W sobotę 13. lutego skończyłam 33 lata i z tej okazji przygotowałam dla Was urodzinowy wpis. Podobnie jak podsumowania roku, które publikuję zawsze na przełomie grudnia i stycznia, urodzinowe wpisy to taka mała tradycja, którą pielęgnuję już od 5 lat. Tym razem dzielę się z Wami ulubionymi i najważniejszymi utworami muzycznymi w moim życiu.

Muzyka jest moją drugą pasją po podróżach i uwielbiam śpiewać, tańczyć, a także brzdąkam sobie na ukulele. Nie ograniczam się do jednego gatunku, a to, czego słucham, często zależy od mojego aktualnego nastroju. A muzyki słucham przeróżnej – od klasycznej (Mozart i Chopin foreva) i ścieżek filmowych (Hans Zimmer, my love), poprzez rock / country / (pop)folk, uwielbiam też muzykę elektroniczną i downtempo, a i dobrym reggae nie pogardzę.

Podobno ten, kto słucha wszystkiego, tak naprawdę słucha niczego, ale nie mogę się z tym zgodzić. Potrafię utwór rozpoznać po pierwszych nutkach i mam świetną wiedzę muzyczną, czego brakuje wieeeelu osobom, które niby są zagorzałymi fanami jednego gatunku.

Więc to była tylko kwestia czasu, kiedy na blogu pojawi się coś muzycznego. Dziś przedstawiam Wam 10 utworów, które towarzyszą mi od dłuższego (lub nieco krótszego) czasu z różnych powodów. Każdy z nich ma swoją historię lub wyjaśnienie, dlaczego ten, a nie inny.

No, dobra. Trochę więcej będzie tych kawałków niż 10, choć to i tak niezłe cięcie, bo pierwotna wersja tego posta zawierała 33 piosenki. Tak, z okazji 33 lat. 😀 Ale pomyślałam, że nie przejdziecie całej listy, więc ograniczyłam się do 1/3.

Miłego czytania i słuchania!

Acha, jeśli nie załadują Wam się od razu filmy z YouTube’a wklejone do tego postu, to po prostu odświeżcie stronę. 🙂

A jeśli chcecie przeczytać moje pozostałe urodzinowe posty, to znajdziecie je poniżej:

The Lumineers – Sleep on the Floor

Drugi album zespołu The Lumineers zatytułowany Cleopatra zasługuje na oddzielny wpis, bo to jeden z moich najbardziej ulubionych albumów ever. Zapoznała mnie z nim Emma, moja współlokatorka z Wietnamu, i od razu zaiskrzyło.

Singiel Sleep on the Floor, który promuje płytę, najlepiej wysłuchać razem z teledyskiem. Jest to fragment historii w stylu “co by było gdyby?” Gdybyśmy podjęli taką, a nie inną decyzję.

Uwielbiam tę piosenkę razem z klipem, bo po pierwsze karmi mojego podróżniczego robaczka i sprawia, że po prostu chcę przeżyć kolejną przygodę w drodze, a po drugie zachęca mnie do podejmowania ryzyka i życia odważniej.

‘Cause if we don’t leave this town / We might never make it out.
(Bo jeśli teraz stąd nie wyjedziemy / To może nam się nigdy nie udać.)

Tutaj jeszcze dorzucę poza konkursem klip, który jest zlepkiem kilku utwórów z drugiego albumu The Lumineers: Ophelia, Cleopatra, Sleep on the Floor, Angela, Patience. Oglądając klipy do każdego z utworów z osobna widzimy tylko kilka historii, ale razem nabierają one większego sensu.

Mówią jak wyglądałoby życie głównej bohaterki, gdyby wtedy podjęła taką, a nie inną decyzję. Ale nie na zasadzie żałowania własnego losu, ale zrozumienia, że po prostu wtedy, w tym konkretnym momencie podjęła właśnie taką decyzję, bo po prostu tak miało być.

Polecam. Najlepiej cały album.

M83 – Midnight City

Jak wspomniałam na początku tego wpisu – muzyka jest moją wielką miłością i zdecydowanie nie ograniczam się do jednego gatunku. Muzyka elektroniczna to, obok rocka, country/folku i muzyki klasycznej (tak, wiem, dziwne połączenie), mój kolejny ulubiony gatunek.

