I stało się – rok 2020 dobiegł końca. To był trudny i stresujący rok. To był rok, który ponownie udowodnił mi, że sprawdza się najlepiej to, co praktykowałam w poprzednich latach: idź za ciosem, nie planuj. Bo wszystkie plany na ten rok spełzły na niczym, ale ich miejsce zajęły wydarzenia, których zupełnie się nie spodziewałam. Oto przed Wami podsumowanie mojego 2020 roku.

Te podsumowania to taka moja regularna, coroczna tradycja. Lubię ją, bo dzięki temu wiem, gdzie znajduję się w moim życiu i czy mijający rok był udany. Ten był na pewno trudny, bardzo nieprzewidywalny. Przez chwilę nawet myślałam, że spiszę go na straty, bo ten rok zabrał mi wiele rzeczy, co było bardzo odczuwalne. Zrobiłam sobie jednak na kartce taką rozpiskę plusów i minusów i okazuje się, że nie było wcale aż tak źle. Na pewno było tego wszystkiego bardzo dużo, co powodowało we mnie pewien niepokój. Dosłownie każdy miesiąc coś mi przyniósł.

A więc co działo się w moim 2020? Przeczytajcie.

Styczeń

Zaczęło się zajebiście. Z przytupem. Lepiej być nie mogło. Co prawda roku nie zaczęłam od podróży (wtedy jeszcze mieszkałam w Granadzie, w Hiszpanii, więc nie przeszkadzało mi to za bardzo), ale miałam najlepszy miesiąc ever, jeśli chodzi o życie z bloga. Po prostu – pełne ręce roboty, wysoki sezon. Wszystko na plus. Już cieszyłam się na wiosnę i podróże po Andaluzji. Jeśli zimą moje działania przyniosły takie świetne efekty, to co będzie latem, kiedy zrealizuję wreszcie moje projekty związane z południową Hiszpanią? Moja wizja rozkręcania bloga i życia tylko i wyłącznie na własnych zasadach przybierała coraz bardziej realne kształty. Styczeń kończyłam z nastawieniem: to będzie mój rok!

To był zdecydowanie miesiąc na plus, choć bardzo stacjonarny, bez podróży.

z Emmą w Granadzie 🙂

Luty

Zima w Granadzie powoli odchodziła do lamusa, a mnie na samym początku miesiąca dopadła bardzo ciężka grypa. Taka, że przez tydzień nie byłam w stanie wyjść z łóżka (z czego 3 dni całkiem przespałam). Temperatura, ból mięśni, katar, ciężki, suchy kaszel. W kolejnym tygodniu już wstawałam, ale byłam tak osłabiona, że w kuchni nie byłam w stanie zrobić obiadu bez krzesła obok – po prostu nie mogłam stać. Przez chwilę zastanawiałam się, czy to aby na pewno grypa, czy może ten nieszczęsny covid…?

I jak tylko przeszła mi ta “grypa”, to przyszły moje 32. urodziny. Z tej okazji jak zwykle popełniłam urodzinowy wpis. Tym razem pisałam o tym, jak zmieniło się moje podróżowanie z perspektywy trzydziestki, w porównaniu do podróży Hanny 20-letniej.

Ale to nie był koniec moich przygód ze zdrowiem – tuż po moich urodzinach odpadł mi duży kawałek zęba i niestety jak się później okazało, nadaje się on do kanałowego leczenia. Na szczęście za miesiąc miałam w planach powrót do Polski na Wielkanoc i zjazd blogerów w Cieszynie, więc zaliczyłabym wtedy również wizytę u dentysty – bo ci w Hiszpanii liczą sobie zdecydowanie za dużo.

Przy okazji zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem Hiszpania nie zaczęła dawać mi znaków, że powinnam wyjechać, tak jak kiedyś robił to Wietnam?…

Pod koniec lutego jeszcze odwiedziła mnie Emma, moja przyjaciółka, z którą mieszkałam w Wietnamie. Emma akurat była w podróży przez Europę. Spędziłyśmy razem bardzo fajny tydzień, po czym Emma na samym początku marca pojechała do Maroka.

