Osiem lat bloga minęło nie wiadomo kiedy. Pierwszy miesiąc w Granadzie też minął nie wiadomo kiedy, w sumie pewnie Wy też nie wiecie, bo jak zwykle zniknęłam ze świata online. Dlaczego? Co robiłam? Jeśli śledzicie blog od dawna, to wiecie, że jak mnie nie ma, to pewnie coś się dzieje w prawdziwym świecie. I tak właśnie było. Ale po kolei.

Powiem Wam na początek pewną życiową prawdę: czas zap***ala.

To jest słowo, które przychodzi mi teraz na myśl. On nie płynie, nie sunie, nie mija w mgnieniu oka. Mknie tak szybko, że nawet nie wiesz kiedy. Mam wrażenie, że im jestem starsza, tym szybciej. Może właśnie dlatego zawsze się słyszy, że dzieci tak szybko rosną. Nie, to nie one, one rosną normalnie.

To czas.

A co mnie tknęło, żeby zaczynać podsumowanie tego miesiąca od czasu? Kilka rzeczy.

Po pierwsze, mam wrażenie, że dopiero co przyjechałam do Hiszpanii, a nagle okazuje się, że jestem tu już miesiąc. Dopiero co wróciłam z Wietnamu, a to było już 7 miesięcy temu. Dopiero co wyjechałam do Azji, a to już… ponad 2 lata.

Dopiero co założyłam ten blog, a 1. listopada skończył on 8 lat. O S I E M  L A T. Kiedy to minęło?

zbieram materiał do vlogów z Granady; fot. Marci Gorka

8 lat bloga plecak i walizka

Nie będzie torta, ale trzeba to opić. W sumie nie pamiętam całego procesu zakładania tego bloga, ani czym się kierowałam… Chociaż nie, w sumie chyba wiem czym – ja od razu chciałam pisać dla MILIONÓW, hahaha. Nie wyjeżdżałam akurat w świat, w sumie to chyba nie planowałam żadnych podróży, i celem tego bloga nie było utrzymywanie kontaktu z rodziną i znajomymi, żeby wiedzieli co u mnie się dzieje. W przeciwieństwie do większości blogów, ten powstał od razu z myślą o pisaniu dla rzeszy odbiorców. Ja po prostu chciałam pisać o podróżach.

Zaczynałam hobbistycznie, o autostopowych przygodach w Laponii, w Gruzji i Armenii, na Krecie. Z czasem moje pisanie się zmieniło, stało się bardziej praktyczne. Zaczęłam poznawać innych blogerów, blogowanie stało się bardziej powszechne, było nas coraz więcej (choć wiecie, tych blogów, co mają ponad 5 lat i wciąż są aktywne to jest maluuutko, nazywajcie nas dinozaurami). Uczyliśmy się od siebie nawzajem, wymienialiśmy blogowymi informacjami z kraju i ze świata, spotykaliśmy się w miarę regularnie, choć to zawsze wyzwanie, bo trudno się zgrać, kiedy każdy podróżuje.

W międzyczasie po drodze czasem trafił się jakiś grosz, ot, ktoś zasponsorował post. I zaświtała w głowie myśl: co by było gdyby tak z tego żyć?

Osiem lat temu nawet mi przez głowę nie przeszło, że tak się da. Ba, nikomu by nie przeszło nawet dzisiaj. No jak, z podróży? Z blogowania o podróżach? Niby jak?

Ale świat i internet się zmieniają cały czas. Przypomnijcie sobie możliwości, jakie dawała technologia 10 lat temu, a jakie daje dzisiaj. Co będzie za kolejne 10 lat? Nie wiem, ale bardzo mnie to ekscytuje. Dostrzegam możliwości i staram się je wykorzystywać.

Blog się rozwija, mam na niego i na siebie pomysł. Ale nie zawsze tak było.

