Przeszłam samotnie polskie wybrzeże Bałtyku, ze Świnoujścia aż na Hel. Dałam radę, pokonałam kryzysy, przewietrzyłam głowę z ograniczających myśli spowodowanych wydarzeniami ostatniego roku. Czuję, że wracam na tę falę, którą jakiś czas temu zgubiłam. W dzisiejszym poście robię małe podsumowanie tego, co mi w duszy gra po tym przedsięwzięciu. Zapraszam do lektury!

Choć odcinek wybrzeża od Świnoujścia po Cypel Helski wynosi około 350 kilometrów, to ja zrobiłam ze 400 km. Bo a to trzeba było wejść w głąb lądu, żeby ominąć poligon, który jest na plaży między Jarosławcem a Ustką. A to trzeba było odejść od plaży, bo nocleg był akurat za lasem. A to trzeba było ominąć port w Kołobrzegu itd. I w sumie wyszło 400 km. Mam w nogach, nie powiem.

moja trasa i miejsca noclegowe

Nie jestem w stanie w tym poście załączyć wszystkich moich przemyśleń o tym marszu i przygód, które przytrafiły mi się po drodze. Trochę co prawda przemycę Wam w tym tekście i kolejnych, a także we vlogach/podcastach, ale przede wszystkim z tego powstanie książka. Pomysł na nią dopiero w mojej głowie dojrzewa, ale wiem, że będzie to nie tylko relacja z całego mojego przejścia, ale też opiszę w niej nasz piękny Bałtyk i problemy, z jakimi się mierzy. Chciałabym połączyć przyjemne z pożytecznym.

Zajmie mi to jednak trochę czasu, bo najpierw w głowie musi powstać cała koncepcja tego ebooka. Ale spokojnie – do tego czasu będę opisywać Bałtyk na blogu. Bo wniosków też trochę mam do zapisania. 🙂

Nie porównuj się

Przejście od Świnoujścia na Hel zajęło mi dokładnie miesiąc – od 8. października do 8. listopada. To długo? Krótko? Cóż, przed tym wyzwaniem dużo czytałam o przejściu Bałtyku na różnych stronach internetowych i blogach, i stwierdzam, że… co za różnica?

Faktycznie, są hardcorowcy, którzy dziennie robią po 40 km i cały ten dystans są w stanie przejść w 12 dni, ale ja do nich nie należę i szczerze mówiąc, nawet nie chcę należeć.

Po pierwsze i najważniejsze, dlatego, że podróżowanie to kwestia bardzo indywidualna. Każdy powinien podróżować przede wszystkim tak, jak sam czuje, a nie tak, jak wyznaczają jakieś globalne standardy.

Żyjemy (stety-niestety) w czasach, kiedy wszystko praktycznie już zostało zrobione, napisane, powiedziane. Cokolwiek planujesz – ktoś przed Tobą i tak to już osiągnął. I przez to bardzo łatwo wpaść w pułapkę porównywania się z innymi, co w dłuższej perspektywie tylko prowadzi do frustracji.

Dlatego sztuką jest zaprzestanie porównywania się. Co masz z klasówki? Czwórkę? A Zosia mogła dostać piątkę, ty nie mogłaś?

To chore podejście zostaje nam w głowie na lata i przyznam, że ciągle się na tym łapię – ktoś może coś osiągnąć w takim i takim czasie, a ja nie mogę? I faktycznie na początku, czytając w internecie opisy przejścia Bałtyku, zaczęłam stawiać sobie w głowie pewne oczekiwania (głównie takie, że będę robić 20 km dziennie z przerwami na odpoczynek co 4 dni, więc ukończę całą trasę w 3 tygodnie), ale szybko je porzuciłam. Nie chciałam pędzić z jęzorem wywieszonym do ziemi, chciałam po prostu przejść wybrzeże. Nic nikomu nie udowadniam – jedynie sobie.

Chciałam przede wszystkim zrobić sobie taką terapię, oczyścić umysł, przeprocesować parę spraw, a na to potrzeba czasu, a nie gonitwy.

Ponadto, chciałam przeżyć naprawdę porządną przygodę. Taką, która nie potrwa tydzień czy dwa, ale dłużej. Miesiąc – to już całkiem spoko!

