To, co wydarzyło się w moim życiu w ciągu ostatniego 1,5 roku, brzmi trochę jak brazylijska telenowela. Albo czarna komedia nie-romantyczna. Czy będzie z happy endem – to już zależy tylko ode mnie. Jednak już teraz czuję, że jestem w punkcie zwrotnym mojego życia i pcha mnie to do robienia wielkich rzeczy! Ostrzegam, dzisiejszy post jest bardzo mocny. Przełamuję pewne tabu i DZIAŁAM.

Mówienie o tym jest wciąż dla mnie trudne, bo wymaga wielkiego uzewnętrznienia się, a ja zwykle trzymam swoje sprawy w środku. Poza tym wystawia mnie na pożarcie hejterom o empatii ameby, ale ja już przeszłam pewien proces i spływa to po mnie jak po kaczce.

A wierzę, że moja historia może komuś otworzyć oczy lub zwrócić uwagę na kilka spraw, więc zdecydowałam się o tym mówić.

Nie będę owijać w bawełnę: byłam związku z przemocą domową.
Dam Wam chwilę, bo wiem że po takim wyznaniu potrzeba sekundy lub dwóch na przetrawienie.
Już? Świetnie.
To jeszcze raz: Byłam związku z przemocą domową. Mój facet był moim oprawcą.
Tutaj często pojawia się pytanie: ale taką przemocą… przemocą?
Tak. Fizyczną, werbalną i ekonomiczną. Taką z totalną manipulacją i praniem mózgu, bo w ten sposób oprawca uzależnia drugą osobę od siebie i sprawia, że nie potrafi ona odejść. To długa historia i totalnie zakręcona. Trochę trudna do ogarnięcia, ale o tym więcej za chwilę.

A teraz drugi news, na który czekacie już od jakichś dwóch tygodni, a ja ciągle tylko Was drażnię, że coś wielkiego nadchodzi. No to proszę: przejdę polskie wybrzeże Bałtyku. Od Świnoujścia po Hel. 350 kilometrów. Pieszo. Sama. W październiku.

I teraz pewnie zastanawiacie się co ma piernik do wiatraka? 😀

Otóż ma tyle, że to właśnie ta toksyczna relacja skłoniła mnie do tego, żebym zrobiła coś wielkiego. Po części dla siebie, a po części, żeby zwrócić uwagę na pewien problem w naszym społeczeństwie.

Dodatkowo chcę to przejście Bałtyku wesprzeć ebookiem, w którym zbieram moje różne życiowe historie.

Bo widzicie, ta toksyczna relacja uświadomiła mi pewne mechanizmy w mojej głowie. Jak się okazało, miały one wpływ na moje dotychczasowe życie i ograniczały mój potencjał.

[Tutaj każdy kto mnie zna/czyta od dłuższego czasu, pewnie się łapie za głowę: ale jak to ograniczały Twój potencjał, Hanka, przecież Ty robisz takie fajne rzeczy! No, widzicie. Jeśli tak myśleliście do tej pory, to wiecie co TERAZ się będzie działo? 😀 Ale czytajcie dalej.]

A gdy poruszałam ten temat (toksycznej relacji i mechanizmów w głowie) z koleżankami, dochodziłyśmy często do takiego wniosku, że w Polsce kobiety wychowuje się w myśl zasady „najpierw troszcz się o innych, a potem o siebie.” I „poświęcaj się, bo cierpienie uszlachetnia.” Kuźwa, serio?

Szczerze? To są jakieś chore standardy, bo nie uczą asertywności, a dodatkowo wpędzają w poczucie winy, gdy chcemy zrobić coś dla siebie.

I zaczęło mnie to już wkurzać, bo widzę, jak wiele kobiet w środku coś żżera, tylko przez głupie przekonania, w których nas wychowano. Przestańmy wreszcie uczyć dziewczynki, że bycie miłą jest ważniejsze od bronienia własnego zdania!