W sumie cały czas mam lepsze i gorsze momenty. Jak sinusoida – raz jesteś na górze, raz na dole.  Życie, po prostu. Ostatnie 3 lata to dla mnie ogromny emocjonalny rollercoaster. W najgorszych chwilach przychodziło zwątpienie, co ja w ogóle wyprawiam? Skąd się wziął ten durny pomysł na życie w podróży, przecież w ogóle mi to nie wychodzi. Były chwile słabości, kiedy jakoś starałam się związać koniec z końcem, w Polsce robiłam inwentaryzacje w supermarketach po nocy, w Wietnamie uczyłam angielskiego.

Odkładałam blog na bok i poważnie myślałam, żeby się poddać. Że moje marzenia mnie przerosły, że to jest jednak za trudne i nie mam już siły. Były łzy i strach, bo nie widziałam się w pracy na etacie – nie, nie jestem leniwa, jestem pracoholikiem. Ale próbowałam. Po roku za biurkiem dostałam depresji, nie umiem odnaleźć się w stałych godzinach, nikt mi nie pozwala przychodzić do biura o 5 nad ranem (tak, potrafię tak zacząć dzień pracy nawet bez budzika). To jest jak posłać kogoś, kto nie lubi dzieci, do roboty w przedszkolu.

Jednocześnie była to dla mnie gorzka lekcja pokory. Etatowcy mają coś, czego ja nie mam – materialną stabilizację. A w świecie, którym rządzi pieniądz, to robi ogromną różnicę. Zapewnia spokój ducha. A ja czułam, że powoli staję się kłębkiem nerwów.

Byłam rozdarta, bo chciałam pracować nad blogiem, rozwijać go, realizować pomysły, które miałam w głowie, ale nie byłam w stanie poświęcić mu 100% uwagi. W efekcie blog leżał odłogiem długie miesiące, a mnie bolało, że odkładam na później moje marzenia.

Ale emocjonalny rollercoaster to znaczy też, że czasem jesteś na górze. Że jest pozytywnie, fajnie, motywacja jak stąd na księżyc, a ja dosłownie latam. Ogromnym wsparciem tutaj były komentarze i maile od Czytelników bloga. Że jest on kopalnią wiedzy, że pomaga w planowaniu wyjazdów na Sri Lankę, do Wietnamu i innych krajów. Że moja podróż do Azji z biletem w jedną stronę była dla wielu osób motywacją i inspiracją.

Że jestem pozytywna, odważna i żebym nigdy nie przestawała pisać.

jak jeszcze było gorąco… fot. Marci Gorka

I to właśnie sprawiło, że nigdy nie porzuciłam bloga. Czytelnicy. To jedno marzenie, które miałam przed oczami, kiedy zaczynałam Plecak i walizkę osiem lat temu, się spełniło – pisać dla ludzi. Ok, może mój styl nie jest jakiś reportażowy i nie wiem czy kiedykolwiek wydam książkę (a chciałabym!), ale moi Czytelnicy emocje w podróży przeżywają ze mną i dają mi o tym znać. I to jest dla mnie najważniejsze i najbardziej motywujące.

Ta motywacja sprawiła, że właśnie ukończyłam coś związanego ze Sri Lanką, nad czym pracowałam prawie 2 lata. O tym przeczytacie więcej już za chwilę, jeszcze w tym poście. Mam jednak nadzieję, że to będzie kolejny kamień milowy, który pomoże w realizacji kolejnych planów podróżniczych.

Bo pewnie się domyślacie, że mam głowę pełną pomysłów – na rozwój bloga i kolejne podróże. Chciałabym opisać na blogu Andaluzję (wiecie z czego słynie Granada? z Alhambry, tapas i transseksualistów), wrócić do Izraela, bo mam pomysły na nowe posty, pomieszkać trochę w Jordanii (z Beduinami? 😀 kto wie?). Napisać książkę o Wietnamie i Sri Lance, bo przywiozłam stamtąd wiele niesamowitych historii, które trzeba rozwinąć! Jak na przykład o młodym Lankijczyku, który pomagał łapać krokodyle co to się przypałętały nocą do miasteczka. Albo o słoniach i mahoutach, oooch, o tym mam bardzo dużo historii. Albo o walkach wietnamskich gangów, które przypominają trochę turnieje rycerskie, tylko zamiast koni mamy skutery, a zamiast mieczy – maczety. I o biednym psiaku, co go porwano do fabryki mięsa.