I ostatnie – praca. Brak płatnego urlopu to zmora każdego freelancera, więc komputer wędrował ze mną w plecaku. Poza tym od początku planowałam, że stworzę z tego przejścia fajne treści, więc mnóstwo czasu poświęcałam na robienie zdjęć i ujęć do vloga, a także na tworzenie relacji na Instagramie (jeśli mnie jeszcze nie obserwujecie, to zapraszam tutaj, bo tam się naprawdę dużo dzieje na story!). Te dodatkowe kilogramy i założenia mnie po prostu spowalniały.

Ale czy to mi w jakikolwiek sposób przeszkadzało? Absolutnie nie!

Mój projekt – moje zasady, moje tempo. To właśnie uwielbiam w tej robocie – że mogę wszystko realizować tak, jak ja chcę i z nikim nie iść na kompromisy. 😉 A potem tworzyć dla Was wpisy i inne treści. Więc się opłacało! 🙂

Poza tym uważam, że jeśli mamy się porównywać z kimkolwiek, to najlepiej z samym sobą z wczoraj. A ja właśnie zdobyłam +1000 punktów do zajebistości, w porównaniu z Hanką rok, pół roku, a nawet miesiąc temu!

Dlaczego Bałtyk w październiku?

Kilka osób zapytało mnie, dlaczego akurat Bałtyk, a nie góry czy jeziora. Inni pytali dlaczego w październiku. Przecież pogoda już taka niepewna, dzień krótszy, noclegi pozamykane.

Pewnie ci z Was, którzy obserwują mnie dłużej, wiedzą dlaczego akurat tak (i możecie przeskoczyć tę część do kolejnego nagłówka). Ale dla tych, którzy są tu pierwszy raz – wyjaśniam poniżej.

To wszystko wyszło dość spontaniczne.

Otóż w czerwcu tego roku wyrwałam się z bardzo toksycznej relacji, z przemocą domową. Więcej o tym pisałam w tym poście.

W sierpniu cały czas przechodziłam pewien emocjonalny proces po tamtym związku i wtedy właśnie, dokładnie 17. sierpnia, wpadłam na pomysł przejścia wybrzeża Bałtyku, a także napisania mojego ebooka “Lekcje życia w 10 rozdziałach”.
Te dwie rzeczy są ze sobą mocno połączone.

Żeby się z tego wyrwać, bo to było naprawdę ogromne emocjonalne obciążenie, wpisałam w Google: jak wyjść z toksycznej relacji? I w odpowiedzi znalazłam takie trzy kroki:
1. podejmij decyzję,
2. przygotuj się,
3. nie wycofuj się, choćby nie wiem jak było ciężko.

Kiedy na nie spojrzałam, pomyślałam, że to wygląda jak takie właśnie wielkie fizyczne wyzwanie. Zaczęłam więc się zastanawiać, co mogę zrobić, żeby w ten sposób wzmocnić mój charakter, a także okazać solidarność z osobami, które również były lub wciąż są w takiej relacji.

w Słowińskim Parku Narodowym

Wtedy mnie olśniło – przecież ja zawsze chciałam przejść wybrzeże Bałtyku, więc czemu nie? I to już, teraz! Nie w maju, kiedy cieplej i dłuższy dzień, tylko TERAZ. Bo nie wiem jak będzie wyglądało życie w maju – zresztą chyba nikt z nas nie wie. Więc po co czekać?

Zresztą, jak wspomniałam, zawsze chciałam przejść wybrzeże, tylko coś mnie powstrzymywało. Bo przecież nie dam rady sama… (WTF? 😀 )

Tu przejdę do drugiej części całego projektu, czyli ebooka. Kiedy już byłam w Polsce (wspomnę, że moja toksyczna relacja miała miejsce w Hiszpanii i stamtąd właśnie w czerwcu wróciłam), zaczęłam się zastanawiać, co takiego jest we mnie, że w ogóle dałam się wciągnąć w tę relację i nad czym muszę pracować, żeby więcej to się nie powtórzyło?

