Tego wpisu miało nie być, ale potem stwierdziłam, że jeśli mam faktycznie nie pozwolić, aby przypadek kierował moim życiem w 2014 roku, to powinnam zrobić takie podsumowanie stycznia. Bo działo się dużo i kiedy na to patrzę, wiem, że wszystko to się stało dzięki mojego uporowi i temu, że wreszcie pokonałam moje “lęki”, które do tej pory skutecznie hamowały mnie przed działaniem. Więc podsumowanie warto zrobić, żeby w chwilach zwątpienia mieć do czego wracać i to będzie takie moje źródło energii do dalszych działań.

Przede wszystkim mogę śmiało powiedzieć, że wreszcie udało mi się przezwyciężyć moje 2 największe lęki, które mnie skutecznie hamowały. Nie jest oczywiście tak, że pewnego styczniowego poranka obudziłam się i stwierdziłam, że od tego dnia jestem innym człowiekiem. Wymagało to wielu miesięcy systematycznej pracy nad sobą, ale efekty zaczęłam zauważać właśnie w styczniu.

Te dwa lęki, czy może raczej jakieś zakorzenione irracjonalne przekonania, to było:
– jestem najgorszym organizatorem świata,
– boję się podjąć nowe działania, bo nie mam doświadczenia/nie uda się i będą się ze mnie śmiać/nikt nie będzie tym zainteresowany.

Chodziło oczywiście o warsztaty rozwojowo-językowe, mój autorski projekt. Jak o nich myślałam, byłam pełna entuzjazmu, ale jak wyobrażałam sobie całą organizację, to od razu pojawiały się nad moją głową ciemne chmury.

Bożenko, ile ja przegapiłam w życiu okazji do działania przez te opory, nawet nie chcę myśleć.

Prawda jest taka, że sama nie byłabym w stanie tego wszystkiego pokonać, więc trzeba było sięgnąć po odpowiednią literaturę. I w tym pomogły mi:
Nie tłumacz się, działaj! Briana Tracy’ego,
Zjedz tę żabę również Briana Tracy’ego,
Getting things done, czyli sztuka bezstresowej efektywności Davida Allena,
Filozofia Kaizen, czyli jak mały krok może zmienić twoje życie Roberta Maurera
a także dwa blogi polskich coachów i speców od rozwoju osobistego:
blog Bartka Popiela,
blog Michała Pasterskiego.

Nie jestem już najgorszym organizatorem świata i nie boję się nowych, nieznanych rzeczy. Dobra, tak naprawdę nie chodzi o to, że nagle jestem superzorganizowaną i nieustraszoną osobą. Po prostu nauczyłam się kontroli. Lęki dalej się pojawiają, bo to jest naturalna reakcja naszego umysłu, ale umiem skutecznie sobie z nimi radzić.

I dlatego nie czekam do drugiej połowy roku, ale organizuję warsztaty językowe teraz! Bo uwielbiam pracę z ludźmi, uwielbiam uczyć się nowych języków i uwielbiam przekazywać swoją energię dalej, więc nie ma na co czekać!

Pod tym względem styczeń był najbardziej udany! 🙂

A co jeszcze się wydarzyło?

1. Wyjazd do wymarzonego Budapesztu wreszcie! Mówią, że do trzech razy sztuka i w tym przypadku akurat się to sprawdziło. I tak oto zamierzam w każdym miesiącu coś osiągnąć z mojej listy marzeń, nawet coś bardzo malutkiego. 🙂

2. Okazało się, że jedziemy na szkolenie do Austrii! Koleżanka z Fundacji EBU zgłosiła się do nas i powiedziała, że będziemy idealnymi osobami, które mogą pokazać, że pomimo wszelkich przeciwności można się realizować, rozwijać i świadomie kierować swoim życiem. Tak! Przejęcie władzy nad światem poprzez zarażenie go pozytywną energią postępuje! 😀

3. Ruszyliśmy wreszcie z robieniem szafy i zamówiliśmy kanapę do salonu i stół! 😀 Tak! Jestem perfekcyjną panią domu! Ahaaaa ahaaaaa 😀

4. Udało mi się zgodnie z planem publikować co 2 dni na blogu! 🙂

5. I pierwsze terminy na wyjazdy jako pilot wycieczek też już mam zaklepane. 🙂

6. I jeszcze zrobiłam coś dość spontanicznie. Obawiałam się tego bardzo, ale potem pomyślałam, że kiedyś będę żałować, jeśli tego nie zrobię. Ale to zdradzę dopiero w lutym.

7. No i myślę, że też wielkie szczęście i mnóstwo energii daje mi praca w wolontariacie – w weekend przyjeżdżają do nas na 7 miesięcy wolontariuszki z Hiszpanii i Portugalii, a mi wszelkie międzynarodowe i międzykulturowe formy współpracy dają ogromnego kopa do działania, więc tym  bardziej się cieszę! 🙂

8. A i jeszcze uczę się dostrzegać szczęście w małych rzeczach. W szklance kakao, przyjemnej lekturze, ulubionej kawie z dużą ilością mleka, wykonaniu jakiegoś konkretnego zadania… Oczekiwanie wielkiego szczęścia sprawia, że tych małych przyjemności w ogóle nie dostrzegamy, a ja chcę je dostrzegać. O, świeci słońce! 🙂

Jestem wulkanem pozytywnej energii! 😀 Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

PS. Kiedyś zwykłam mawiać, że życie jest sinusoidą. Teoretycznie jest w tym trochę prawdy, ale życie to nie jest jedna linia. Na życie składa się tyle różnych płaszczyzn, jak praca, pasje, znajomości, wykańczanie mieszkania, rozwój itp., że nawet jeśli coś nam akurat nie wychodzi, to mamy jeszcze mnóstwo innych okazji do czerpania radości z życia. A mi szkoda czasu na dołowanie się jedną rzeczą, kiedy dookoła jest tyle innych pozytywnych! 🙂

Życie jest piękne! Chcesz się przyłączyć? 🙂