Nie wiem czemu w naszym kraju utarło się, że podróże są luksusem, na który tylko najbogatsi mogą sobie pozwolić. Może kiedyś tak było, ale dziś coraz więcej osób przełamuje te stereotypy. Mi jednak od czasu do czasu zdarza się brać udział w śmiesznej (z mojego punktu widzenia) rozmowie.

Ostatnio znajomy mi opowiadał o pewnych ludziach, którzy całkiem nieźle zarabiają, na co dzień żyją oszczędnie, ale, jak twierdzi, „są prawdziwymi miłośnikami podróżowania! Dwa razy do roku robią sobie takie mega 2-tygodniowe wakacje za 30 tysięcy!”

W takich momentach tylko się uśmiecham, chociaż coraz częściej korci mnie, żeby zapytać: „Naprawdę? Kurczę, to kim ja jestem, jeśli od stycznia do sierpnia mam zaklepanych 6 wyjazdów i nie potrzebuję na nie 30 tysięcy, nawet jeśli zsumuję koszty?”, a potem po prostu czekać na odpowiedź mojego rozmówcy, który pewnie i tak by nie wiedział co powiedzieć.

Jeszcze wcześniej opowiadałam komuś o naszej Gruzji i Armenii, 30 dni na pograniczu Azji i Europy, ach, tarzam się w endorfinach na samą myśl o tym! Na co mój rozmówca stwierdził:
– No tak, jak się ma pieniądze z wesela to można podróżować.
Ja pier…ogi.
– Tak się składa, że nasza podróż kosztowała nas niecałe 5 tysięcy złotych ZA DWIE OSOBY, razem z przygotowaniami przed wyjazdem. To daje mniej więcej 600 złotych za tydzień na osobę. Myślę, że nawet średnio inteligentny szympans jest w stanie odłożyć tyle przez rok.
– Serio? O kurczę, racja.
Ale opinię o pieniądzach z wesela trzeba było wcześniej wyrazić, prawda?

Niektórym mówię, że marzy mi się podróż dookoła świata. Ale nie taka „rzuć wszystko i jedź”, raczej metodą żabich skoków dzięki tanim lotom z miejsca do miejsca. Dwa-trzy miesiące w drodze. I co słyszę?
– O, na to trzeba mieć pieniądze. Mnóstwo pieniędzy!
Ostatnio w radiowej Jedynce u Tomka Michniewicza byli chłopcy z Łowców Lotów, brałam kiedyś udział w ich warsztatach taniego latania. Mówili, że zgłosił się do nich już po raz trzeci pewien 74-letni pan i chciał, żeby złożyli mu bilet dookoła świata. Znowu. Udało im się. Za 4 tysiące złotych.

Tanie linie lotnicze to nie jest wymysł tylko Europy. Ostatnio pomagałam Adzie z Naokoło Zawsze Bliżej znaleźć coś z Nepalu lub Indii do Australii. Widziałyśmy loty po 30-40 dolarów! Np. z Kalkuty do Kuala Lumpur (w linii prostej to jakieś 2700 km, to mniej więcej taka odległość jak z Warszawy do Sewilli). Ba, kiedyś widziałam lot z Rzymu do Tokio w dwie strony za 1340 złotych. Takie promocje zdarzają się często, w każdą stronę świata.

– No, dobrze – ktoś zapyta – ale na miejscu też trzeba za coś żyć!

I to jest ten moment, kiedy większość osób zapomina, że za dzień w Azji, Afryce czy Ameryce Południowej nie trzeba wydawać milionów złotych! 15-20 dolarów i jesteś w stanie godnie przeżyć. To jest mniej więcej 50 złotych. Za 20 dni podróżowania to będzie 1000 złotych. Czyli z biletem lotniczym niech będzie te 3-3,5 tysiąca. Naprawdę nie jesteś w stanie tyle uzbierać? To smutne.

No tak, ale jeśli oczekujesz wakacji w hotelu nad basenem z all inclusive, to faktycznie wyniesie Cię drożej. Osobiście, jak patrzę na ceny wycieczek objazdowych w biurach podróży, to łapię się za głowę, że też ludziom chce się płacić taką kasę! 5 tysięcy na osobę za 2 tygodnie objazdówki po Gruzji i Armenii? Czyli 2,5 tysiąca złotych za tydzień?

Ok. Jestem trochę niesprawiedliwa teraz, bo są jeszcze inne czynniki determinujące do podróżowania z biurami podróży: brak znajomości języka obcego, obawa przed nieznanym, potrzeba podróżowania z kimś, kto zna dany kraj, albo po prostu brak czasu i wiedzy o organizacji wyjazdu. Jeśli ktoś wyjeżdża raz w roku na typowe wakacje z biurem podróży – w porządku. Nie każdy jest urodzonym obieżyświatem, którego ciągnie w nieznane.

Ale problem nie tkwi w tym, skąd brać pieniądze, bo każdy z nas bierze je z tego samego źródła – z pracy. Sęk w tym, żeby wiedzieć na co je wydawać. Każdy ma inne priorytety. Dla mnie inwestycja w tanią podróż da mi więcej niż zakup samochodu czy telewizora.

I wiecie, kiedy opowiadam o tych wszystkich podróżach i słyszę, że muszę mieć niezłe pieniądze na to, mówię po prostu: wejdź na mojego bloga. Opisuję tam wszystko, co do grosza. Jak podróżować, kiedy Twoje zarobki nawet nie osiągają średniej krajowej.

Nie wstydzę się mówić, że nie zarabiamy dużo, bo mimo wszystko realizujemy się. W naszym przypadku pieniądze nie są priorytetem.

Ludzie marzą o Malediwach, Seszelach, czy innych rajskich wyspach i ich marzenia ograniczają się tylko do sprawdzenia ceny w biurze podróży i pogodzenia się z faktem, że ich na to „nie stać”. Ja do takich ludzi nie należę. Ja sprawdzam, ile pieniędzy potrzebuję na zwiedzenie kolejnego wymarzonego miejsca, a potem działam i odkładam pieniądze na podróż marzeń.

Kiedyś powiedziałam (nie pamiętam komu, ale chyba rodzicom), że zwiedzę cały świat. Usłyszałam, że jest to raczej niemożliwe. Zwykle dorosły człowiek wyrasta z dziecięcych marzeń. Ja do nich wracam, bo zdaję sobie sprawę, że żyjemy w cudownych czasach Internetu i tanich lotów i wszystko jest możliwe.

Ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia.

Da się podróżować z kredytem, storczykami, meblowaniem mieszkania, mężem, dziećmi, psem. Da się wszystko. Cały świat też się da zwiedzić. I to za grosze.

Nie musisz być bogaty w sensie materialnym, żeby podróżować. Ale musisz być bogaty mentalnie: mieć bujną wyobraźnię, otwarty umysł i mieć małe wymagania. A świat stoi przed Tobą otworem. W tym wypadku mniej pieniędzy, znaczy więcej podróży. To paradoks, ale taka jest prawda. Wykorzystaj to!