Dzisiaj jestem szczęśliwa. Chociaż z jednej strony cieszę się, że 2016 wreszcie się skończył, bo to był dla mnie dość trudny rok, to z drugiej doceniam, że wydarzyło się w ciągu tych 12 miesięcy wiele rzeczy, z których wyciągnęłam lekcje. Gdybym miała rok 2016 ubrać w tylko jeden epitet określający go, byłoby to życiowe doświadczenie.

Zanim zabiorę się za pisanie moich podsumowań, zawsze najpierw czytam podsumowanie poprzedniego roku. Sprawdzam na co liczyłam, co z tego wyszło, a jakie oczekiwania były kompletnym nieporozumieniem.

Rok 2015 kończyłam z deprechą, brakowało mi energii. Byłam w trudnym momencie w życiu, zamykałam pewne prywatne rozdziały, które ciągnęły się za mną latami i okazały się dość kiepskimi życiowymi wyborami.

zachód na Filipinach

W grudniu zeszłego roku napisałam: 2016 niesie ze sobą ogromne zmiany. Czekam na nie trochę z konsternacją, bo wiele rzeczy wywrócą do góry nogami. Ale jestem też pełna nadziei, bo przecież każdy koniec jest początkiem czegoś nowego. Te zmiany były konieczne, żeby osiągnąć własne szczęście. Na szczęście bolało mniej niż się na to zapowiadało.

Wiedziałam, że rok 2016 będzie bardziej pracowity, a to dlatego, że planowałam w sierpniu wyruszyć w moją wymarzoną podróż, więc trzeba było się do niej przygotować. Chociaż wtedy jeszcze nie miałam pojęcia jak ona będzie dokładnie wyglądać i że jednak zacznie się inaczej niż planowałam.

Zeszłoroczne podsumowanie było mizerne, bo rok zamykałam jako bardzo smutna osoba. Ale spodziewałam się, że 2016 będzie wielki. Będzie ważny. Obiecałam sobie też, że kolejne podsumowanie będzie długie, czadowe i pełne wrażeń. 😉

Co więc wydarzyło się w 2016 roku? Przeczytajcie!

Styczeń / luty / marzec

Na początku roku skupiłam się na mojej pracy – wyjazdach, które organizuję i pisaniu. Miałam jednak wrażenie, że moje działania nie przynoszą żadnych efektów, a nie miałam wtedy żadnego planu B. W efekcie w lutym w ciągu zaledwie 2-3 tygodni ze stresu zgubiłam 10 kilogramów, bo ja jak się stresuję to nie mogę spać i jeść (szczerze mówiąc to dawno nie widziałam się w tak złym stanie).

Żeby się trochę odkuć, a jednocześnie zbierać pieniądze na moją wymarzoną podróż, imałam się takich zajęć jak nocna praca w supermarketach. Nienawidziłam tego i zastanawiałam się co ja wyprawiam ze swoim życiem. Postanowiłam, że będę bardziej pracować nad własną firmą, żeby nie uprawiać pracy fizycznej. Umówmy się, jestem po prostu stworzona do wyższych celów. 😉

W styczniu też wreszcie zamknęłam jedno z tych przedłużających się zobowiązań, które trzymały mnie w kraju – po 8 latach męczarni i zmianie kierunku z prawa (z rozsądku) na turystykę (na głos serca), wreszcie obroniłam się i mogę pochwalić się wyższym wykształceniem i dyplomem, którym tak naprawdę można się podetrzeć, o ile nie chcesz być lekarzem albo prawnikiem. Męczyłam się, wyrzucałam kasę i energię zbyt długo po coś, co i tak mi nic nie da (ale o tym kiedy indziej).

W końcu przyszedł moment, kiedy musiałam się oderwać od tego całego stresu. Zupełnie spontanicznie któregoś marcowego dnia kupiłam bilety do Lyonu. Byłam zdesperowana, żeby wyjechać chociaż na kilka dni (dokładnie 2,5 :P), a że odkładałam niemal każdy grosz na zbliżającą się wielką podróż, bilety musiały być jak najtańsze. I to MUSIAŁ BYĆ Lyon. Więc… pojechałam autobusem. 😀 W jedną stronę 27 godzin, a w powrotną 36. Nie obyło się bez przygód po drodze, ale przynajmniej naładowałam baterie i wróciłam z poczuciem, że mogę góry przenosić!

Początek roku był pozytywny pod tym względem, że zaczęłam być bardziej aktywna jeśli chodzi o prezentacje podróżnicze i promocję, że tak to nazwę. W styczniu o wyjazdach dla kobiet, które organizuję wspomniał amerykański portal AFAR (jest fejm), poza tym opowiadałam o mojej ukochanej Jordanii programie 4 Polskiego Radia, a także w kawiarniach w Warszawie i Wrocławiu. Uwielbiam mówić do ludzi (takie zboczenie zawodowe pilota wycieczek), więc było to dla mnie bardzo uskrzydlające!

