Nie, że dopiero teraz. Już jakiś czas temu się ta dorosłość napatoczyła, w końcu wyszłam za mąż, żyję z paprotką storczykiem i kredytem, te sprawy. Ale od kilku miesięcy dzieje się w moim życiu coś, w co jeszcze do końca nie mogę uwierzyć. (To właśnie przez to publikuję na blogu z takim opóźnieniem.) I teraz nadszedł czas na coming out.

Kiedy o tym myślę, przypomina mi się mój wpis sprzed prawie już 3-ech lat, z dopiskiem z zeszłego roku. O tym, że podróżowanie nigdy mi nie przejdzie. Nie, nie przejdzie. Mało tego – stanie się moim sposobem na życie, tak jak zawsze marzyłam.

Do tej pory jednak to marzenie nie było sprecyzowanie. Wiedziałam tylko, że chodzi o podróże. Potrzebowałam kilku lat, żeby pojąć, jak to ma wyglądać dokładnie. Ale po kolei.

Najpierw spróbowałam pracy w dużym biurze podróży, ale siedzenie za biurkiem mnie wypaliło. Po roku byłam kłębkiem nerwów i zrozumiałam, że nie mogę tkwić w miejscu. Moja praca nie może być monotonna, zależna od widzimisię kogoś z góry, a przede wszystkim nie może być przeciwna moim ideałom. Nie mogę komuś mówić, że wakacje all inclusive to najlepsze co może go spotkać w życiu, kiedy ja po prostu nie trawię all inclusive i mam ochotę mu wykrzyczeć, żeby podjął ryzyko i zdecydował się na niebagatelne wakacje z plecakiem na końcu świata. Jestem idealistką. Nie chcę być hipokrytką w imię wyrobienia planu sprzedaży. Zakończyłam więc ten romans.

Po biurze podróży wróciłam do pilotowania wycieczek (przed pracą w BP miałam z tym krótki epizod). Lubię to i nieskromnie przyznam, że po prostu się do tego nadaję. Ale ciągle mi czegoś brakowało. Czegoś nowego. Rozwoju.

Więc zrobiłam to. Założyłam firmę. Przestaję się bawić w podróże, od teraz będę to robić profesjonalnie. Zawsze wiedziałam, że chcę mieć własny biznes, sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Mogłam to zrobić już dużo wcześniej, ale, powiedzmy sobie szczerze, nie należę do ludzi, którzy powinni zbyt długo rozważać swoje decyzje. Ja muszę działać, bo kiedy za dużo myślę, to nabieram wątpliwości i wycofuję się. I tak odwlekałam założenie tej firmy już kilka lat. Po prostu się bałam. To był teren, którego nie znałam.

Ostatnio zdałam sobie jednak z tego sprawę, z tego, co mnie powstrzymuje przed działaniem i teraz za każdym razem, kiedy przychodzi mi do głowy jakiś pomysł, przestaję go zbyt intensywnie analizować. Po prostu wcielam go w życie. Wymaga to ode mnie cholernie dużo wysiłku psychicznego, ale małymi krokami się udaje. Kieruję się maksymą: Życie zaczyna się tam, gdzie kończy się strach.

Uff, dobrze, wystarczy już tego wstępu. Konkrety, czyli czym się zajmuję. Połączyłam to, co robię z pasją z tym, w co wierzę, czyli podróżowanie z plecakiem, bez klimatyzowanych autokarów i 5-gwiazdkowych hoteli, ale za to z mnóstwem wrażeń i przeżyć, z rozwojem osobistym, który jest dla mnie wydobywaniem ukrytego potencjału, przełamywaniem barier i pokonywaniem swoich ograniczeń, a także nabywaniem umiejętności podejmowania odważnych decyzji i wychodzenia poza tzw. strefę komfortu.
A ponieważ jakiś czas temu już zauważyłam, że są kobiety, które chętnie spróbowałyby takiego sposobu podróżowania, ale nie mają wystarczająco dużo odwagi / brak im towarzysza, postanowiłam, że właśnie dla nich będę organizować takie wyprawy pod nazwą Hanna Travel. Stawiam na małe grupy i fajną atmosferę w babskim gronie.

Nie prowadzę jednak biura podróży i moja oferta nie jest ofertą seryjną czy masową. Każdy wyjazd będzie inny i z tematem przewodnim. Każdy wiąże się z jakimś nowym doświadczeniem. Nazwałabym to raczej warsztatami gdzieś na końcu świata. 😉

Skąd nazwa, pod którą organizuję te warsztaty, można się łatwo domyślić. Programy są autorskie i zgodne z moim ulubionym charakterem podróżowania, trampingiem, który nie jest komfortowy, ale dostarcza niesamowitych wrażeń. Gwarantuję, dlatego podpisuję się swoim imieniem. (A poza tym jest łatwa do zapamiętania.) 🙂

Oficjalna strona Hanna Travel jest w końcowej fazie przygotowań, poinformuję, jak będzie gotowa. Natomiast już teraz wspomnę, że na początek organizuję w październiku Gruzję pod kątem kulinarnym. Szczegóły wkrótce. W planach też jest Sri Lanka i Armenia, no i myślę już o kolejnych wyprawach. Nie będzie tego dużo, bo – jak już wspomniałam – nie interesuje mnie masówa. Ot, kilka wypraw w roku. Ale za to jakich!

Jeśli ktoś uważa, że właśnie się reklamuję, pewnie ma rację. Ale spokojnie, to nie będzie blog firmowy. Dalej będę pisać o podróżach i o samodzielnej organizacji wyjazdów, kosztach, wskazówkach itp. Na pewno jednak połączę blog z działalnością Hanna Travel. Po prostu, to nieuniknione. 😉

Napisałam na początku, że nie bardzo wierzę w to, co się dzieje. Dlatego, że tyle lat zwlekałam, bałam się, miałam wątpliwości czy się uda… Ale w końcu zaczęłam i teraz już nie ma innej opcji – musi się udać! I… wcale nie jest tak strasznie! 😀 Ryzyko nie jest takie przerażające, gdy w końcu je podejmiemy. [cytat z książki 4-godzinny tydzień pracy Tima Ferrissa]

Jestem bardzo podjarana tym, co się dzieje w moim życiu i nie zamierzam zwalniać. To mój najlepszy okres. Mogę góry przenosić! 😀

W końcu życie zaczyna się tam, gdzie kończy się strach! 🙂