I postanowiłam w końcu spisać to, co mi siedzi w głowie, przy użyciu moich własnych historii. Tematy frustrujące, jak krytykanctwo, ograniczenia i oczekiwania. Albo te bardziej inspirujące, czyli jak przestać się przejmować, a zamiast tego cieszyć życiem i budować własne szczęście wbrew temu co nam mówią inni. Oraz tematy bardziej zabawne, czyli o dystansie do siebie, który pomaga mi iść przez życie z humorem i pogodą ducha (choć czasem mam wrażenie, że kiedyś zgubię głowę).

Bo wiecie, mimo całej tej toksycznej relacji, ja cały czas jestem mega pozytywną osobą. Tylko gdzieś po drodze się zagubiłam, ale na szczęście już odnalazłam. A przy okazji odrobiłam bardzo ważną życiową lekcję! I mam o czym mówić!

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o całym projekcie i przeczytać pierwszy rozdział mojego ebooka, zapisz się w okienku poniżej na listę oczekujących. Ebook dostępny będzie w drugiej połowie września.

I czytaj dalej. 🙂

PS. Choć cały projekt poświęcam kobietom, to panów też zachęcam do lektury ebooka. Z myślą o partnerce, koleżance, siostrze, (przyszłej) córce.


.

Toksyczna relacja

Kiedy wspominam o tym, że byłam w toksycznej relacji z przemocą, to zaraz słyszę „przykro mi.” Ale wiecie co, mi chyba nie jest przykro. To znaczy, owszem, działy się rzeczy, które miały na mnie wpływ i teraz, kiedy coś mi o nich przypomina, coś mnie ściska za gardło i cała sztywnieję. (Ale spoko, ogarnę się z tym.)

Ale ogólnie, nie podchodzę do tego jak do życiowej porażki. Raczej traktuję to jako punkt zwrotny w moim życiu.

Z tego powodu też nie używam terminu „ofiara przemocy domowej”. Bo słowo „ofiara” kojarzy mi się z kimś, kto jest tak załamany tym, co się wydarzyło, że nie jest w stanie się z tego pozbierać. A ja nie jestem ofiarą. Ja się z tego podnoszę, otrzepuję i dalej trzymam wysoko głowę.

I wyciągam rękę do kobiet, które są lub były w toksycznej relacji, niekoniecznie taką z przemocą fizyczną. Jeśli jesteś taką osobą – masz moje wsparcie.

Kto mnie zna osobiście lub internetowo, teraz się zastanawia JAK TO MOŻLIWE? Hanka?! Ta pozytywna, wesoła, niezależna Hanka? Ta Hanka, co rzuciła wszystko kilka lat temu i pojechała do Azji na 19 miesięcy?
Tak, dokładnie ta Hanka. W sensie ja.

I tu chcę zwrócić uwagę na trzy rzeczy:

  1. przemoc domowa nie jest widoczna na ulicy. Dzieje się w czterech ścianach. I wcale nie musi przybierać formy siniaków na twarzy. Często jest to też przemoc psychiczna albo ekonomiczna (choć to głównie ja go utrzymywałam, LOL);
  2. przemoc domowa może dotknąć każdego. Niekoniecznie zahukaną szarą myszkę, która przerażona siedzi pod miotłą. Po prostu oprawca stosuje takie metody manipulacji i prania mózgu, że w pewnym momencie ja sama zastanawiałam się, czy to co ja myślę, jest prawdą czy może coś sobie wymyśliłam;
  3. oprawca nie musi być agresywnym alkoholikiem. Mój akurat miał (na 90%, według mnie) narcystyczne zaburzenia osobowości. Czysty, w towarzystwie kulturalny, trochę tylko introwertyk. Ale czasem wychodził z niego potwór.

Nie będę tu się rozpisywać na temat samej toksycznej relacji. To temat rzeka. Chciałabym raczej powiedzieć, jak wygląda sam proces wyjścia z takiej relacji, bo to właśnie mnie skłoniło do przejścia tego wybrzeża Bałtyku.

„Podejmij decyzję i nie wycofuj się”

Kiedy zrozumiałam, że ta relacja jest chora i się nic nie zmieni (powtórzę: ZROZUMIAŁAM, bo dopóki kobieta sama tego nie zrozumie, to takiej relacji nie skończy i nie da się jej pomóc – tak jak alkoholikowi z piciem), wpisałam w Google pytanie: jak wyjść z toksycznej relacji? Bo to nie jest wcale proste. To jest cholernie trudne, bo osoba poszkodowana w takiej relacji jest uzależniona od swojego oprawcy (nie myślcie, że on stosuje przemoc 24/7, często również bombarduje miłością, a to stwarza złudne poczucie, że coś się jednak zmienia).