Miesiąc bardzo mieszany – słabo ze zdrowiem, ale zawodowo i towarzysko bardzo spoko.

Marzec

I jak tylko Emma wyjechała, zaczęło się – uderzyła w nas wszystkich pandemia, odwołano loty. Mój kwietniowy powrót do Polski na Wielkanoc został przekreślony. Szkoda, bo na Boże Narodzenie też nie wróciłam, zostałam wtedy w Hiszpanii. Moje ostatnie święta z rodziną to Wielkanoc w 2019 roku. Potem długo się nie widzieliśmy.

Oczywiście pandemia pozbawiła mnie dochodu, mój blog dosłownie umarł z dnia na dzień. Pamiętam to bardzo ciężkie uczucie beznadziei – bo przecież skąd mamy wiedzieć jak długo to potrwa? Wtedy napisałam mój pierwszy covidowy tekst na blogu.

Wtedy od załamania nerwowego uratował mnie Klub Otwartej Szuflady Aleks Makulskiej – warsztaty z pisania, które zapaliły mi ogień pod tyłkiem i otworzyły oczy na wiele rzeczy (“Hanka, ty umiesz w rozrywkę!” – ten feedback od Aleks to był mój game changer). Zdecydowanie mogę powiedzieć, że K.O.Sz. Aleks to było jedno z najważniejszych pozytywnych wydarzeń tego roku.

Co prawda, stres związany z pandemią przenikał do moich tekstów, ale jednocześnie uświadomiło mi to, jak ważne jest pisanie – to taka forma terapii. Wywalenie z siebie emocji, żeby przyjrzeć się im z dystansu, z perspektywy papieru. Pisanie w moim życiu zawsze było bardzo ważne, ale ostatnio przewodniki zajęły większość mojego czasu. Dopiero Aleks mi przypomniała jak ważne jest pisanie o emocjach!

Marzec był hardcorowy, jeśli chodzi o samopoczucie, ale Klub Otwartej Szuflady to wyrównał. 

Kwiecień

Oczywiście przez pandemię wszystkie loty zostały odwołane, więc nie było mowy o powrocie do Polski na Wielkanoc. Było mi przykro, ale jakoś się trzymałam. Żeby zająć czymś głowę, zrobiłam wreszcie backup kompa i wszystkich tych gigabajtów zdjęć zbieranych przez lata. A potem usiadłam nad nowym wyglądem bloga – tym, który teraz oglądacie. Serio, jestem z niego dumna. To jest po prostu piękny layout, a ja odwaliłam kawał dobrej roboty, bo siedziałam nad nim kilka tygodni! 🙂

Jeśli obserwowaliście mnie wtedy na Instagramie (gorąco zachęcam!), to pewnie pamiętacie słynne pandemiczne zakupy w Carrefourze, które zajęły mi kilka dni, bo ich system był przeciążony. 😀 Tak, stories z zakupów w Hiszpanii cieszyły się ogromnym powodzeniem i wszyscy czekaliśmy na ciąg dalszy wydarzeń. No i zachęciło mnie to, żeby wrócić do aktywnego działania na Instagramie!

Ach, i na blog wjechał też kolejny post covidowy – dokąd (nie) pojedziemy po pandemii? A poza tym zasadziłam z nudów kilka roślinek (czytaj: czosnek i cebulę), a także pestkę awokado, która po kilku tygodanich zaczęła kiełkować!

Kwiecień był przeważnie na plus, choć ciągle stresujący z powodu pandemii – szkoda było Wielkanocy, ale nowy wygląd bloga i Insta nadrobiły.

Maj

Maj był ciężki. Był czarny. Już pisałam o nim tu na blogu, ale szybko przypomnę. Po pierwsze, uderzyła mnie ogromna tęsknota za Polską, zapewne spowodowana pandemią – bo nie wiedziałam, kiedy będę mogła spokojnie wrócić do kraju, zobaczyć bliskich i przyjaciół. Chciało mi się wyć, kiedy oglądałam relacje z majówki. Wtedy zrozumiałam tęsknoty Mickiewicza za utraconym krajem rodzinnym.