Pomysłów mam dużo, ale nie mam czasu, żeby go całkowicie poświęcić na ich realizację. Chcę pisać i rozwijać kanał na YouTube. Wiem, że dałabym radę to wszystko zrobić sama, ale są przeszkody, które muszę pokonać. Nie chcę jednej rzeczy znowu kończyć przez dwa lata. Chcę szybciej, bo kolejne plany czekają na realizację!

Z Waszą pomocą to może się udać. Jeśli to, co robię kiedykolwiek pomogło Ci w jakiś sposób, zainspirowało czy zmotywowało, albo po prostu dostarczyło rozrywki, to będzie mi bardzo miło, jeśli wesprzesz moje plany przez stronę Patronite > kliknij tutaj, klik klik.

Z okazji 8. urodzin Plecaka i walizki. Żebym mogła dla Was tworzyć więcej i częściej. 🙂

Plany ze Sri Lanką

Powiedziałabym, że to, co właśnie stworzyłam to moje blogowe dziecko.

Tak jak wspomniałam, pracowałam nad tym prawie dwa lata, ponieważ zbierałam informacje, pisałam, zmieniałam koncepcję, wybierałam zdjęcia, znowu pisałam, ponownie zmieniałam koncepcję, aktualizowałam… codzienność oczywiście wszystko wydłużała, ale udało się! Skończyłam!

Już na blogu możecie znaleźć mój przewodnik po Sri Lance w postaci ebooka, który napisałam na podstawie ponad 150 pytań w komentarzach i mailach od Czytelników bloga.

Dlaczego to zrobiłam? Bo zauważyłam, że 70% pytań się powtarza. Postanowiłam więc zebrać wszystko w jedno, stworzyć takie kompendium wiedzy, które pomoże zaoszczędzić wszystkim czas – Czytelnikom w przekopywaniu internetu w poszukiwaniu odpowiedzi, a mi w odpowiadaniu na pytania. I tak, sprzedały się już pierwsze sztuki!!! 🙂

Mam też nadzieję, że ten przewodnik pomoże mi uzbierać fundusze, żeby wrócić na Sri Lankę po materiały do książki. Bo dojrzałam do tego. Chcę napisać książkę z historiami ze Sri Lanki, o słoniach i zbieraczach herbaty. Więc jeśli chcecie dołożyć swoją cegiełkę do całego procesu, to możecie to zrobić przez wspomniany już portal Patronite, a jak nie to możecie też kupić mój przewodnik 😉 Wystarczy, że klikniecie w poniższy obrazek!

Za każdą pomoc w stworzeniu książki będę ogromnie, ogromnie wdzięczna! :*

Tymczasem w Granadzie

Jak już wspomniałam, minął pierwszy miesiąc w Hiszpanii. Mimo pracy nad przewodnikiem, czasem po 12 godzin dziennie, życie w Granadzie toczyło się dalej.

Jak się okazało, nasza organizacja w poprzednim miesiącu nie miała prawie w ogóle żadnych zadań dla jednego wolontariusza, a co dopiero dla trzech. Naszą „pracą” więc było uczenie się hiszpańskiego i poznawanie miasta – serio, nawet jako pracę domową mieliśmy za zadanie wyjść na tapas, i na koncert, i znaleźć w naszej okolicy kilka fajnych miejsc na piwo.

