Czasem żałuję, że jesteśmy krajem demokratycznym. Bo jak była komuna, to podróżowanie nie było takie łatwe. Wszyscy jechali do Złotych Piasków w Bułgarii albo po prostu nad Bałtyk i świat nawet nie wiedział o istnieniu czegoś takiego jak polski turysta. Ale nadszedł czas, że się dowiedział.

Bo jest kilka cech, które wyróżniają nas z międzynarodowego tłumu plażowiczów. Nie chodzi tylko o zakładanie sandałów na skarpetki u panów, a powszechnych rybaczek u pań. Tu pewnie wiele osób otworzy oczy ze zdziwienia, a potem zacznie to zauważać, gdziekolwiek pojedzie – polskie kobiety chyba wstydzą się nosić szorty (a które się nie wstydzą, chyba powinny…) albo boją się zakładać sukienki, jakby miało to utrudniać zwiedzanie Paryża, Szanghaju czy innych piramid w Gizie. Właściwie od turystycznej mody skarpetkowo-rybaczkowej Polacy powoli odchodzą, więc nie powinnam się czepiać. Zresztą nie jesteśmy w tym wyjątkowi, bo każdą narodowość da się w jakiś sposób odróżnić.

Taka na przykład rodzina niemiecka? Najczęściej podróżuje camperem, a jak już z niego wysiądzie sprawia, że wszyscy wokół zastanawiają się, gdzie też można kupić takie niegustowne ciuchy (i przysięgam, że głowią się też ci, co o modzie nie mają zielonego pojęcia!). Albo takie Rosjanki. Na deptaku oślepiają zawieszoną na ciele (pseudo)złotą biżuterią, a na plaży biustem odbijającym promienie słoneczne. Jak one to robią? Smarują go olejkiem tak obficie, że daleko na morzu marynarze zastanawiają się, która to latarnia morska wysyła w południe tak jasne światło! O Japończykach nawet nie wspomnę – dzisiaj już nie są oni poobwieszani 5 aparatami i 2 kamerami. Dziś mają 1 kamerę przymocowaną do nakrycia głowy, na szyi lustrzankę z obiektywem tak wielkim, że prawie dotyka ziemi, notebooka pod pachą i w dłoni Nintendo, którym przy okazji można robić zdjęcia, tak na wypadek, gdyby milion zapasowych baterii do aparatu się wyczerpało. Przy tym wszystkim nasze skarpetki i rybaczki to naprawdę pikuś.

Jednak i my posiadamy coś, czego inne narody mogą nam zazdrościć. Często na wakacjach zapadamy na nieszkodliwą, aczkolwiek bardzo irytującą tropikalną chorobę, którą zwykłam nazywać syndromem Polaka-zdobywcy (bo gdziekolwiek się nie pojawi, wdraża w życie swój plan podbijania dzikich lądów). Najłatwiej jest się nią zarazić nad hotelowym basenem popijając drinki z palemką, a jedynym lekarstwem jest powrót do szarej domowej rzeczywistości.

Główny objaw, widoczny przede wszystkim u mężczyzn, to poczucie nieśmiertelności i władzy nad światem. Chory przechadza się po plaży/nad basenem pusząc się jak paw, wypinając pierś do przodu (chociaż najpierw ukazuje się ogromne brzuszysko, a dopiero później tors), jakby chciał powiedzieć: „Spójrzcie na mnie, długonogie łanie, na całym świecie nie znajdziecie wojownika bardziej mężnego ode mnie!”, ale mina mu rzednie, gdy dochodzi do leżaka zajmowanego przez jego skrzeczącą małżonkę, bo przecież tak wolno szedł z baru, że cały lód w drinku zdążył się już rozpuścić, dzieci płaczą, że za gorąco i w ogóle jutro muszą przyjść wcześniej, żeby zająć lepsze miejsca, bo tu słońce świeci z boku i krzywo się opala. Znacie to?