Dodatkowo, po tym jak nie wróciłam na Wielkanoc do domu, zmarła moja Babcia. Wiecie, co było najdziwniejszym doświadczeniem? Oglądanie streamingu z pogrzebu na YouTube, bo parafia zdecydowała się udostępnić w tych trudnych czasach. To było totalnie surrealistyczne. Normalnie jakieś katastroficzne science-fiction. Ale jednocześnie zrozumiałam, jak ważne jest wzięcie udziału w tym ostatnim pożegnaniu – nawet jeśli jest ono na odległość.

Maj nie był udany, był okropny.

w górach Sierra Nevada

Czerwiec

Czerwiec to był game changer. Po śmierci mojej Babci z mojego partnera, z którym mieszkałam w Hiszpanii, wyszedł potwór. Co prawda już wcześniej widziałam mnóstwo sygnałów, że to nie powinno tak wyglądać, ale wtedy jeszcze nie umiałam odejść. W końcu jednak zdałam sobie sprawę, że ta relacja nie tylko mi nie służyła, ale dosłownie mnie niszczyła (ze stresu bardzo schudłam, ważyłam poniżej 45 kg przy wzroście 166 cm…) i zrozumiałam, że jeśli po prostu nie ucieknę, to może się to skończyć bardzo źle. Zresztą, coming out o tej relacji zrobiłam też na blogu – tutaj możecie przeczytać ten wpis, który wszystkich zszokował.

Postanowiłam wrócić do Polski jak tylko będzie ku temu możliwość.

Jednak zanim wyjechałam, spróbowałam sił w czymś zupełnie nowym – nagrałam swój pierwszy podcast o absurdach w Hiszpanii (możecie odsłuchać go tutaj). To był strzał w dziesiątkę i chciałabym iść w tym kierunku, tylko najpierw uporam się z moją największą bolączką – brakiem regularności. 😉

W czerwcu wreszcie też poluzowano obostrzenia w Hiszpanii i choć nic nie zostało z mojego planu zwiedzania i opisywania na blogu Andaluzji, to przynajmniej mogłam sobie kilka razy wyjść na szlaki w górach Sierra Nevada, a tuż przed powrotem jeszcze spędziłam kilka dni na porządnym złażeniu Granady.

I w czasie moich górskich wędrówek zgubiłam niestety moją ukochaną chustę w panterkę. Dla kogoś to mógłby być tylko jakiś tam ciuszek, ale ja nie kupuję często ubrań (raz, dwa razy w roku?), a ta chusta była ze mną wszędzie – na kole podbiegunowym, w Gruzji i Armenii, w Izraelu i Jordanii, w Azji, w Hiszpanii… Mam ją na prawie każdym zdjęciu, była ze mną cała i zdrowa, niemal niezniszczona przez jakieś 13 lat! I w końcu Granada ją zostawiła dla siebie… 🙁

I pamiętam też, jak siedziałam na jednym z najlepszych punktów widokowych w mieście, Mirador de San Nicolas, gdzie zwykle jest pełno turystów. Tym razem jednak – przez pandemię – były tu niemal pustki, jedynie grupa lokalnych dzieciaków, którzy grali i tańczyli flamenco. I tak patrzyłam to na nich, to na Alhambrę i coś we mnie pękło. Siedziałam tam i ryczałam, że zostawiam w Granadzie wielki kawał mojego serca, choć przecież Hiszpania od początku nie była dla mnie łaskawa (miałam nawet taki dowcip, że jest powód dla którego w słowie “Spain” jest “Pain”, czyli ból po angielsku). Jednak Granada to Granada! 🙁

24. czerwca wróciłam do Polski i ta data zostanie mi w pamięci na długo. To taki dzień, od którego zaczęło się moje “życie po Granadzie.”

