Maj. Mój ulubiony miesiąc w roku, jak zapewne wielu z Was. Ale nie tego roku, nie tego przeklętego 2020. Ten maj akurat był dla mnie kumulacją stresu i niefortunnych zdarzeń. I z ulgą przyjmuję fakt, że się kończy.

I tak, wiem, to tylko takie symboliczne określenie. Bo przecież nie jest tak, że nowy miesiąc, nowa ja. Złe momenty nie kończą się wraz z wyrwaniem kartki w kalendarzu.

A może jednak?

Zanim dojdziemy do tego maja, to krótki wstęp dla Was. Bo nie da się oderwać tego jednego miesiąca od pozostałych, to była po prostu kumulacja.

Ale nie martwcie się. Ten wpis nie będzie tylko wylaniem łez. Przecież nie byłabym sobą, gdybym na koniec nie wstała i nie otrzepała się z gracją z tego kurzu, nie? Czytajcie!

hiszpania granada

Let’s get the party started

Plan na ten rok był idealny. W styczniu było zajebiście, życiowo i zawodowo. Rwałam się do pracy, działałam, czułam mega zajebistą energię. No, styczeń był po prostu super.

Później był luty. Zaczęło się trochę gorzej, bo na samym początku miesiąca ciężka grypa przykuła mnie i mojego partnera do łóżka na tydzień. Drugi tydzień odzyskiwaliśmy siły. I ledwo się pozbieraliśmy, a mnie znowu sparaliżował ból zęba. Dentysta powiedział, że jest do leczenia kanałowego. Ale ja planowałam w kwietniu powrót do Polski i wizytę u mojej dentystki, więc lekarz tutaj wsadził mi tylko tymczasową plombę i stwierdził, że do kwietnia wytrzyma. Chyba. (I wyobraźcie sobie, że nie wziął za to NIC, bo stwierdził, że mi nie pomógł. :D)

Świeżo po wizycie u dentysty odebrałam z przystanku Emmę, moją współlokatorkę z Wietnamu, która sobie jechała przez Hiszpanię do Maroka. Została u mnie tydzień, było wino, było ukulele, były spacery, tapas i zachody słońca w Granadzie. Z Emmą zawsze jest super. 😀

Tylko cień na to wszystko rzucał zamek w drzwiach wejściowych… który już od jakiegoś czasu się zacinał… I tak nas trzymał w niepewności…

Pandemarzec, pandecień

Ledwo Emma wyjechała*, a tu się rozpanoszył wirus po Europie. W pandemarcu wszystko nagle stanęło. Robota nam uciekła dosłownie z dnia na dzień, loty w kwietniu zostały odwołane. Do domu nie lecę. (I moje 180 euro za bilety też nie wiadomo kiedy zobaczę…)

*(Gdybyście byli ciekawi dalszych losów mojej koleżanki – uciekła z Maroka do Kanady, skąd pochodzi, w ostatnim momencie, ale że do tej pory mieszkała i pracowała w Szkocji, to zostawiła tam swoje rzeczy.)

A w Polsce, poza wizytą u dentystki, chciałam odwiedzić trzech innych lekarzy, spotkać się z blogerami podróżniczymi w Cieszynie i – co najważniejsze – spędzić Święta Wielkanocne z moją rodziną. Tym bardziej, że nie przyjechałam na Boże Narodzenie.

Trochę pod wpływem chwili, trochę pod wpływem nie-wiem-kurwa-co-robić, zaczęłam robić on-line certyfikat nauczyciela angielskiego. W Wietnamie właśnie nauczanie angielskiego mnie uratowało, więc czemu teraz nie? Spróbujemy.

z Emmą

Wielkanoc spędziłam z rodziną na Skype. Zadzwoniłam do moich Babci. Było mi bardzo przykro, bo naprawdę czekałam na tę Wielkanoc. Wiem, że wiele osób woli Boże Narodzenie, ale ja jestem z tych, co w obydwu świętach potrafią dostrzec ich indywidualne piękno. Przed Bożym Narodzeniem tęsknię za kolędami zespołu Mazowsze, które moja mama puszcza w domu, a przed Wielkanocą za żółtymi tulipanami na stole. Raz za barszczem, raz za żurkiem. Ja jestem bardzo nostalgiczna, jeśli chodzi o polskie tradycje. Nie ma lepszych i gorszych, są po prostu inne.