Kwiecień

Ten miesiąc był bardzo podróżniczy, chociaż na krok nie ruszyłam się z Polski. 😉 Najpierw pojechałam do Torunia na Extreme Travel Festival, gdzie miałam opowiadać znowu o Jordanii, a że mi się spodobało to zostałam dzień dłużej niż planowałam.

Zaledwie dwa tygodnie później (w międzyczasie miałam jeszcze prezentację w Warszawie) pojechałam na 4. Ogólnopolski Zjazd Blogerów Podróżniczych do Cieszyna, gdzie znowu naładowałam baterie na spotkaniu z niesamowitymi i inspirującymi ludźmi, którzy rozumieją potrzebę podróżowania. 😉 Ponieważ spontaniczność spodobała mi się bardziej niż myślałam, to w tamtą stronę dojechałam z Tomkiem z Jak To Daleko autostopem, a do domu wróciłam trochę okrężną drogą, bo zaledwie 2 dni później miałam prezentację o Jordanii w… Szczecinie!

Pojechałam więc pociągiem do Poznania z Kingą z Floating My Boat, u której zostałam 2 dni, a następnie dalej ruszyłam autostopem. SOLO. Po raz pierwszy w życiu tego spróbowałam i przyznam, że nie tylko działało świetnie (zwykle czekałam 5 minut na samochód :D), to spełniłam swoje marzenie, zwiedziłam kawałek ukochanej pięknej Polski (Pomorze), a przede wszystkim przekroczyłam kolejną granicę i pokonałam strach. Spodobało mi się tak bardzo, że na pewno to powtórzę! 🙂

Maj / czerwiec / lipiec

I wtedy przyszedł maj. 😉 Wróciłam do pilotowania wycieczek szkolnych, miałam mnóstwo pracy, odkładałam pieniądze na wyjazd. Dodatkowo ostatecznie zamknęłam kolejny prywatny rozdział i zdałam sobie sprawę, że teraz mnie już w ogóle nic nie trzyma w Polsce.

Okazało się jednak, że moje plany dotyczące wyjazdu w wymarzoną podróż trzeba było zmienić, bo towarzystwo się wykruszyło. Chociaż miałam wątpliwości czy w ogóle powinnam jechać, stwierdziłam, że muszę oderwać się od tego, co działo się w moim życiu, a poza tym zbyt długo odkładałam to marzenie (10 LAT!!!!) i jestem zbyt blisko zrealizowania go, żeby teraz odpuścić. Zmieniłam więc koncept wyjazdu na podróż solo, ale nie zaprzestałam przygotowań.

W czerwcu kontynuowałam pilotowanie wycieczek, a pod koniec miesiąca pojechałam znowu do Wrocławia odwiedzić blogowych znajomych przed wyjazdem z Polski, a także wyskoczyć na weekend w góry z Kingą z Floating My Boat, znowu. 😉

zdjęcie kwietniowe, ale zrobione przez Kingę 🙂

Tym samym w 2016 udało mi się dopisać do mojego Wyzwania Bucket List po Polsce takie nowe miejsca jak Szczecin, kilka zabytków na Pomorzu plus nowe miejsca podczas pilotowania wycieczek, a także zdobyć kolejne 3 szczyty z Korony Gór Polski (w Górach Sowich, Wałbrzyskich i Kamiennych). Myślę, że to ładne pożegnanie z Polską przed wyjazdem na dłużej. 😉

Na początku lipca pojechałam (autostopem, a co!) na kilka dni do Berlina (przez Poznań zatrzymując się u… Kingi z FMB znowu! :D) odwiedzić moją siostrę, która tam mieszka. Natomiast w połowie miesiąca Kuba z bloga Sądecki Włóczykij wciągnął mnie na 2 tygodnie do pracy jako animator na obozie dla młodzieży polonijnej z Białorusi i Ukrainy, u nas w Beskidach. Tak się świetnie bawiłam, że naprawdę lepszego czasu przed wyjazdem z Polski nie mogłam mieć. 🙂

W międzyczasie przygotowywałam wszystko na kolejny kobiecy wyjazd na Sri Lankę, który zaczynał się tydzień po moim powrocie z obozu. Jeszcze tylko przed wyjazdem odwiedziłam dziadków i 6 sierpnia wsiadłam w samolot na Sri Lankę.

Sri Lanka 🙂

Sierpień / wrzesień

Nasz kolejny kobiecy wyjazd trwał do 17 sierpnia, a potem już zostałam na Sri Lance sama, gdzie pracowałam w hostelu w Colombo. Pod koniec sierpnia pojechałam na kilka dni do Arugam Bay, a na ostatnie 10 dni września planowałam odwiedzić inne miejsca, których jeszcze nie miałam okazji zobaczyć, m.in. wpisany na listę UNESCO las deszczowy Sinharaja.