Działo się dużo ważnych rzeczy, które ogólnie wyszły na plus, ale mimo to nie potrafię zaznaczyć tego miesiąca na zielono – po prostu stres związany z wyjazdem, zmianami w życiu był zbyt ogromny, żebym mogła się tak po prostu cieszyć.

Lipiec

Wróciłam do Polski. Byłam kłębkiem nerwów (zaliczyłam nawet wizytę u psychiatry, który okazał się kawałem skończonego chuja i nie kontynuowałam tych spotkań, ale w planach ciągle mam terapię, żeby parę rzeczy sobie poukładać), ważyłam 43 kg. Plusem jest to, że zrobiłam wszystkie możliwe badania, żeby wykluczyć czy coś mnie przy okazji nie zżera od środka – na szczęście okazało się, że jestem zdrowa jak koń, to po prostu stres bycia w toksycznym związku tak na mnie wpłynął. (Przy okazji naprawiłam też ząb, który jakimś cudem siedział cicho, stłumiony tymczasową plombą zrobioną u hiszpańskiej dentystki twierdzącą, że Polacy mają brzydkie zęby na pewno przez Czernobyl. LOL)

Na szczęście zaczynałam wracać do bycia starą, fajną Hanką, która czerpie z życia garściami, śmieje się w głos i tańczy na ulicy. Na pewno gdyby nie wsparcie bliskich, byłoby mi dużo trudniej.

Wróciłam też do podróżowania, choć bardzo lokalnie – porządnie zwiedziłam sobie Warszawę, i to kilka razy, różnymi trasami. Po raz pierwszy w życiu zawitałam na Powązkach. Z tego ciągle mam kilka postów do napisania!

Zdecydowałam też, że nie będę mieszkać w moim rodzinnym mieście. Jakoś po prostu, po życiu w wielkich miastach Azji i spokojnej Granadzie zrozumiałam, że chcę mieszkać w miejscu, które nie pędzi, ale jednocześnie ma sporo do zaoferowania. I padło na Poznań. Poza tym mam tu też najwięcej znajomych, z którymi utrzymuję regularny kontakt, pomimo tego, że wiecznie jestem gdzieś na końcu świata – pozdrowienia dla Kingi z bloga Floating My Boat! 🙂

W końcu zaczęło być dobrze!

przed Pałacem w Wilanowie

Sierpień

Na początku miesiąca przeprowadziłam się do Poznania i… na starcie zostawiłam w pociągu moje ukulele. 🙁 Pocieszam się tym, że to znak od wszechświata, żebym sobie kupiła nieco większe, ale jeszcze to nie miało miejsca, więc na kilka miesięcy niestety przestałam grać. 🙁

Poza tym postanowiłam, że zacznę szukać pracy, skoro od kilku miesięcy mój blog nie przynosi mi dochodów, ale nie byłam do tego jeszcze przekonana. Przez ostatnie 7 lat pracowałam jako freelancer, w większości sama ustalając swoje godziny pracy, a teraz musiałam znowu dać się uwiązać. Bardzo to mnie męczyło i musiałam dojrzeć do tego mentalnie. Dlatego mimo, że podjęłam decyzję o znalezieniu pracy, to wcale nie szukałam jej jakoś aktywnie – po wysłaniu cv modliłam się, żeby nie zadzwonili. 😀

Zamiast pracy, znalazłam za to… mieszkanie. Niewielkie mieszkanie rzut beretem od centrum Poznania, położone na 6 piętrze z zajebistym widokiem na zachód słońca, parki i bloki, co nazwałam moim prywatnym Manhattanem. 😀 Ten rok przestawił mi nieco w głowie i o ile cenię sobie wolność i możliwość podróżowania po świecie bez ograniczeń, tak teraz zrozumiałam, że fajnie jest też po prostu mieć jakąś poduszkę, która zapewni miękkie lądowanie w razie W.

Do tego na fali kolejnej edycji Klubu Otwartej Szuflady Aleks Makulskiej, która rozpoczęła się jeszcze w lipcu, wpadłam na pewien genialny pomysł – w ramach terapii po toksycznym związku, a także solidarności z osobami, które były lub są w przemocowych związkach, postanowiłam, że przejdę wybrzeże Bałtyku od Świnoujścia po Hel. I wtedy zaczęłam jak szalona pisać mój bardzo osobisty ebook Lekcje życia w 10 rozdziałach, który był częścią tego całego projektu – możecie go znaleźć tutaj.