Więc tak, trochę mnie to kopnęło.

A do tego przez kilka tygodni wychodziliśmy z domu głównie do sklepu i ewentualnie krótki spacer wokół osiedla. Bo wiecie co się stało? No, zamek w drzwiach się roz***dolił już do końca (w miejscu gwiazdek wyobraźcie sobie jak zaciskam zęby, żeby już tyle nie bluzgać). Teraz, żeby wejść do domu, ktoś musi być w środku, żeby otworzyć drzwi. Dziękuję, wyjścia tylko pojedynczo.

A poza tym pod koniec kwietnia pogoda w Hiszpanii też była ździebko chujowa, że się tak wyrażę. I aura taka niesprzyjająca wyjściom.

I o ile nie frustrowała mnie jeszcze sytuacja finansowa, tak coraz bardziej zaczęły mnie frustrować informacje w mediach. A właściwie dezinformacje i kompletny chaos, którymi raczyli nas nasi cudowni politycy. Jak długo to wszystko potrwa? Kiedy będzie odmrażanie gospodarki? Kiedy prezydent zajmie się wreszcie czymś adekwatnym do stanowiska, które zajmuje, a nie tiktokami i rapowaniem? Oczywiście wiadomo, że im dłużej trwa chaos, tym łatwiej załatwiać pod stołem swoje prywatne interesy, czego wspaniałym przykładem jest nasz minister zdrowia. Więc tam u góry mało kogo interesowało, że zwykłym ludziom się walą życia.

A potem przyszedł ten nieszczęsny…

Pandemaj

Zaczęło się dość niewinnie. Ot, do zepsutego zamka w drzwiach dołączyła balkonowa roleta, która pewnego majowego poranka postanowiła jebnąć z hukiem o ziemię, gdy ją otwieraliśmy. O hiszpańskiej inżynierii i mieszkaniach dla wampirów już niedługo Wam opowiem, bo to też jest niezły cyrk. Kto nie kuma, to szybko wyjaśnię, że chodzi o takie ciężkie, garażowe rolety, które tutaj montuje się na zewnątrz w oknach, bo inaczej latem nie idzie wytrzymać w mieszkaniu.

I taka właśnie roleta nam spadła i zasłoniła na zawsze połowę drzwi balkonowych. Mówię “na zawsze”, bo właścicielka mieszkania nie ma hajsu, żeby ją naprawić i nie wiadomo, kiedy będzie mieć (zresztą, to całe mieszkanie się po prostu rozpada). Tak samo jak nie ma kasy, żeby naprawić zamek. No dobra, jakoś to przeżyjemy, najwyżej ja teraz zapłacę za zamek, a później zapłacę jej niższy czynsz. Na roletę na razie machnęliśmy ręką. Przynajmniej nie umieramy z gorąca.

Ale potem było coraz gorzej.

No bo, jak tylko się zaczął maj, to przecież razem z nim ruszyła też majówka. A mnie tak wcześniej trzepnęło, że nie wróciłam do Polski, że teraz to się odezwało ze zwielokrotnioną siłą. Bo każdy nagle na insta a tu wrzuci zielone łąki ukwiecone, a to strumyczek z wierzbą pochyloną ktoś wrzuci, a to kuźwa brzozy i sarenki, a jak jeszcze ktoś mi pokaże bociana, to przysięgam, że umrę z tęsknoty.

Jak już wspominałam, ja jestem strasznie nostalgiczna. Melancholijna. Ja uwielbiam nasze krajobrazy, nasz folklor, sztukę, Chopina, drewniane cerkwie i kościółki, historię naszego kraju, piękne Stare Miasta i ryneczki w małych miasteczkach, kolorowe tradycje i przede wszystkim JEDZENIE. Niech mi ktoś kuźwa powie, że nasze pierogi, pieczywo, zupy, żurek, barszcze, przetwory, jagodzianki, oscypki, sękacze, bigosy, pyzy nie są dobre, to przysięgam, że zaszarżuję z widelcem. I wiecie co jeszcze? Polskie SŁODYCZE. Hiszpania nie umie w słodycze i tyle.

