Już dwa miesiące minęły od mojego powrotu do Polski. Od ucieczki z Hiszpanii, dosłownie i w przenośni. Jak się z tym czuję? Co robiłam do tej pory? I jakie mam dalsze plany? O tym przeczytacie w dzisiejszym poście. Osobistym! Takim, jakie lubicie (oj, wiem!), a dawno ich tu nie było.

Jeśli nie jesteście w temacie, to słowem wstępu powiem, że mieszkałam w Hiszpanii przez 1,5 roku i… cóż, nie zaiskrzyło między nami. Choć przyznam, że sama Granada, gdzie mieszkałam, skradła mi serce! I podobnie Andaluzja. Bardzo chętnie tam wrócę, może nawet na kilka tygodni, ale tak ogólnie to między mną a Hiszpanią chemii nie było. Choć kto wie, może przy drugim spotkaniu będzie lepiej?

Wydarzenia związane z pandemią bardzo mocno dały mi w kość (więcej o tym możecie przeczytać w tym poście) czułam że po prostu chcę wrócić do Polski. Że muszę wrócić, bo chyba byłam na skraju załamania nerwowego. Dodatkowo podsycał to toksyczny związek, w którym tkwiłam, z czego wreszcie zdałam sobie sprawę. Ale to jest temat rzeka. Bardzo ważny, dlatego wkrótce o tym opowiem w osobnym poście.

Więc jak tylko trafiła się możliwość, natychmiast wróciłam do Polski. I nie wiem kiedy minęły dwa miesiące odkąd tu jestem! Jakie są moje wrażenia po powrocie? Jak się czuję? Co planuję dalej? Dziś Wam wszystko opowiem. 🙂

Pierwsza połowa lipca

Pierwsze dwa tygodnie po powrocie były dość intensywne. To były ogromne emocje związane z nagłym powrotem do Polski i wyrwaniem się z Hiszpanii.

Z jednej strony byłam bardzo szczęśliwa, że wróciłam do domu. Czułam się po prostu bezpiecznie, doceniałam zieleń i nasze jedzenie. Zdecydowanie się stęskniłam i potrzebowałam wrócić.

Z drugiej strony natomiast byłam kłębkiem nerwów. Wróciłam z poczuciem, że straciłam na Hiszpanię półtora roku mojego życia, a ona zabrała mi bardzo dużo. Od mojego blogowego imperium, które pozwalało mi się utrzymać, aż po moją ukochaną chustę w panterkę. Wiem że zabrzmi to głupio albo infantylnie, ale wiem też, że każda z nas ma jakiś jeden jedyny ulubiony ciuch, którego nigdy nie chciałby się pozbyć. Nieważne jak stary i znoszony już jest. Ja tak miałam z moją chustą Panterką. Była w moim życiu od 13 lat. Była ze mną na kole podbiegunowym i na pustyni, nad Oceanem Indyjskim i w Himalajach. 

I zgubiłam ją na szlaku w górach Sierra Nevada. Ciągle jak o tym myślę, jest mi cholernie przykro, bo wiecie, nawet jeśli nie przywiązuję wagi do mody, nie cierpię kupować ciuchów i staram się ogólnie być minimalistką, tak ta Panterka to była ta jedyna. Ja i ona. Ona i ja. 🙁 I Hiszpania ją sobie tak po prostu zabrała. Nieładnie, Hiszpanio. Nieładnie.

Więc gdy wróciłam do Polski, miałam ogromne poczucie straty. Straty czasu, biznesu, pieniędzy, zdrowia i chusty Panterki. Szczerze mówiąc, przyszłość widziałam w bardzo czarnych barwach i miałam po prostu ochotę leżeć na łóżku i nigdy już się z niego nie nie podnieść.

Chodź gdzieś w głębi duszy wiedziałam, że to minie.

Druga połowa lipca

Któregoś dnia wpadłam na pomysł, żeby pozwiedzać Warszawę. W końcu i tak jestem na miejscu i muszę coś wymyślić, czymś się zająć. Mieć jakiś punkt na horyzoncie, do którego będę dążyć. Więc wymyśliłam, że będę zwiedzała Warszawę i pokazywała ją na Instagramie, a dodatkowo opisywała na blogu.

I zupełnie nie spodziewałam się że to zaskoczy tak bardzo! Wreszcie działo się coś, co sprawiło, że moja energia wróciła.

I to przyznam otwarcie – ogromnym wsparciem były wiadomości od moich Obserwatorów na Instagramie i Facebooku, czyli od Was. Że lubicie moje poczucie humoru, podoba wam się jak opowiadam i że pokazuję ciekawostki, a nie jakieś tam nudne daty i fakty.