W tym miesiącu straciłam co prawda ukochane ukulele, ale za to zyskałam o wiele więcej – nowe projekty, które sprawiają, że znowu działam, więc miesiąc zdecydowanie na plus!

Wrzesień

Wrzesień był co prawda bardzo monotonny, bo spędziłam go głównie na pisaniu ebooka, przygotowywaniu się do przejścia wybrzeża Bałtyku i ogarnianiu formalności związanych z mieszkaniem, więc nie ma co się tu za bardzo rozpisywać. Ale za to energii do działania miałam tyle, że aż mi się ulewało. To po prostu pokazuje, że ja muszę mieć jakieś projekty na horyzoncie, które zmotywują mnie do działania!

Miesiąc dość monotonny, ale był ogień! Więc pozytywny!!!

Październik

Po skończeniu prac nad ebookiem, 8. października wsiadłam w pociąg i pojechałam do Świnoujścia rozpocząć moją bałtycką przygodę. I to była najlepsza podróż, jaką mógł mi przynieść rok 2020. Całe przejście zajęło mi miesiąc (ten cudowny miesiąc, pełen złota i czerwieni na drzewach – miałam przepiękną pogodę!!!), a ja miałam czas wiele rzeczy przeprocesować i sobie poukładać w głowie. Spełniłam marzenie, które wpisałam na moją bucket list już lata temu, ale nigdy nie było ku temu okazji. A przy okazji mogłam też zobaczyć najpiękniejsze plaże nad Bałtykiem!

Październiku, byłeś prze-zajebisty.

Listopad

Pierwszego dnia miesiąca mój blog skończył 10 lat. Spędziłam ten dzień nad Bałtykiem, w podróży, która zamykała jeden rozdział w moim życiu i otwierała kolejny. I to na dwóch płaszczyznach.

Jednej, tej mentalnej – bo ten “spacer” pozwolił mi dużo rzeczy przemyśleć. Przeprocesować. Choć jest jeszcze kilka kwestii, nad którymi chcę popracować, to jednak ten Bałtyk był taką grubą kreską. Zostawiłam za nią ten stan wyjścia z toksycznej relacji z przemocą, a tym samym przypomniałam sobie życie z czasów “przed związkiem”, kiedy po prostu podróżowałam jak szalona. To był taki powiew świeżości, który sprawił, że mentalnie odmłodniałam i po prostu czułam, że latam. Jednak podróże i przygody to jest to, co mnie nakręca. Nie umiem bez tego żyć!

Druga płaszczyzna, to ta zawodowo-blogowa. Po pierwsze, zrozumiałam, że muszę co nieco zmienić w moim blogowaniu i samo pisanie obecnie nie wystarcza. Po drugie, mentlanie dojrzałam do szukania pracy.

Do Helu doszłam 8. listopada i choć wróciłam do domu z mnóstwem zdjęć i materiału, żeby pisać ebooka o Bałtyku, to zderzenie z rzeczywistością mnie znokautowało. Jesienna chandra. Nigdy wcześniej nie znosiłam listopadowej aury tak źle i nie cierpiałam z powodu ciemności i ogólnego braku słońca. Dopadło mnie przygnębienie, poirytowanie, zmęczenie i ogólnie brak ochoty na jakiekolwiek działanie. Przyznam, że odzwyczaiłam się od tej pory roku w Polsce, bo ostatni raz spędzałam tu zimę w latach 2015/16, ale nie spodziewałam się aż takiego szoku.