A M83, francuskiego zespołu, który właśnie łączy muzykę elektroniczną z rockiem, mogłabym słuchać godzinami. Mam nawet na YouTube ulubione kompilacje ich najlepszych utworów , które trwają ponad 2 godziny (w sensie kompilacje są takie długie, nie utwory).

Uwielbiam przy nich pisać i zawsze mam kilka ulubionych kawałków w słuchawkach, kiedy podróżuję.

Utwór, który wrzuciłam powyżej, czyli Midnight City, to jeden z moich prze-ulubionych, bo kiedy go słyszę po prostu nosi mnie po ścianach, mam ochotę skakać i tańczyć, i rozsadza mnie energia. (Kto mnie zna, ten wie.)

Ale moja pierwsza styczność z grupą M83 była poprzez trailer ze Stambułu z podróży polskiej pary (sorki, nie mam pojęcia jak mają na imię) Oops!Sidedown. Wtedy przepadłam. To była miłość od pierwszego słyszenia i wiedziałam, że M83 zostanie w moim życiu na dłużej. Wrzucam pod spodem.

Train – Drops of Jupiter

Uwielbiam, kiedy utwór ma orkiestrowe brzmienie i niebanalny, poetycki tekst, który ma ukryte znaczenie. Piosenka Drops of Jupiter grupy Train z ich drugiego albumu, za którą dostali nagrodę Grammy w 2001 roku, opowiada o odejściu bliskiej osoby wokalisty (i autora utworu) zmagającej się od dłuższego czasu z ciężką chorobą.

Jedna z najpiękniejszych piosenek, jakie kiedykolwiek słyszałam. Ściska za serce, wywołuje ciary, odrywa od ziemi. Oczywiście, zawsze w słuchawkach. W podróży i niepodróży od przeszło 10 lat. Tekst znam na wyrywki.

Florence + The Machine – Shake It Out

Jest bardzo mało wokalistek, które porywają mnie swoim głosem. Żeński głos musi mieć charyzmę, żebym miała ciary na rękach. Facetom przychodzi to łatwiej, że zakochuję się w brzmieniu ich głosu. Czasem ktoś obok mnie podnieca się głosem jakiejś wokalistki, a ja w środku jestem martwa. No, nie rusza mnie, techniczne jest ok, ale nic więcej. Dla mnie głos u kobiet musi mieć to coś – np. chrypkę, drżenie (ale ze smakiem, a nie na siłę) czy głęboki, ciemny ton. Charyzmę. Do takich wokalistek zalicza się u mnie Janis Joplin, Sia, Tracy Chapman, Anna Maria Jopek, Kate Bush. I Florence Welch.

Florence, która swoim mezzosopranem w piosence Shake It Out przypomina mi, że trudno tańczy się z diabłem na placach, więc trzeba się otrząsnąć z cieni przeszłości. Aha, i Florence również pisze sama teksty do swoich piosenek. Propsy.

Kiedy dopada mnie chandra, dół i ogólnie zły humor, puszczam sobie Florence i tańczę.

Stars And Rabbit – Man Upon The Hill

Ten utwór usłyszałam w 2017 roku, podczas festiwalu muzycznego Quest w Wietnamie, na sam koniec całej 3-dniowej imprezy. Było już po zmroku, a ja leżałam w hamaku, słuchałam koncertu i gapiłam się w niebo. Czarne, ale białe od lamp oświetlających jezioro, nad którym miał miejsce festiwal.

I wtedy usłyszałam to. Wstęp do piosenki Man Upon The Hill wykonywanej przez indonezyjski zespół Stars and Rabbit.

Miałam dreszcze. Odebrało mi mowę. Leżałam i słuchałam.

I popłakałam się ze wzruszenia. To było po prostu piękne.

Mało jest rzeczy, a szczególnie utworów muzycznych, które wzbudzają we mnie takie emocje (a emocje związane ze sztuką przeżywam bardziej, jako osoba wysoko wrażliwa). To był jeden z najpiękniejszych momentów mojego życia, który przeżywam na nowo, za każdym razem, kiedy słucham tej piosenki. A słucham jej często. Do tej pory mam ciary.

Oczywiście, od tamtego dnia w słuchawkach mam ją zawsze.

Polecam obejrzeć poniższe nagranie z koncertu – ekspresja wokalistki jest nie do opisania.