A przy tym jeszcze wymogi stawiane przez takich turystów: żeby śniadanie było serwowane później, bo na kacu ciężko rano wstać, ręczniki sprzątane codziennie („Trzeci dzień już nie wymieniane! No, jeszcze czego, że niby brudne mam rzucać na podłogę? A to pokojówka nie może zdjąć z wieszaka?!”), dwie popielniczki w pokoju, bo jedna to za mało, a zbyt często opróżniać się nie chce, słońce za wysoko, kelnerzy niezbyt przystojni i zresztą niech się cieszą, że w ogóle tu przyjechaliśmy, bo warunki fatalne, ale w domu zostawać to my nie będziemy!

Inną cechą jest znajomość języków obcych, a raczej jej brak. Ale właściwie po co uczyć się angielskiego? W prawie każdym egzotycznym kurorcie, gdzie przebywa więcej Polaków, można usłyszeć na ulicy polski. A przecież na słowach „bardzo piękna dziewczyna”, „tanio, tylko 10 dolarów” i „dzień dobra” można zbudować naprawdę efektowny dialog. Angielski to przeżytek, teraz świat podbija polski! Osobiście byłam świadkiem takiej sytuacji w recepcji: „Klucz do pokoju 102 poproszę. No! Sto dwa! S T O  D W A” (jakby literowanie miało w czymś pomóc). Kiedy mina recepcjonisty zmieniła się z „nie rozumiem” na „mów do mnie więcej kretynie, na pewno się dogadamy”, wtrąciłam, że mówienie po polsku chyba nie działa i usłyszałam w odpowiedzi: „Przyjeżdżamy do nich, zostawiamy im nasze pieniądze, to niech się uczą z nami rozmawiać!”

Ale osobiście moją ulubioną cechą jest nieumiejętność czytania. Przewodników przede wszystkim. A potem tacy pseudopodróżnicy wracają z wakacji i mówią, że Arabowie są strasznie nachalni na tych straganach, bo muszą swój harem wykarmić za dolara dziennie i chcą zarobić na turystach, a poza tym to straszne z nich brudasy, bo mają taki syf i bałagan na podwórkach i domy niedokończone, że widać, że w tych krajach arabskich to naprawdę wielka bieda! A wystarczyłoby tylko sprytnie poszukać, poczytać, żeby wiedzieć, że dla takiego Araba tłum przy stoisku jest tryumfem nad sąsiadem sprzedającym obok, takim poprawieniem ego, a bałagan na podwórkach mają dlatego, że jeśli ich dom będzie wyglądał jak teren budowy, to unikną płacenia podatku budowlanego. Ale o tym Polak-zdobywca czytać nie chce. Odważnie będzie się zapuszczał w biedne tereny, a że jest miłosierny, to on wspomoże tę biedną rodzinę i dzięki niemu będą mieli co jeść, więc on kupi ten papirus z liści banana, bo jest tańszy, a ten prawdziwy jest droższy, ale on nie chce aż tak bardzo biednej arabskiej rodzinie pomagać. A gdyby wcześniej przeczytał ten przewodnik, to cała misja zbawiania świata nie miałaby sensu, a teraz przynajmniej może zostawić tym biedakom parę groszy, mimo że sam ledwo przędzie, bo wziął kredyt, żeby spłacić trzy poprzednie.

Znacie to wszystko, prawda? Na pewno zetknął się z tym każdy, kto był na wakacjach trochę dalej niż w Czechach (nota bene piękny kraj, o którym wiele osób zapomina, bo co tak blisko można robić? Lepiej już pojechać nad hotelowy basen!). Może czasem, żeby uniknąć kontaktu z syndromem Polaka-zdobywcy lepiej zostać w kraju albo pojechać już do nudnych Czech? W końcu Polacy, co kupują wycieczki w tych wszystkich biurach podróży, zachowują się jak totalne buraki! Bo my się nigdy tak nie zachowujemy, prawda?

*** Cały tekst wręcz ocieka ironią i powinien być traktowany z przymrużeniem oka. Jeśli ktoś się poczuł obrażony, chyba powinien się nad sobą zastanowić.