem chodziło o mój lot do Nepalu. Czy jest jakiś limit pecha albo niefortunnych zdarzeń, które nas dopadają? Bo mam wrażenie, że mój jest niewyczerpany.

Wyobraźcie sobie moje podekscytowanie, kiedy w połowie stycznia dostałam zaproszenie na FAM trip to Nepalu. Mała grupa, więc czułam się trochę jak VIP – zaledwie cztery osoby miały brać udział w tym wyjeździe. Dwutygodniowym!!! Wszystkie koszty miały być pokryte, poza biletami lotniczymi – te miałam kupić sama.

Nie będę teraz wchodzić w szczegóły jak to się stało, że bilety lotnicze kupiłam na 1,5 dnia przed wylotem. Tak czy tak, było pewne – lecę. Wylot następnego dnia o 9.25 z Luang Prabang w Laosie, kilka godzin w Kuala Lumpur i dalej do Katmandu.

Tuż po północy, już całkowicie spakowana i prawie gotowa do wyjazdu przypominam sobie, że nie wymieniłam laotańskich kipów na dolary. Za granicą nie da się ich wymienić, więc muszę to zrobić jeszcze w Laosie. Inaczej zostanę z 80 dolarami w kipach, które na nic mi się nie zdadzą… (A muszę mieć dolary amerykańskie, żeby zapłacić nimi za wizę do Nepalu!) Ale nie panikuję. Wymienię na lotnisku.

Rano jedną ręką czeszę włosy, drugą wpycham rogala do ust (a przynajmniej wydaje mi się, że to robię, ale nie jestem multitaskerem, więc kończę z okruchami we włosach), przyjeżdża tuk tuk, jedziemy na lotnisko. Jest 7.28 kiedy wchodzę do hali odlotów i od razu kieruję się do kantoru. Zamknięty, drugi też. I trzeci. Kuźwa. Jeśli nie wymienię tych kipów na dolary, nie będę miała czym zapłacić za wizę do Nepalu!

Jedyny otwarty kiosk na lotnisku to Bangkok Airways. Pytam panią, która tam pracuje kiedy otwierają kantory.
– O dziewiątej – pada odpowiedź.
– Co?! Losie, to dla mnie za późno! A mam do wymienienia 80 usd! Nie wie pani czy tu w okolicy jest jakaś inny kantor!?
– Nie ma… – pani widzi moją spanikowaną miną, otwiera szufladę i wyciąga jeden banknot 100 usd. – Ale mam to…
Motyla noga, ta kobieta ratuje mi życie! Proszę, żeby chwilę poczekała i biegnę do bankomatu. Wypłacam jeszcze 20 usd w kipach i mam ochotę całować panią po rękach, że się ze mną wymieniła.
Zadowolona idę na odprawę i już bez problemów lecę do Kuala Lumpur.

Ląduję, dostaję dziewiątą już pieczątkę z Malezji do paszportu, odbieram bagaż. Mam przed sobą 5 godzin na lotnisku. Idę na kawę, zdążę jeszcze popracować. Lot mam przecież dopiero o 18.30.

Spokojnie piję kawę i coś tam stukam w komputerze. Czasu na pracę zawsze mało, więc zwykle trzeba pracować też w drodze (tym bardziej, że lot do Katmandu będzie trwał 5 godzin, ile czasu na pisanie!). Pada mi bateria, ale spokojnie naładuję po check-inie, znam już to lotnisko na wylot, zdążę.

O 16.40 zamykam komputer i idę na odprawę. Patrzę na tablicę odlotów, ale nie widzę żadnego lotu do Katmandu po godz. 18. Patrzę na kartę pokładową – no tak, przecież lecę Malindo Air, a nie Air Asia, czyli muszę zmienić lotnisko na KLIA (KLIA2 obsługuje tylko loty Air Asia).

Szukam KLIA Express, kupuję bilet na pociąg, pani informuje mnie, że kolejny pociąg będzie za 10 minut, ale przejazd trwa tylko 3 minuty. Super. Oczywiście pociąg przyjechał punktualnie, ale postanowił sobie jeszcze kilka minut postać na peronie tak po prostu. Nie-super. Kiedy przyjeżdżam na KLIA jest mniej więcej 17.10. Patrzę na tablicę odlotów – lot Malindo Air, odprawa w rzędzie F, trwa boarding. Idealnie, mam do wylotu jeszcze prawie 1,5 godziny. Idę.

Odnajduję rząd F, ustawiam się w kolejce, ale dziwię się, że jest ona taka krótka – przede mną stoi zaledwie osiem osób. Do tego przy trzech czynnych stanowiskach zamieszanie, bo jeden z pasażerów nie chce zapłacić za nadbagaż. Patrzę na zegarek, jest 17.18.
Czekam.
Czekam.
CZEKAM.
Wreszcie udaje się spacyfikować pasażera. Pani o indyjskiej urodzie prosi mnie do stanowiska.
– Dokąd pani leci?
– Do Katmandu.
– Ale… Check-in na lot do Katmandu jest już zamknięty…
– CO?! Nie! JA MUSZĘ BYĆ DZISIAJ W KATMANDU!
– Niech pani szybko idzie do stanowiska E19!
Łapię plecak i biegnę na drugą stronę długiego ciągu stanowisk do check-inu. E19, jest!