I gdy zaczęłam analizować (nie sama, ale z odpowiednią literaturą psychoterapeutyczną), to każdy punkt prowadził mnie do kolejnego. I wtedy zrozumiałam, że mój problem nie leży tylko w tym związku, ale dużo, dużo głębiej. Praktycznie… w całym wcześniejszym życiu, lol. Zrozumiałam wreszcie (przynajmniej tyle, ile mogę zrozumieć sama bez pomocy terapeuty) co mnie przez lata ograniczało i jakie schematy mną kierowały. Skąd wzięło się u mnie myślenie, że “nie będę pisać książek podróżniczych, bo przecież nie jestem Michniewiczem” i że nie zrobię takiego czy innego wyzwania, bo wiecznie czegoś mi brakuje. Bo ciągle za mało wiem/umiem. Bo inni zrobią to lepiej, więc gdzie ja się będę pchać.

I stwierdziłam, że wiele z tych schematów nie występuje tylko u mnie, ale u kobiet ogólnie. I stąd właśnie wziął się pomysł na napisanie ebooka “Lekcje życia w 10 rozdziałach”, który niby jest o mnie, ale jednak poniekąd o każdej z nas. Co zresztą potwierdzają opinie Czytelniczek: Czytam o Hani, a jakby o sobie.

Kiedyś bym tego ebooka nie napisała, bo mówiłabym, że “kim ja jestem, żeby w ogóle takie rzeczy pisać?” Dzisiaj jednak, po przeanalizowaniu pewnych schmatów, mam wrażenie, że zaczęłam tym Bałtykiem zupełnie nowy rozdział w życiu i nie chcę się już ograniczać głupimi przekonaniami. Chcę działać!

Jak postanowiłam, tak zrobiłam

No, po prostu, wzięłam i przeszłam. 😀 Szłam, gdy świeciło słońce, i gdy padał deszcz. Szłam za dnia i po ciemku z czołówką. Szłam wypoczęta i szłam, gdy byłam zmęczona. Szłam, szłam, i szłam, aż w końcu, po 400 km, DOSZŁAM. 😀

Najbardziej soczyste przemyślenia zostawię na książkę, ale mogę zdradzić, że miałam swoje kryzysy i momenty zwątpienia. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, żeby się poddać. Były chwile, kiedy się bałam (choć raczej było ich mało) – gdy szłam przez ciemny las z czołówką. Były też bardzo pozytywne emocje, wywoływane nie tylko przez piękno krajobrazu, ale przede wszystkim przez zwykłą życzliwość, którą okazywali mi napotkani po drodze ludzie.

Co mnie pozytywnie zaskoczyło? Że Bałtyk jest taki piękny. Tzn, ja wiedziałam już wcześniej, że nasze wybrzeże jest atrakcyjne. Ale zaskoczyło mnie to, że Bałtyk jest po prostu piękny cały czas. Czasem spokojny, a czasem bardzo dramatyczny. Wszystko ma tu swój urok, jego brunatny kolor, piaszczyste wydmy, wysokie klify. Bałtyk ma charakter, o.

A co mnie zaskoczyło negatywnie? Że faktycznie czasem trudno było mi znaleźć zakwaterowanie. To znaczy, spodziewałam się tego, w końcu już po sezonie! Ale przykładowo były miejscowości, gdzie nocleg udawało mi się znaleźć po jednym wykonanym telefonie, a były też takie, gdzie dzwoniłam i 3 godziny, i dalej nic. W Ustroniu Morskim, miejscowości przecież tak popularnej i dość dużej jak na nadbałtyckie standardy (gdzie większość z tych miasteczek to bardziej wsie, które po sezonie dosłownie zamierają), po trzydziestu telefonach, wreszcie trafiłam na Kasię (pozdrawiam! i wszystkie pozostałe osoby, które mi pomogły: Maję, Anię i Monikę 🙂 ), która zaoferowała mi nocleg za darmo. I tym samym przywróciła mi wiarę w ludzkość. 😉

A potem znowu w Kołobrzegu dodzwoniłam się do jednej pani, która powiedziała, że nocleg u niej kosztuje 80 zł. Ja na to, że to trochę ponad mój budżet, na co ona odpowiedziała bardzo niemiłym tonem “to niech sobie pani szuka taniej gdzie indziej”. (Znalazłam – w kolejnym miejscu jeden pan, jak usłyszał, że idę piechotą na Hel, obniżył mi cenę z 70 na 60 zł. Choć standard to był jeden z gorszych podczas tej wyprawy…)
Na szczęście takich opryskliwych osób spotkałam na swojej drodze bardzo mało.

Samopoczucie po przejściu?