To ostatnie jest przede wszystkim dla mnie bardzo ważne, bo szczerze mówiąc trudno jest odpowiadać o świecie tak, żeby nie zanudzić. Żeby przyciągnąć uwagę. Więc jeśli Wam się podobało, to bardzo się cieszę! 🙂

Bardzo Wam dziękuję za wszystkie wiadomości i za każdą z osobna! Nie macie pojęcia jak ważne jest to dla ludzi, którzy tworzą treści w Internecie. Brak informacji zwrotnej często potrafi podciąć skrzydła. Wszystkie wiadomości od Was dają kopa do działania i nadają sens temu co robię! Więc jeśli macie w internecie jakichś ulubionych twórców, to mówcie im od czasu do czasu, że doceniacie to co robią. To naprawdę pomaga! 🙂

W sumie do Warszawy pojechałam siedem razy i przywiozłam stamtąd mnóstwo materiału na bloga. Moje publikacje jednak opóźniły wydarzenia z życia pozainternetowego, bo…

Pierwsza połowa sierpnia

Przeprowadziłam się do Poznania. A z przeprowadzkami jest tak, że wybijają z rytmu. I znowu – pierwsze dwa tygodnie to był przede wszystkim czas na zbudowanie rutyny. I na spotkania! W Poznaniu mam całkiem fajną ekipę blogerów podróżników, więc nadrabiałam wiele spotkań, tym bardziej, że dawno mnie już w Polsce nie było.

Odkrywałam też Poznań, bo mieszkam chwilowo na Jeżycach, które mnie wręcz rozpuściły. Kiedyś to była dość podejrzana dzielnica, ale teraz tętni życiem i zajebistymi miejscami na wyjścia. Poznań bardzo szybko mnie w sobie rozkochał i bardzo się cieszę, że wybrałam to miejsce do życia.

Jednak zwiedzanie Poznania i opisywanie go na blogu musi poczekać, bo…

UWAGA, UWAGA… :>

W mojej głowie wykiełkował pewien pomysł. Będzie to chyba największy projekt, jaki kiedykolwiek zrealizowałam. I połączy on pisanie i wysiłek fizyczny.

Co się szykuje?

Kto mnie śledzi na Instagramie, ten wie, że coś się szykuje. Obiecałam, że szczegóły zdradzę Wam już niedługo i tak będzie – w tym tygodniu dowiecie się wszystkiego!

(Tutaj od razu zachęcę do śledzenia mnie i na Instagramie, i na Facebooku!)

Słowem wstępu powiem tylko, że ten pomysł przyszedł do mnie pod wpływem wielu rozmów z osobami, z którymi spotkałam się po powrocie do Polski.

Dały mi one sporo do myślenia i z wieloma kobietami doszłyśmy do jednego wspólnego wniosku: że drzemie w nas, kobietach, ogromny potencjał, który bardzo mocno ograniczają przekonania wynoszone z domu, oczekiwania narzucone przez społeczeństwo i choroba, na którą choruje nasz naród – chroniczne krytykanctwo.

Dodatkowo to chrześcijańskie wychowanie kobiet – żeby najpierw troszczyć się o wszystkich innych, a dopiero potem o siebie. Kobieta najpierw jest żoną lub matką (koniecznie szczęśliwą!), a dopiero potem jest sobą. O ile w ogóle ma na to czas i energię.

To jest chore, bo ogranicza nasz potencjał. I nawet ja to w sobie odkryłam, czego zupełnie bym się po sobie nie spodziewała. Bo przecież jestem tak niezależna i zwykle kroczę swoimi ścieżkami, co chociażby udowodniłam samotnym wyjazdem do Azji na 19 miesięcy.

Uświadomiła mi to dopiero moja toksyczna relacja. Po prostu zaczęłam zastanawiać się jakim cudem tak pozytywna osoba jak ja wpakowała się w takie gówno. Zrobiłam sobie porządna analizę własnych słabych stron, ograniczeń, które mam w głowie oraz zahamowań, i zdałam sobie sprawę, że mam w głowie coś, co poniekąd kierowało moim życiem.

Nie chcę za bardzo wchodzić w szczegóły, bo to jest temat rzeka i wymaga odrębnego postu, a może nawet niejednego. Bo rozmowy z kobietami uświadomiły mi, że nie jestem w tym jedyna. Że jest nas więcej. Że wiele z nas zżera poczucie winy, że kogoś urazimy, bo chcemy coś zrobić dla siebie. I dlatego się na to nie decydujemy.

A nasz potencjał się marnuje.

I ten projekt, na który się porywam, jest takim symbolicznym uwolnieniem potencjału, który we mnie drzemie. I może też da kopa do działania innym kobietom. Niekoniecznie, żeby zrobić to, co ja. Ale ogólnie – mieć świadomą kontrolę nad własnym życiem.

No, ale co to będzie?