No, słowiańska dusza jestem, przysięgam. O tym jak emigracja mi uświadomiła, że Polska jest jedyna w swoim rodzaju też będzie. (Zdradzę Wam, że właśnie mi się łezka w oku zakręciła, bo dokładnie w tym momencie u mnie w tle leci ścieżka dźwiękowa z Ogniem i mieczem, a dokładnie przepiękna aranżacja Hej, sokoły. Och, jak dobrze teraz rozumiem tęsknoty naszych romantyków i pozytywistów!)

inny widok na Granadę

A potem odeszła z tego świata moja Babcia. I znowu mnie uderzyło, że nie wróciłam do Polski, choć wiem, że nie miałam na to żadnego wpływu. I tyle. Nie umiem jeszcze o tym pisać. Ale kiedyś Wam opowiem jakie to uczucie oglądać streaming z pogrzebu na YouTube. Jak ważne jest, żeby mimo wszystko, mimo odległości, wziąć udział w tym ostatnim pożegnaniu. Mam porównanie, bo gdy byłam w Wietnamie, zmarł mój Dziadek, a takie rzeczy 3 lata temu to byłyby jakieś kontrowersyjne zachcianki. W końcu kościół to nie studio. Streaming? Fanaberie z Chameryki. Proszę, jak pandemia zmienia punkt widzenia.

Potem stwierdziliśmy, że musimy sami naprawić zamek, bo właścicielka mieszkania to hipiska, która mieszka w górach i niekoniecznie jej śpieszno do naprawy drzwi w domu, w którym jej nie ma, szczególnie, że nie ma hajsu. A ratunku szukaliśmy długo i przyznam, że wielu kluczmistrzów w Granadzie chyba chciało odrobić całą pandemię. Najbardziej hardcorowa cena jaką usłyszałam za naprawę zamka to, UWAGA, 160 euro. Kuźwa, chyba złoty jednorożec będzie nam drzwi lizał za taką cenę. Znaleźliśmy za 60. Tak, i tak przepłaciliśmy za 5 minut roboty, ale trudno.

A potem znowu odezwał mi się ząb. Tym razem już emergency, dentysta potrzebny na wczoraj. O plombie tymczasowej ja po prostu na śmierć zapomniałam, ale ona sama o sobie przypomniała. Leczenie kanałowe w Hiszpanii kosztuje ok. 300 euro za 3 sesje (tak, ponad 1200 zł), więc dentystka powiedziała, że zrobimy teraz jedną sesję, a resztę w Polsce, bo wyjdzie taniej. Jeśli uda mi się wrócić do Polski w ciągu miesiąca. A, a poza tym uważa, że Polacy mają bardzo złe zęby przez wybuch elektrowni w Czarnobylu. Tak, o moich wizytach u różnych lekarzy na świecie też muszę kiedyś opowiedzieć.

I te ceny z kosmosu oraz fakt, że obecnie (prawie) nie zarabiamy i NIE WIEMY, kiedy to wszystko dokładnie ruszy, a do tego wszystkie te nawarstwiające się sytuacje w końcu wezbrały na tyle, że coś we mnie pękło. Oczywiście, bardzo odbiło się to na moim związku i tę cegiełkę też możemy dodać na poczet obecnego stresu.

A potem zaginął nasz blogowy kolega, Mikołaj. Jak o tym usłyszałam i pomyślałam o jego narzeczonej, to usiadłam i się z bezsilności rozpłakałam. (Nie, nie robię z ich tragedii mojej personalnej dramy, ja po prostu miałam dość negatywnych sytuacji, które dosłownie następowały od razu po sobie, praktycznie bez żadnej przerwy na oddech.) Serio? Serio, świecie? Nie możesz na chwilę przestać i dać choć trochę dobrej energii? Każdy ma swój limit stresu. Naprawdę.

A po nocy przychodzi dzień,

… a po burzy spokój.

Mikołaj odnalazł się po 60 godzinach. Na szczęście. I to jest pierwsza i chyba najważniejsza dobra wiadomość, jeśli chodzi o pozytywną energię od świata. Naprawdę, słyszałam różne creepy historie i różni ludzie chodzą po tym świecie. Najważniejsze, że Mikołaj się odnalazł.

Poza tym zamek w drzwiach wymieniony, a ząb przestał boleć. Mam niecały miesiąc, żeby wybrać się na kolejną wizytę.

Dodatkowo coraz więcej krajów łagodzi obostrzenia lub otwiera granice. Coraz więcej osób szuka możliwości wyjazdu, nawet za miedzę, żeby tylko się gdzieś ruszyć. Więc jest światełko w tunelu, jeśli chodzi o turystykę. I ogólnie o WSZYSTKO, o normalne życie. Bo ile można?