Miesiąc na plus, choć taki trochę naciągany, przez tę chandrę. Ale euforia związana z przejściem Bałtyku nadrobiła!

na Cyplu Helskim – po miesiącu od startu

Grudzień

Grudzień zawsze znosiłam lepiej od listopada, bo lubię aurę Bożego Narodzenia, Mikołaje i choinki w sklepach, Last Christmas i wszechobecne dzwoneczki dzyń dzyń dzyń, grzańca i filmy bożonarodzeniowe. Mimo wszystko, ciemność to ciemność. Kupiłam więc sobie lampę antydepresyjną tuż przed świętami i mogę powiedzieć, że to kolejny game changer. Po niecałych dwóch tygodniach używania stwierdzam, że chyba w ogóle można światło przedawkować i teraz nie czuję się już zniechęcona i ospała – teraz czuję, jakbym miała zaraz chodzić po ścianach, tyle mam energii! (Niedługo będzie na blogu recenzja lampy!)

A poza tym w grudniu ruszył wreszcie remont mojego mieszkania, zrobiłam projekt kuchni, a do tego po raz pierwszy w życiu spróbowałam morsowania! I chętnie to powtórzę, dajcie mi tylko trochę więcej słońca. 🙂

Przy okazji, zrobiłam też sobie badania krwi w tym miesiącu i okazuje się, że mam przeciwciała na covid-19, a to znaczy, że już miałam koronę. Według mnie to ta ciężka “grypa”, która mnie dopadła na początku roku, bo jeśli to nie był covid wtedy, to znaczy, że później musiałam przechodzić bezobjawowo. A jeśli był, to znaczy, że przeciwciała utrzymują się dłużej niż 3 miesiące – co słyszałam już od kilku osób (i nie daję temu wiary).

I cały ten miesiąc byłby cudowny i udany, gdyby nie padł na niego cień – w święta zdarzył się na Sri Lance wypadek, w skutek którego zmarł mój daleki znajomy ze Sri Lanki i biznesowy partner już od prawie 5 lat – Eranga. To był “mój” człowiek, któremu ufałam na 100% (i w sumie jedyny Lankijczyk, któremu ufałam w zupełności) i wiedziałam, że jak trzeba coś załatwić, to on będzie miał to pod kontrolą. Z Erangą pisaliśmy do siebie w czasie pandemii – choć jego firma transportowa padła, to otworzył kilka miesięcy temu restaurację. Zawsze w wiadomościach pisał mi “God bless you” za całą pomoc i klientów, bo dzięki temu jego firma mogła się rozwijać i zatrudniać kolejnych ludzi. Będzie mi go bardzo brakowało, nie tylko zawodowo (bo muszę znaleźć nowe sprawdzone kontakty, a to przecież trwa), ale też po prostu jako człowieka.

Chciałabym zaznaczyć ten miesiąc na zielono, bo zdecydowanie był udany, ale śmierć Erangi to dla mnie wielka strata, której konsekwencje obawiam się, że jeszcze odczuję.

Nie-plany na 2021

Miniony rok totalnie mnie zaskoczył serią wydarzeń. I tych pozytywnych, i negatywnych. Szczerze mówiąc, przez chwilę miałam wrażenie, że tegoroczne straty były tak ciężkie, że ten rok spiszę na… straty. Jednak to podsumowanie i stosunek 6:5:1 (odpowiednio miesiące na zielono, żółto i czerwono) pokazały, że ten rok nie był wcale taki zły. Był po prostu bardzo shaky. Takie emocjonalne trzęsienie ziemi. Co prawda dużo mi zabrał, ale także dużo ofiarował.

Przyznaję, że trochę boję się robić plany na 2021, po tak intensywnym 2020. Szczególnie podróżniczych. Dlatego jedyne plany, jakie mam obecnie to:

  • remont i urządzanie mieszkania,
  • znalezienie pracy, żeby odbudować moją poduszkę finansową,
  • rozkręcenie nowego biznesu online,
  • nagrywanie podcastów,
  • opisanie na blogu Bałtyku i Warszawy,
  • ebook z przejścia Bałtyku.

Hmmm… czyli chyba jednak dużo się będzie działo w 2021. 😀 Pozostawiam też trochę miejsca na spontaniczne decyzje, hej!

2021, show me what you get! I’m ready! 😉