Uchylę rąbka tajemnicy, bo wiem, że niektórzy dostają już skrętu od tych moich sekretów. 😀

Pytałam na instagramie i tak – część z was dobrze zgadła. Skoro od tygodnia chodzę 10 km dziennie (minimum), to znaczy, że przygotowuję się do jakiegoś długodystansowego marszu. 😉

Nie, nie chodzi o Camino de Santiago, czyli Drogę Świętego Jakuba w Hiszpanii (choć to kiedyś też bym chciała!). Dopóki trwa pandemia i nie ma pewności co do podróży i obostrzeń w innych krajach, to z Polski się nie ruszam. Choć przyznaję, że trochę już chodzę po ścianach i tęsknię za Azją i dłuższą podróżą, ale zawsze chciałam lepiej poznać Polskę, więc wykorzystuję moment.

Nie chodzi też o Koronę Gór Polski. Ten projekt co prawda mam zrobiony już w połowie (zaczęłam jeszcze przed wyjazdem do Azji – tutaj szczegóły!) i kiedyś na pewno go skończę. Może w przyszłym roku? Ale jeszcze nie teraz.

Będzie to coś innego. Ale co? Szczegóły poznacie w tym tygodniu!

A o co chodzi z pisaniem? Chcę po prostu wesprzeć ten projekt e-bookiem. Wydarzenia ostatnich miesięcy bardzo otworzyły mi oczy na wiele rzeczy. Tak jak wspomniałam, mamy wiele rzeczy w głowie, które nas ograniczają. Wiem też, że bardzo cenicie sobie moje posty o życiu, różnego rodzaju przemyślenia i teksty światopoglądowe. I postanowiłam stworzyć coś, co wiele takich przemyśleń zbierze w całość.

Będę w tym wszystkim trochę Hanną Coelho (czyli wiecie, mądrości życiowe, przesłania, te sprawy) ale ja już zaakceptowałam, że ja po prostu jestem Hanną Coelho i tyle. To moje alter ego. I nie będę z tym walczyć. 😀

Dla równowagi będzie tam też kilka innych historii. Żeby nie było zbyt pompatycznie.

Ale szczegóły w tym tygodniu! 🙂

Co poza tym?

Jeśli mnie śledzicie od jakiegoś czasu to wiecie, że nagrywam podcasty. Jak dotąd nagrałam trzy odcinki:

Podcastów możecie posłuchać na Spotify, Apple Podcasts i innych aplikacjach podcastowych, a także na YouTube. Wszędzie szukajcie Plecaka i walizki. (Albo po prostu kliknijcie w powyższe linki – przeniosą Was do wpisów z playerem.)

Plan jest taki, żeby przed rozpoczęciem mojego marszu w październiku, jeszcze ze dwa odcinki nagrać.

Poza tym chodzi mi też po głowie powrót na YouTube. Po powrocie z Azji do Polski nagrałam kilka vlogów i nawet to zaiskrzyło, ale potem pojechałam do Hiszpanii, która bardzo wybiła mnie z rytmu. Nie dałam rady nagrywać i tworzyć, ale teraz znowu intensywnie o tym myślę. Tym bardziej, że z mojego marszu też chcę nagrać ze dwa vlogi. Więc dobrze by było ten kanał znowu rozruszać. 🙂 (Trzymajcie kciuki, żebym znalazła czas!)

Jak widzicie, na nadchodzące tygodnie mam pełne ręce roboty, ale KOCHAM TO. Uwielbiam, gdy się dużo dzieje i mam na co czekać i przygotowywać się do czegoś naprawdę dużego. Czuję, że to wtedy prawdziwa ja. Hanka, która działa i może góry przenosić! 😀

Na koniec jeszcze ogłoszenie parafialne, a co! 🙂 Zachęcam Was bardzo serdecznie do zostania Patronem Plecaka i walizki. Wystarczy 5, 10 czy 20 zł, czyli po prostu jedna lub dwie kawy w miesiącu, a dla mnie BARDZO REALNE WSPARCIE. Mecenat. Dzięki wam mogę w 100% poświęcić się tworzeniu treści, bez konieczności brania różnych freelancerskich zleceń, które pomogłyby w realizacji moich projektów. A to oznacza, że dzięki Wam treści na blogu będą pojawiać się szybciej, lepiej, mocniej! HELL YEAH!

Oczywiście Patronom przysługują różne Benefity, które nie są dostępne dla wszystkich. 😉 Są tylko dla wybranych. Dla wyróżnionych. Dla Patronów. <3 Dlatego gorąco zachęcam do dołączenia do wyjątkowego Grona VIP. Szczegóły na tej stronie: Patronite.pl/plecakiwalizka.

Tym akcentem kończymy ten nieco przydługi wpis osobisty. Mam nadzieję, że czekacie z niecierpliwością na najnowsze treści i wieści. Energia i radość życia mi wróciły i w najbliższym czasie będzie się działo, więc warto śledzić na bieżąco! Ja tymczasem wracam do tworzenia i przenoszenia gór. Buziaki! 🙂