I postanowiłam, że wracam do Polski na trochę. Mentalnie tego potrzebuję. Tych bocianów. Moich stron rodzinnych. Tylko jeszcze niech się Ryanair określi co z moim voucherem za odwołane loty w kwietniu, bo na razie nie wyrabiają się ze zgłoszeniami. Tak więc, moi Drodzy, rozpoczynamy akcję HWDP – Hanna Wraca Do Polski. 😀

Wierzę, że czerwiec będzie dobry. Przecież ta sinusoida życia musi w końcu pójść w górę.

Wydarzenia ostatnich miesięcy (a właściwie tego jednego cholernie długiego pandemiesiąca) mocno mnie spowolniły w działaniach i realizacji moich planów. Dowiedziałam się też o sobie czegoś nowego – że muszę mieć jakiś cel, jakiś kamień milowy, do którego dążę, coś na co będę czekać i ku czemu zmierzać. Bez tego nie potrafię się pozbierać. Nie widzę sensu jakichkolwiek działań.

I jak tylko podjęłam decyzję, że wracam do Polski, w głowie zrobiło mi się lżej. Tak jak kiedyś w Wietnamie – gdy moje niefortunne zdarzenia się skończyły, kiedy postanowiłam, że wracam. Ale ponieważ jeszcze nie mam biletów, to czeka mnie najpierw okupacja Reduty Ryana, żebym dostała moje vouchery. Jak już przejdziemy ten etap, to Was poinformuję o konkretach.

A na razie wykorzystuję moment, że znowu chce mi się działać! I dlatego na koniec mam dla Was zapowiedź nowości na blogu. 🙂

Nowy Plecak i walizka?

Jedną z pozytywnych rzeczy, które zrobiłam przez ostatnie tygodnie było wzięcie udziału w Klubie Otwartej Szuflady Aleks Makulskiej. Jeśli chcecie rozwijać siebie i swoje pisanie, to idźcie koniecznie do Aleks. Jej Klub dał mi mnóstwo pozytywnej energii do działania, pomógł dostrzec moje mocne strony i przypomniał pewne rzeczy o moim pisaniu. To było moje światełko, moja motywacja. 

Żeby tworzyć, żeby znowu pisać, żebym znowu była kreatywna i produktywna.

W efekcie w końcu oglądacie mój blog w nowej odsłonie. Nowy wygląd to coś, co spędzało mi sen z powiek już od miesięcy. Chciałam ruszyć z nowymi pomysłami i projektami, ale ten stary, zakurzony szablon mnie mocno hamował. A gdy już nad tym siadłam na początku maja, to spowolniło mnie życie i z tygodnia pracy zrobiły się trzy. Ale wreszcie skończyłam! A tym samym mogę ruszyć dalej z kolejnymi pomysłami do realizacji.

gaje oliwne za Alhambrą

Już kilka razy pytałam Was, o czym chcecie czytać na blogu w najbliższej przyszłości. Lista się uzbierała całkiem pokaźna, a teraz wreszcie przyszedł czas, żeby to wszystko zrealizować! Więc specjalnie dla Was zapowiadam nadchodzącą najnowszą serię na blogu – podcasty! Żebyście sobie mogli słuchać mojego świergotania, kiedy sprzątacie i gotujecie, i co tam innego robicie. 😀

Przy okazji chciałabym też poinformować, że założyłam na Facebooku grupę bloga Plecak i walizka. Dla wszystkich, którzy chcieliby uczestniczyć w kulisach powstawania treści na blogu, podrzucać pomysły, zgłaszać uwagi (np. halo, Hanna, kiedy nowy post?!), proponować tematy, dyskutować czy po prostu wymieniać się zdjęciami kotów w necie. Szczegóły poznacie na moim profilu na Patronite. Więc jeśli chcecie, żeby te wszystkie treści ujrzały światło dziennej jak najszybciej (i żeby zniknęły z bloga te wstrętne reklamy, które co rok pozwalają mi opłacać serwer i domenę), to będzie mi bardzo miło, gdy wesprzecie mnie przez Patronite.

A jeśli zastanawiacie się, czy na pewno warto, to tu podrzucam Wam listę tematów w kolejce do publikacji. Z Waszym wsparciem powstaną one dużo szybciej!