Wyjście z takiej relacji jest trudne i bardzo bolesne. Przypomina wyrwanie zęba z korzeniami, tylko że boli nas nie szczęka, a gdzieś w środku. Serio, nie żartuję. Zrozumiałam, że tak po prostu samej mi się nie uda, więc szukałam pomocy w internecie.

I trafiłam na zdanie, które dalej rozbrzmiewa jak dzwon w mojej głowie: podejmij decyzję (krok 1.) i się jej trzymaj, choćby się waliło i paliło. Nie wycofuj się.
A potem była instrukcja, jak się do odejścia przygotować (krok 2.), bo ono nigdy nie jest pokojowe. O wiele częściej jest to ucieczka w najbardziej nadażającym się do tego momencie.
A potem dopiero jest najtrudniejsze: nie poddawaj się (krok 3.). On będzie szukał kontaktu, przepraszał, groził, błagał o wybaczenie. I będą pojawiać się myśli, żeby wrócić. A to może trwać nawet miesiącami. Ale nie poddawaj się.
Wyjście z takiej relacji jest naprawdę bardzo trudne. Emocjonalnie wyczerpujące.

Ale na tym nie koniec. Powiedziałam sobie, że nie chcę, żeby coś takiego mi się w życiu jeszcze raz przydarzyło. Nigdy kurwa więcej. I znowu zapytałam wujka Google: jakim cudem ja, taka pozytywna, niezależna osoba się w to wpakowałam? I drugie: co zrobić, żeby to się nigdy więcej nie powtórzyło?

Dlaczego te pytania są ważne? Bo jeśli nie odrobi się tej pracy domowej, ma się spore szanse na wdepnięcie znowu w bardzo podobne gówno.

(Choć wiem, że tego życia trochę jeszcze przede mną jest i nigdy nie wiem, co się wydarzy, ale znając pewne mechanizmy, jestem w stanie bardziej zwrócić na nie uwagę.)

Więc zaczęłam analizować i wtedy zrozumiałam, że ogromne znaczenie mają mechanizmy, które mamy w głowie. Nadwrażliwość na ludzką krzywdę. Nadopiekuńczość. Poczucie winy, że sprawisz przykrość innym, kiedy chcesz zrobić coś dla siebie. Krytykowanie, które podkopuje pewność siebie i zdecydowanie nie pomaga budować asertywności. Durne przekonania, że „dziewczynka powinna być skromna.”
Te mechanizmy powstają głównie przez krytykanctwo, wychowanie i oczekiwania, które całe życie były i nadal są nam stawiane.

Jak działają w toksycznej relacji? Że zamiast widzieć potwora i że nic się nie zmieni, szuka się usprawiedliwień dla jego zachowania. I sygnałów poprawy, bo przecież on sam mówi, że tak bardzo się stara. Tylko mu nie wychodzi. Och, bidulek.

Oczywiście, nie każda z nas ma takie same szanse, żeby wplątać się w taką relację. Jedne kobiety już z daleka zobaczą czerwone flagi. Inne natomiast będą z jednej toksyny trafiać na kolejną. Niestety, w rozmowach z koleżankami często słyszę, że one też miały epizod z toksyczną relacją w swoim życiu (niekoniecznie z przemocą fizyczną, mogła być psychiczna). Skala tych wyznań mnie przeraża, dlatego też postanowiłam mówić o tym głośno. Bo wiem, że jest nas więcej.

Dlatego powtarzam: PRZESTAŃMY UCZYĆ DZIEWCZYNKI, ŻE BYCIE MIŁĄ JEST WAŻNIEJSZE OD BRONIENIA WŁASNEGO ZDANIA. I nie mam tu na myśli „bycie miłą” w kategorii chamstwa vs. kultury osobistej, ale stawiania granic. Uczmy je asertywności. Mówienia „nie” w sytuacji, która nie jest dla nich komfortowa. Realizowania się bez poczucia winy, że ktoś będzie miał z tym problem. Przestańmy krytykować, podcinać skrzydła, dawać złote rady co powinna, czego nie powinna.