Jednak w połowie miesiąca rozdrapałam coś na nodze, wdało się paskudne zakażenie i musiałam z otwartą raną zostać w mieście. Przez prawie 2 tygodnie byłam na antybiotykach i ogólnie trochę się wściekłam, że utknęłam w mieście. Miałam serdecznie dość Sri Lanki i z niecierpliwością odliczałam dni, kiedy wreszcie wyjadę na Filipiny. Chociaż dziś kiedy to piszę, to trochę tęsknię za tą wyspą. 🙂

Październik

Filipiny wybrałam dlatego, że w Manili organizowany był TBEX – najlepszy międzynarodowy event dla blogerów podróżniczych na jakim kiedykolwiek byłam. Miałam okazję posłuchać świetnych prelekcji, poznać niesamowitych ludzi, a także pojechałam na press trip do Cagayan de Oro na Mindanao na południu kraju. TBEX tak bardzo mi się spodobał, że już kombinuję jak pojechać na kolejny! 🙂

podczas raftingu

W Manili przez miesiąc pracowałam w Z Hostel w Makati. Pisałam posty na ich blog, więc miałam też mnóstwo czasu, żeby trochę lepiej poznać miasto. I przyznam, że Manila, chociaż jest bardzo trudna i męcząca, i tak naprawdę brzydka, bardzo mi się spodobała. Może dlatego, że wcale nie jest prostym miastem do życia (do tej pory nie wiem jak korzystać z jeepneyów).

Poza tym ciągle prześladował mnie pech. Najpierw ukradli mi portfel, w którym akurat tego jednego dnia miałam wszystkie karty płatnicze oraz polską kartę SIM, przez co nie mogłam przez pewien czas robić przelewów, a kasę rodzice wysyłali mi przez Western Union. Chwilę później na skórze wyskoczyły mi dziwne zmiany, a lekarz powiedział, że to zakażenie gronkowcem i znowu przepisał antybiotyk. To była dość dołująca sytuacja… Nie liczę nawet przeziębień, które ciągle łapałam od klimatyzacji.

Listopad

W listopadzie musiałam naładować baterie. Pojechałam (a właściwie popłynęłam promem) na 3 tygodnie na Palawan, snorklowałam, odkrywałam laguny, jadłam owoce morza i ogólnie prawie nic nie robiłam (bo internet tam prawie nie istniał). No dobra, ułożyłam program na kolejny kobiecy wyjazd. 😉 Spędziłam cudowny czas, odpoczęłam i bardzo się z tego cieszę. Potrzebowałam takiego czasu dla siebie.

Palawan, Filipiny!

Grudzień

Wyjechałam z Filipin, ale zostawiłam tam trochę swoich rzeczy, bo zamierzam wrócić na wiosnę. Przeniosłam się do Kuala Lumpur trochę popracować i przyznam, że chociaż ciężko było mi się polubić z tym głośnym miastem (zrobiłam sobie od niego przerwę w Georgetown w Penang), to chyba pisane mi było tu przyjechać. Nagle karta się odwróciła. Oliwia z bloga The Ollie przywiozła mi polskie słodycze 😀 oraz nowe karty do bankomatów i nową kartę SIM, więc ponownie mam dostęp do moich kont!

Co więcej, dostałam kilka fajnych kontraktów na pisanie artykułów podróżniczych i przewodników oraz całkiem niezłą propozycję zdalnej pracy na stałe. Trochę na początku przerażała mnie perspektywa utraty mojej wolności, ale ta praca może być pełna wyzwań, wrażeń i zupełnie nie nudna. A poza tym mogę wykonywać ją z każdego miejsca na świecie. No, i jest związana z podróżami! Czego chcieć więcej? Chyba jeśli jej nie wezmę, to będę najgłupszą osobą na świecie. 😉

Tak właśnie zamykam mój 2016 rok. Zaczął się okropnie, skończył się cudownie. To był rok zmian, tak jak się zapowiadało. Nie spodziewałam się jednak, że kiedy faktycznie zacznę słuchać głosu swojego serca – tak jak to sobie obiecałam – to wszechświat dosłownie obrzuci mnie niesamowitymi okazjami i ludźmi. 2016 to był rok przełomowy. Już nie mogę doczekać się 2017!

Plany na rok 2017

To będzie rok sukcesu, ja to po prostu wiem. Zaczynam go odkrywaniem Malezji, a w międzyczasie będę pisać moje artykuły i przewodnik. Zamierzam też rozkręcić bardziej blog po angielsku, bo widzę w nim ogromny potencjał, a po TBEXie wiem już co robię źle. Będę też bardziej pracować nad moimi kobiecymi wyjazdami, bo ja po prostu uwielbiam tę pracę.

Jestem w Azji, więc zamierzam tu trochę popodróżować. W 2016 odwiedziłam tylko 2 nowe kraje – Filipiny i Malezję. W przyszłym roku chcę zobaczyć ich co najmniej 12. Na pewno w lutym jadę do Laosu. Poza tym? Nie chcę planować. Brak planu to najlepszy plan! 🙂

W 2016 zaczęłam słuchać głosu serca. W 2017 będę podejmować więcej działań, będę trochę bardziej ryzykować. Jeśli nie działam to marnuję swój potencjał i czuję się z tym źle. Wiem, że ten rok może być pełen szans i okazji do działania. Może być pełen wyzwań, pracy, odkrywania siebie, przesuwania horyzontu.

To będzie rok rozwoju. To będzie mój rok. 🙂