– Czy tu jest odprawa do Katmandu?
– Tak, ale już zamknięta – odpowiada zimno sztywny pan w białej koszuli z identyfikatorem na szyi.
– Jak to?! Przecież jeszcze 45 minut do odlotu!
– Ale my zamykamy check-in na godzinę przed odlotem.
Czuję, że dłonie i kolana mam z waty. Oblewa mnie zimny pot i cała się trzęsę. Ostatni raz czułam się tak w Gruzji, kiedy chciał mnie stratować byk ważący jakieś 700 kg, a ja schowałam się do namiotu. Ale wtedy to było prawdziwe zagrożenie życia, a teraz? Czyżby tak miał przepaść mój FAM trip? Bo spóźniłam się na odprawę?!

W takich momentach pomaga tylko jedna postawa – przepraszająco-błagająco-blondynkowa (zawsze się śmieję, że kolor włosów w moim przypadku to nie przypadek). Wchodzę w rolę ofiary losu. Muszę przyznać, że jestem w tym dość dobra.
– Błagam pana, proszę coś zrobić! – zaczynam niemal płakać. – Mój pociąg się spóźnił, to nie moja wina! (Tylko nie wspominaj o kawie!) Ja muszę lecieć dziś do Katmandu! TU CHODZI O MOJĄ PRACĘ!!!
Mężczyzna patrzy na mnie badawczo, ale ciągle chłodno.
– Proszę poczekać – odwraca się do biurka i mówi coś pani siedzącej przy komputerze. Bierze mój paszport i kartę pokładową.
– Proszę pana, ja muszę dziś być w Katmandu… – ale pan w krawacie tylko podnosi rękę, żeby mnie jednocześnie uciszyć i uspokoić.
Po chwili pani przy komputerze pyta mnie dokąd lecę po Nepalu i czy mam już bilet powrotny. Jezu, nie mam! Czemu oni o to pytają?! Tego nie ma w żadnych warunkach wjazdu do Nepalu! Muszę coś wymyślić!
– Lecę do Wietnamu. Nie mam jeszcze biletu, po to właśnie miałam lecieć do Katmandu! Mój szef już tam jest i pewnie jutro lub pojutrze kupi mi bilety, mam być w Nepalu 2 tygodnie. Mam dalej lecieć do Wietnamu!
Hanno, brawo. Gratuluję kreatywności.
Pani drukuje mi nową kartę pokładową, a pan zabiera mój bagaż i tłumaczy: szybko do kontroli paszportowej dla klasy biznes, a potem do odprawy bezpieczeństwa, bo boarding już trwa!

Ludzie, którzy biegną na autobus zawsze wyglądali dla mnie idiotycznie. Przecież zaraz będzie drugi autobus. Ale z samolotem jest inaczej, czasem musisz zrobić z siebie idiotę, żeby zdążyć. Więc pędzę przez lotnisko, włos rozwiany, pot płynie po twarzy, a podręczny plecak tego maratonu nie ułatwia.
Dopadam do kontroli paszportowej. Czemu ten facet wspominał kontroli dla klasy biznes, skoro tu też są kolejki?! Bez zastanowienia lecę na początek i błagam ludzi, żeby mnie przepuścili, bo mój boarding już trwa. Zgadzają się, dostaję pieczątkę do paszportu i biegnę dalej.

Kurwa, nie w tę stronę!

Pędzę, już mam dość, brakuje mi oddechu, ale ciągle biegnę. Cholera, czemu to lotnisko jest takie duże?! Dobiegam do gate’a, a tam tłum ludzi.
W kolejce.
W długiej ma 500 metrów kolejce do kontroli bezpieczeństwa. Ostatni punkt przed wejściem do samolotu.
Pytam ludzi na końcu kolejki dokąd lecą.
– Do Katmandu – pada odpowiedź.

Czuję, że moja twarz robi się lodowata, a oczy miotają pioruny. Serio? Ta mega długa kolejka wciąż czeka na odprawę do Katmandu? Przecież to jeszcze z pół godziny potrwa! Po kiego wała oni robili tyle problemów przy check-inie?!?!?!?!?!? Aaaaaaaaarghhhhhhhhhhhhh!

Poszłam do sklepu, zjadłam crossainta z szynką i serem na ciepło, wypiłam całą butelkę wody, zdążyłam skorzystać z toalety i JESZCZE czekałam 15 minut na koniec kolejki.

Kiedy już sprawdzono mój bagaż podręczny, usiadłam przed bramką i czekam na boarding. Oczywiście lot jest opóźniony o 15 minut. Z nudów obracam w dłoniach kartę pokładową i nagle widzę, że wydrukowane jest na niej: BUSINESS CLASS. Zaczynam się śmiać jak głupia i nie mogę tego powstrzymać. Serio, dostałam upgrade do klasy biznes, bo wymyśliłam historyjkę o szefie czekającym w Katmandu?!

Mogę być z siebie dumna.

Najpierw problemy z kantorem w Laosie, potem z check-inem, bateria w komputerze umarła, ale!

Ale za to mam szeroki, wygodny fotel w klasie biznes, a nawet dwa, bo nikt obok mnie nie siedzi. 😀 I jest gniazdko! Życie, ty to masz ze mną ubaw, nie? 😀

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Doleciałam do Katmandu, na FAM trip, którego nie mogłam się doczekać. Miałam dolary, żeby zapłacić za wizę. I kolejną historię do opowiedzenia. Szalony dzień! 😉

Ach, żeby nie było. Szczęścia w tej historii nie może być za wiele. W samolocie żadne gniazdko nie działało, a długopis się wypisał, więc tym razem nie było pisania w podróży… 😉

Zdarzyło wam się kiedyś coś podobnego? 😀

kiedyś zgubię głowę 😀