A pozwólmy się realizować. I WSPIERAJMY. Gdy kobiety się nawzajem wspierają, to dzieje się magia.

Jak Ci córka kiedyś powie „mamo/tato, zbuduję rakietę!”, to nie mów jej, że to takie tam mrzonki, bo do NASA trudno się dostać. Albo że “to takie niedziewczyńskie, nie chciałabyś raczej być nauczycielką?”
Powiedz jej: dziecko, wierzę w Ciebie. Zbudujesz nawet pięć rakiet!

Kiedy zdałam sobie sprawę z moich mechanizmów, zrozumiałam, że kierowały one moim dotychczasowym dorosłym życiem. I nie mam tu na myśli toksycznych relacji, bo nigdy wcześniej nie trafiłam na takiego chuja jak teraz, ale inne wydarzenia. Na przykład, przez 5 lat męczyłam się na prawie, którego nienawidziłam. W końcu je rzuciłam, ale w sekrecie, bo nie chciałam zawieść rodziców. KTO TO PRZEBIJE?

Dlatego właśnie mówię, że ta toksyczna relacja była dla mnie pewnym punktem zwrotnym w życiu. Bo gdyby nie to, pewnie nigdy nie zajrzałabym tak głęboko w moją podświadomość. I pewnie te mechanizmy dalej by kierowały moim życiem i miały wpływ na moje wybory.

Choć wiem, że tego życia trochę jeszcze przede mną jest (a w głowie mam pewnie wiele innych ciemnych kątów, o których jeszcze nie wiem) i nigdy nie wiem, co się wydarzy, ale znając pewne mechanizmy, jestem w stanie bardziej zwrócić na nie uwagę.

PS. Tu od razu powiem, że cały czas nad tym pracuję. Tego się nie uczy w jedną noc. Przede mną całe miesiące pracy, ale jestem zdeterminowana i odrobię tę lekcję.

Przejdę polskie wybrzeże Bałtyku

No dobrze, ale przejdźmy wreszcie do samego projektu, bo ja tu gadu-gadu, a Wy pewnie dalej nie rozumiecie, skąd mi się wziął ten Bałtyk.

Bo widzicie, ja miałam w głowie to przejście wybrzeża Bałtyku już dawno, z 7-8 lat temu. Ale zawsze to odkładałam. Dlaczego? Bo porównywałam się i podcinałam sobie skrzydła. Bo nasłuchałam się krytyki, że mam słomiany zapał itd. Albo “zajmij się czymś poważnym”, a po takich tekstach łatwo zacząć torpedować swoje pomysły. Bo w końcu ja nie jestem jakimś nie wiadomo jakim długodystansowym łazikiem albo Bearem Gryllsem czy kim tam. Nigdy się samotnie nie porywałam na dłuższe szlaki piesze (czy napisanie książki, bo przecież “nie jestem Michniewiczem, nie wyżyję z tego…”), bo zawsze mnie coś powstrzymywało. Głównie myślenie, że “kim ja jestem, żeby to robić, są lepsi ode mnie…”

I kiedy po tej relacji zaczęłam analizować moje mechanizmy, zrozumiałam, że to właśnie one mnie powstrzymywały. I powiedziałam sobie, że nigdy więcej nie pozwolę, żeby podcinały mi skrzydła.

A jednocześnie coraz bardziej w mojej głowie kwitła myśl, że chcę mówić o tym problemie polskiego wychowania kobiet i tego, że w skrajnym przypadku może ono wpędzić w taką relację. Zupełnie nieświadomie. (Lol, nie myślicie chyba, że ja sobie tego życzyłam?)

I przyszło do mnie, w przypływie jakiegoś niewyobrażalnego olśnienia, to polskie wybrzeże Bałtyku, o którym tak zawsze marzyłam! Pomyślałam, że chyba będzie to odpowiednio duży projekt, żeby zwrócić uwagę na ten temat (i dzięki temu właśnie czytacie ten tekst).

