Kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam. Kto idzie pod prąd, ten jest odmieńcem. Więc albo jesteś w stadzie baranów albo jesteś czarną owcą. Wybieraj.

– Tak długo już jesteś bez pracy, nie szukasz niczego?
– Oczywiście, że szukam, ale wiesz jaka jest sytuacja na rynku – odpowiadam wymijająco.
– To może ci pomóc? Może chociaż na przeczekanie coś ci załatwić?
– Nie, dzięki, poradzę sobie.
Wracam do domu i wysyłam cv. Na siłę, bez przekonania. Tylko dlatego, że czuję presję.
Po co to robię?

I dlaczego nie powiem od razu, że nie szukam pracy na etacie? Że chcę żyć inaczej? Dlatego, że nie chce mi się słuchać komentarzy i złotych rad na temat dobrego, spokojnego życia?

Pracując w korpo, odkładałam cały czas pieniądze. Na start, na takie życie, jakie mi się wymarzyło. Odkładałam i myślałam: to będzie zabezpieczenie na te gorsze czasy bez żadnego dochodu. Na przeżycie. Wiem, że wystarczy mi na tyle i tyle czasu. Dam radę. A jeśli znajdę się pod ścianą, to wtedy zacznę szukać. Nie wcześniej.

I co? Jajco. Szukam wcześniej, nie dlatego, że jestem pod ścianą, ale dlatego, że odczuwam presję. Mąż mówi, że w porządku, rozwijam się powoli, tak było w planach przecież. Skoro mąż tak mówi, to dlaczego go nie słucham i ulegam gadaniu innych?

Koniec z tym. Przestaję mówić innym to, co mówiłam, żeby mieć święty spokój.

Mam swoje plany na życie. Na życie inne niż przeciętne. Lepsze, bo dające spełnienie. Jestem ciekawa, kto z osób wypytujących mnie o szukanie pracy, czuje się spełniony? Albo nie. Nie jestem ciekawa. Nie interesuje mnie to tak naprawdę. Bo to wszystko jest takie oklepane. Wpisane w ramy. Podążanie pewną, utartą, dobrze wszystkim znaną drogą.

W maju odebrałam telefon w sprawie pilotowania wycieczki w lipcu.
– Niestety – odpowiedziałam – ale na ten termin mam już plany. Własny ślub.
– O, to jak pani teraz wychodzi za mąż, to pewnie przez najbliższe dwa lata nie będzie mogła pani pilotować – skomentowała wszystkowiedząca pani Zosia układając mi scenariusz na resztę życia.

Panie Zosie są najgorsze. Nie znają cię, ale wiedzą jak będzie wyglądać twoje życie. Bo ich życie też tak wyglądało.
50 lat temu.

Ale ja z tych ram wychodzę. Wyłamuję się. Zresztą, zawsze tak było. Zawsze byłam tą, co idzie pod prąd. Ale wtedy wszyscy powtarzali, że jako nastolatka przechodzę okres buntu. No, to proszę. Co teraz wymyślicie?

Ja wiem co. Teraz się mówi: feministka. Jak facet stawia wszystko na jedną kartę, to jest w porządku, odważny, przebojowy, świat leży u jego stóp.
A kiedy kobieta tak się zachowuje, to z pogardą nazywa się ją feministką.

A w dupie mam waszą feministkę!

Wolę być czarną owcą niż kolejnym baranem ze stada idącym na rzeź. Bez wyrazu, jednym z wielu.

Wolę każdego dnia patrzeć w lustro i mówić: „Robię to, co kocham i jestem spełniona”, a nie: „I kolejny dzień w tej zasranej robocie…”

Większość ludzi tak mówi. Skoro nie chcę należeć do większości, dlaczego pozwoliłam sobie na mówienie nieprawdy o szukaniu pracy tylko po to, żeby ktoś się odczepił? Dlaczego przestałam głośno mówić, że nie chcę pracować na etacie, od poniedziałku do piątku czekając tylko na weekend? Dlaczego przestałam podkreślać, że nie chcę pracować na jacht jakiegoś tam szefa przez 11 miesięcy po to, żeby na koniec pojechać na 2 tygodnie do Egiptu?

I dlaczego na pytania „czym się zajmujesz?” odpowiadam „aktualnie jestem bez pracy”? Dlaczego nie powiem wprost: jestem freelancerem?

Nie wiem jak to się stało, że pozwoliłam na te pytania o szukanie pracy. Nie wiem, jak to się stało, że straciłam z oczu swój cel. Cel, którego wielu osób nawet nie ma! Tylko spanie, praca, obiad, telewizja, spanie, praca, obiad, telewizja, spanie, praca, obiad, telewizja… I naprawdę, komu ja się tłumaczę?

Na odwieczne pytanie „mieć czy być” jednak głośno odpowiadam „być”! Nie kimś wielkim, bo to nie o to chodzi. Kimś spełnionym.

Mam znajomego. Pracuje na budowie, świetnie zarabia, nie ma co. Nic, tylko cegły nosić. Wstaje codziennie o 5, do domu wraca jakoś koło 18. Jest tak zmęczony, że resztę dnia tylko zmienia kanały w telewizorze, jak ma wolny weekend to też nie chce od życia więcej, jak tylko mieć święty spokój. Ale pieniędzy ma dużo. Tylko nie ma siły, żeby na cokolwiek je wydawać.

Jestem pewna, że każdy ma co najmniej jednego takiego znajomego.

– A plany, a marzenia? Nie szkoda życia?
– Mam czas. Na emeryturze się będę realizować.
Wielu tak myśli. Też takich znałam. Tylko niektórym się wzięło i umarło.
Przed emeryturą.

Chcesz pracować na jacht dla szefa? To sobie pracuj. Chcesz na wszystkie przeciwności losu reagować żałosnym westchnieniem „takie życie…”? To sobie reaguj. Chcesz 11 miesięcy harować, żeby potem 2 tygodnie odpocząć? To sobie haruj.

Ale ja się z tego wypisuję. Wybieram „być”. Jeśli efektem tego będzie nazywanie mnie feministką, proszę bardzo. Nie zamierzam przejmować się opinią kogoś, kto jest przeciętny. Kolejnego barana bez wyrazu. Jednego z wielu. Ze stada.

Zdecydowanie wolę być czarną owcą.

PS. Ten wpis nie ma na celu obrażania nikogo, jak wiele osób błędnie uważa, ale po prostu wyrzucenia z siebie złych emocji. Dziękuję za zrozumienie.