  • Absurdy Hiszpanii, czyli o mieszkaniach wampirów i hiszpańskiej inżynierii, łodziach podwodnych, sjeście i godzinach pracy banków, złej strefie czasowej, drogiej elektryczności, braku grafików i ładowaniu się ludziom do domu bez zaproszenia i bez zapowiedzi; czyli stare, klasyczne “ten kraj stoi na głowie” 😀
  • Jak nie mówić po hiszpańsku po 1,5 roku w tym kraju, czyli – jak w temacie – jak to zrobić, żeby być lokalnym analfabetą, kiedy mieszkasz z native speakerem. Rady żywcem z mojego doświadczenia, przetestowane na własnej skórze;
  • Lekarze świata, czyli jak się leczyłam w Wietnamie, na Filipinach, na Sri Lance i w Hiszpanii. Od fototapet na suficie po antybiotyki bez recepty i probiotyki z cebuli. Jestem pod wrażeniem, że przeżyłam 😀
  • Kina świata, czyli czym się różni pójście do kina w Polsce, od pójścia do kina w Wietnamie i w Hiszpanii. I ten lokalny film, co oglądałam w kinie na Sri Lance. Brazylijska telenowela by się nie powstydziła tak zagmatwanego scenariusza. I piosenki też były, jak na bollywood przystało. Ach, no i jak ma być o kinie, to nie może zabraknąć kulis mojej pracy jako statystka na planie filmowym w Wietnamie. Pikanterii doda fakt, że reżyser był pochodzenia hindusko-wietnamskiego. Tak, grubo. Wiem. 😀
  • Polskie jedzenie, czyli o tym jak reagują zagraniczni znajomi, kiedy piję wodę ze słoika po ogórkach lub jem marynowane grzyby z kabanosem. I chrzan. I chleb. I dlaczego u nas w ogóle wszystko musi być marynowane, lub konserwowe, lub kiszone. I o legendzie polskiej kiełbasy i polish pierogies (“Emma, ile razy mam powtarzać, pierogi to już jest liczba mnoga. Nie ma pierogies.”) I o naszych słodyczach, serio, jednych z lepszych na świecie. Co tu dużo mówić.
  • Dusza słowiańska i miłość do Polski, czyli jak nauczyłam się doceniać Polskę i za co Polska jest zajebista, o sentymentach i nostalgii, o komediach Barei, o zrozumieniu Mickiewicza, i Norwida, i Matejki. I o muzyce Chopina;
  • Niebezpieczna Manila, czyli jak przez miesiąc mieszkałam w stolicy Filipin, gdzie bałam się wyjść sama na ulice; o ludziach mieszkających na cmentarzach, o najgorszym jedzeniu w Azji, o tym jak mnie okradli i o cudownych Filipińczykach;
  • Andrea. Ten temat to jeszcze tajemnica. Ale będzie to podcast pół-kryminalny. Jedna z tych najbardziej szalonych historii mojego życia. Tylko muszę pozbierać razem fakty.

I wiele, wiele więcej.

Więc, jeśli chcesz czynnie brać udział w tworzeniu Plecaka i walizki lub po prostu mnie wesprzeć, żebym mogła szybko i dobrze tworzyć te szalone podcasty, to zajrzyj na mój Patronite. Każde wsparcie bardzo doceniam i za każde bardzo dziękuję!

Epilog

Myślałam, że ten post do końca wyjdzie mi taki płaczliwy i umartwiający. Ale przyznam, że jak podzieliłam się z Wami planami na najbliższe tygodnie (bo więcej nie ma co robić), to czuję, że sinusoida życia już idzie do góry. I dosłownie zalewa mnie fala energii do działania.

Powyższe tematy na podcasty to tylko jeden z moich pomysłów na teraz. Pracuję też nad innym projektem, ale ogłoszę go innym razem. Wiecie, muszę dozować emocje, żeby nie paść tu zaraz ze szczęścia, że działam.

Potrzebowałam napisać ten post, żeby się wreszcie wygadać, ale też postawić grubą kreskę. Odcinam się od ostatnich miesięcy. Ten post zakończy tę koronaserię, głęboko w to wierzę. A ja mogę wreszcie zająć się tym, w czym jestem po prostu dobra, czyli byciem produktywną i zajebistą.

Jeszcze będzie cudownie, jeszcze będzie normalnie. To może zacznijmy od teraz? 🙂