I tak, ja wiem, że nie jestem pierwsza, która przejdzie wybrzeżem. Wiem też, że nie jestem ostatnia. Do tej pory zrobiło to (aż? tylko?) kilka tysięcy osób i pewnie zrobi więcej. Ale dla siebie samej jestem pierwsza. A ja nie porównuję się z innymi. Ja porównuję się ze sobą z wczoraj.

A jednocześnie stwierdziłam, że takie przejście wybrzeża w październiku, jest analogiczne do takiego wyjścia z toksycznej relacji:
Bo najpierw muszę podjąć decyzję (krok 1.), pomimo wszelkich oporów i obaw, które mam w głowie. Potem muszę się do tego przygotować (krok 2.), bo raczej nie wstanę ot tak od biurka i nie przejdę 350 km naraz, bo mi stopy odpadną. I na koniec – nie rezygnuj, Hanka, choćby nie wiem jak było ciężko (krok 3.). Szczególnie, że będę szła w październiku, kiedy będzie przeważnie zimno i wietrznie. Nieraz pewnie będę klęła na co ja się w ogóle porwałam. I wiem, że będę mieć kryzysy i gdzieś pewnie pojawią się słabości i myśli, żeby zrezygnować. Ale chcę to zrobić.

Chcę to zrobić dla siebie, bo nie chcę, żeby jakiekolwiek schematy załadowane przez lata do mojej głowy, kierowały moim życiem.

I chcę to symbolicznie zrobić dla wszystkich kobiet, które były lub są w toksycznych relacjach. Bo wiem, jak ciężko jest z takiej relacji się wydostać. Wiem, bo w tym byłam.

Więc idę. Muszę się solidnie przygotować. Ale na razie więcej o tym przeczytacie w newsletterze (dostaniecie go przez to okienko na początku lub na końcu wpisu).

Ebook o lekcjach życia

Ale na Bałtyku ten projekt się nie kończy. Stwierdziłam, że samo przejście to za mało. Że mam w tym temacie coś więcej do powiedzenia, że mój wewnętrzny głos teraz chce krzyczeć. I nie będę go uciszać.

Cały projekt postanowiłam wesprzeć ebookiem, który zatytułuję Lekcje życia w 12 rozdziałach (tytuł lekko roboczy, bo rozdziałów równie dobrze może wyjść 15).

Będzie to ebook dość autobiograficzny, bardzo osobisty. O wydarzeniach, które na mnie wpłynęły i ukształtowały mój charakter. Kiedyś koleżanka zapytała mnie skąd biorę w sobie tyle energii i siły do działania. Wtedy nie potrafiłam jej odpowiedzieć. Dzisiaj wiem – po prostu z wiary w siebie.

Dlatego postanowiłam więcej o tym napisać. O tym, co daje mi siłę do działania. Nie boję się powiedzieć tego, że to będzie ebook inspirujący, mocny i poruszający ważne kwestie. A momentami również zabawny i z dystansem. Bo kto obserwuje mnie na social mediach (Instagram / Facebook) i czyta mój blog od jakiegoś czasu, ten wie, że mam ogromne poczucie humoru i dystans do siebie i do świata.

Ebook jest obecnie w trakcie tworzenia, planowo ma ukazać się w drugiej połowie września. Tuż przed moim przejściem polskiego wybrzeża Bałtyku. Natomiast w tym momencie możecie przeczytać pierwszy rozdział ebooka. Wystarczy, że zapiszecie się na listę oczekujących w okienku poniżej, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. Przy okazji zdradzę, że czeka tam jeszcze jeden benefit, ale jaki to już sami zobaczycie na mailu. 🙂

Przyznam szczerze, że na przemian się śmieję i płaczę, i łażę po pokoju jak szalona, bo ja jestem z tych co nerwy muszą rozchodzić, a nie obgryźć w paznokciach. A to znaczy, że dzieją się NAPRAWDĘ WIELKIE RZECZY.

Teraz to ja naprawdę uwalniam swój potencjał.

Mam nadzieję, że będziecie mi w tym towarzyszyć! Buziaki!


.