Czy coś w tym przejściu bym zmieniła? Chyba nie. Cieszę się, że wyszło tak, jak wyszło. 🙂 Czuję się po tym Bałtyku świetnie. Pomijam fakt, że źle znoszę ciemną jesień, teraz w mieście. Ogólnie, jeśli chodzi o mentalne samopoczucie i kondycję związane z przejściem 400 km wybrzeżem – na tym polu czuję się fenomenalnie.

Przypomniałam sobie jak wyglądało moje życie zanim wpakowałam się w tę toksyczną relację, o której już wspominałam. Jaką byłam przebojową, odważną osobą i jak chciało mi się czerpać z życia garściami. Pod tym kątem, ten marsz zrobił mi bardzo dobrze.

Oczywiście miałam po drodze pewne kryzysy. Jak teraz na nie patrzę z perspektywy czasu, to wydają się one dość błahe, ale wtedy były one dla mnie bardzo wymagające. Na przykład na pierwszym postoju, kiedy endorfiny siadły, a wyszło zmęczenie i poczułam się tym przedsięwzięciem mega przytłoczona. Albo gdy zatrzymał mnie sztorm, a ja akurat chciałam iść dalej, a potem musiałam “rozruszać się” od początku. Albo gdy byłam tak zmęczona, że przejście 13 km zajęło mi bardzo dużo czasu, a potem przez to opóźnienie szłam po raz pierwszy przez las z czołówką, po zmroku. Na szczęście było jeszcze wcześnie, a nie środek nocy.

Ale to wszystko mnie nie pokonało. Stawiłam czoła swoim słabościom i obawom i teraz czuję, że wracam na falę i chcę robić wielkie rzeczy!

Jest o czym pisać i opowiadać, a treści będę Wam dostarczać porcjami. Jest tego po prostu za dużo, żeby wrzucić wszystko tak na raz, a ja mam jeszcze kilka innych pomysłów na ten projekt. 🙂

Poza tym, nie będę oszukiwać – nie mogę Wam wszystkiego zdradzić na blogu, bo o czym potem będę pisać w książce? To będzie jak odgrzewanie kotleta. 😀

Co teraz?

Dostałam od Was mnóstwo pytań, które zebrałam w listę i na pewno posłużą mi one do tworzenia treści, bo są naprawdę świetne. Pytacie mnie m.in. o bezpieczeństwo, przygotowanie, co spakowałam, atrakcyjne fragmenty wybrzeża… (Jeśli macie jeszcze jakieś pytania – piszcie w komentarzach pod tym postem!) Wiele z tych pytań będzie dobrą bazą do książki, a inne wykorzystam we wpisach, vlogach i podcastach. Zresztą, mówiłam już o tym tutaj i na mediach społecznościowych, więc nie będę się powtarzać.

Dużo się będzie działo, ale… wolno. Bo w międzyczasie jakby toczy się normalne życie z remontem mieszkania (tak, dojrzałam do tego, że muszę gdzieś mieszkać 😀 ) i podobnymi zajęciami zwykłych śmiertelników. Doba każdego z nas ma 24 godziny i nie da się tego rozciągnąć, prawda? 😉

A jeszcze do tego dopada mnie jesienna chandra. Nie radzę sobie z tą ciemnością, przyznaję szczerze. Wydłuża mi strasznie wszystkie działania, dlatego też nie potrafię być tak produktywna jak wiosną i latem. Ale powoli działam. Dłubię tyle, ile mogę.

Na pewno chcę skończyć Bałtycką serię zanim przyjdzie wiosna. Wiem, że brzmi to jak wieczność, ale prawda jest taka, że to wszystko zajmuje naprawdę dużo czasu. Mam tu na myśli przekopanie się przez zdjęcia, ułożenie tego w jakąś sensowną całość. Kto w tym siedzi, ten wie jaki to ból. (Nie, blogowanie o podróżach wcale nie sprawia, że więcej jesteś w drodze, a mniej za biurkiem – wręcz przeciwnie.)

Wracam więc do zdjęć i pracy nad konspektem projektu, do przeglądania materiałów na vlogi, do montowania podcastu. Dużo pracy przede mną.

I wiecie co? Cieszę się, że znowu zaczynam tworzyć. Choć ilość pracy mnie trochę przytłacza, to mimo wszystko – cieszę się. 😀