Nie było to zbyt dużym problemem, bo jak się okazuje, Granada posiada przebogatą ofertę miejsc, gdzie można wyjść wieczorem, a my do tego mieszkamy w genialnej lokalizacji, bo zaledwie 15 minut spacerem od turystycznego centrum z Alhambrą, przy jednej z głównych ulic z linią tramwajową (jedyną w mieście!) i 5 minut spacerem od ulicy Pedro Antonio, która słynie z klubów nocnych i barów.

Jedyny minus tego mieszkania, jak chyba każdego w Hiszpanii, to… brak centralnego ogrzewania. Ok, ja wiem, że w Polsce pizga złem (chociaż podobno ostatnio jest ciepło), a tu jest przecież słoneczne południe Europy, ale to słoneczne południe Europy ostatnio miało 9 stopni, wiatr, a w nocy przymrozek. Ach, czy wspomniałam, że nasze okna wychodzą na północ, więc słońce prawie w ogóle do nas nie wpada? Tak. Żyjemy w jaskini. I NIE MA OGRZEWANIA. Więc się grzeje farelkami.

Nie powinnam jednak narzekać, bo mieszkanie jest wygodne. Fajna kuchnia, salon, z którego nie korzystamy, bo jest tam zimno (no wiecie, nie będziemy przecież zabierać farelki z pokoju…). Podłoga w całym mieszkaniu jest pokryta takimi przepięknymi kamiennymi płytkami, które są cholernie zimne, więc zdecydowaliśmy, że kupimy sobie do domu dywany, bo nie da się po niej chodzić. Jest wesoło.

Mieszkanie dzielę z dwoma współlokatorami, którzy również są wolontariuszami w naszej organizacji – Kursatem z Turcji i Marcim z Węgier. Jakby to powiedział Forrest Gump – jesteśmy jak marchewka z groszkiem. Niesamowite, że mieszka nam się razem bardzo fajnie (przynajmniej na razie :D), chociaż wszyscy jesteśmy bardzo różni.

Marci jest złotą rączką, powymieniał już wszystkie żarówki w domu na energooszczędne, a jak kończą się jajka lub mleko w lodówce, to możecie być pewni, że Marci pierwszy to wyłapie i od razu kupi. Kursat jest księciem ciemności, zwykle jego najbardziej aktywna pora dnia zaczyna się po zachodzie słońca, a kończy koło 6 rano. On jeden z naszej trójki zna już chyba wszystkie bary i kluby w mieście.

No i ja, pracoholik, który siedzi 12 godzin przed kompem, ale jak już musi odreagować to wychodzi i wraca po wschodzie słońca, a słońce wschodzi tutaj późno – jakoś przed 8 rano, bo Hiszpania jest w tej samej strefie czasowej co Polska, a powinna być w tej co Portugalia. Wiecie, Franco za swojej dyktatury zmienił strefy czasowe, żeby wygodniej mu się dzwoniło do Hitlera, a potem się wszyscy przyzwyczaili i tak już zostało. Dlatego wszystko tu się dzieje później. 😛

Raz na przykład mieliśmy pójść na jakieś spotkanie, które miało odbyć się wcześnie rano.
– Ale BARDZO wcześnie – powtórzyli nam w organizacji.
– No dobrze, to o której?
– O dziesiątej.

I tak nam leniwie życie płynie w Hiszpanii. Uczymy się hiszpańskiego, wychodzimy na tapas, bo wszędzie tutaj serwują tapas. Tapas to symbol Granady. Kupujesz za 2 euro tinto de verano, czyli czerwone wino z sokiem z limonki, a do tego w cenie możesz sobie wybrać tapas, czyli przekąskę. Przekąskę czasem tak wielką, że w sumie jest jak kolacja.

Jeszcze tylko muszę pójść na jakieś show z drag queen, bo transseksualiści to podobno kolejny symbol Granady. A ten trzeci, najbardziej rozpoznawalny, czyli Alhambrę, to sobie zostawię na wiosnę. Mam mnóstwo czasu, żeby poznać to miasto, a teraz jak już przewodnik jest skończony, wreszcie zacznę nadrabiać! 🙂

fot. Marci Gorka