Xavier Rudd – Spirit Bird

Współczesny protest song, który porusza problem ochrony środowiska i prawa Aborygenów do ich ziem (a tym samym rdzennych mieszkańców innych kontynentów i analogicznych problemów), a ja lubię, kiedy tekst ma jakieś znaczenie*, a nie tylko kocham cię, a ty mnie nie, pitu pitu, sialala.

*Choć tak naprawdę często wyłączam swój umysł na słowa i skupiam się na samym brzmieniu całego utworu – instrumentach, tempie, przejściach.

Poza tym, ten utwór ma cudowny hippie vibe i niesamowitą energię. Kocham. Słucham zawsze i wszędzie, szczególnie w drodze.

Bon Iver – Holocene

Bon Iver to jeden z moich ulubionych zespołów / wokalistów wykonujących muzykę z gatunku indie folk, indie rock, alternative. Do tego możecie dorzucić takich artystów jak Kodaline, Blanco White, James Vincent McMorrow, Novo Amor, Hollow Coves czy Tall Heights. Nie znacie? Więc polecam odkryć nowe horyzonty. Np. na Spotify mam playlistę Boho – wystarczy, że znajdziecie tam mój prywatny profil jako Hanna Sobczuk i możecie słuchać. 🙂

Za co uwielbiam Bon Iver i inne wyżej wymienione grupy? Za to, że mam wrażenie, iż nikt poza mną ich nie słucha, a ja lubię takie poczucie oryginalności i tego, że tylko ja coś robię. 😀 (Dlatego nie biegam, bo wszyscy biegają. :P) A poza tym lubię taki totalny chill z gitarą w tle.

Poniższy klip do utworu Holocene nagrywany był na Islandii, a to przenosi nas do kolejnego utworu…

Sigur Rós – Hoppipola

…zespołu Sigur Rós, co z islandzkiego (niegramatycznie) tłumaczy się na “róża zwycięstwa”. Tytuł Hoppipola znaczy “skakanie po kałużach” i szczerze mówiąc jest to jeden z najbardziej pozytywnych i inspirujących utworów jakie słyszałam. Oczywiście, zawsze słucham Hoppipoli w podróży.

Polecam szczególnie klip, który wklejam poniżej. Jest przeuroczy i wzruszający.

A skoro jesteśmy już w klimatach nordyckich, to muszę tu też zaznaczyć, że uwielbiam norweski zespół Wardruna, którego kilka utworów zostało użytych do ścieżki dźwiękowej serialu Wikingowie. Obie grupy wykonują muzykę z pogranicza rocku alternatywnego i folku, jednak Wardruna to mroczniejsze klimaty, muzyka szamańska i ambient, a ich występy na żywo to oryginalny show z użyciem ognia, czaszek reniferów itp. W 2021 mają dać koncert w Polsce, ale zobaczymy co się wydarzy w związku z pandemią.

Bob Dylan – Hurricane

Wybrałam tę piosenkę, choć pod nią znajdziecie też Beatlesów, Rolling Stones, Led Zeppelin, Pink Floyd, the Who, Janis Joplin czy Jimiego Hendrixa. Dobra, nieco na siłę, ale podciągnę tutaj też Queen, bo nigdzie indziej mi nie pasują. Uwielbiam, kocham, jaram się, gdy ich słyszę.

Innymi słowy – klasyka rocka z czasów, kiedy muzyka była prawdziwą muzyką, a zespół / wykonawca musiał mieć charyzmę, a nie tylko sztuczne cycki i high pitch voice.

A wybrałam Boba Dylana, bo to ten, który opowiada piosenkami historie (w tym kilka kultowych protest-songów jak poniższy Hurricane o czarnoskórym bokserze skazanym za morderstwo, którego nie popełnił), a w swoich utworach łączy elementy rocka, bluesa, country, folku, jazzu. I harmonijkę. Kocham w jego utworach tę harmonijkę.

Jako ciekawostkę wspomnę, że Bob Dylan w 2016 otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury za poetyckie ekspresje w swoich piosenkach. Leonard Cohen skomentował to słowami: Nagroda dla Dylana to jak medal dla Mount Everestu za bycie najwyższą górą. Taki geniusz, przecież to oczywista oczywistość.

Po ponad 60 latach aktywności artystycznej Dylan wciąż opowiada kolejne historie swoimi utworami.

Cold Weather Company – Wide-Eyed

Są takie piosenki, które nie muszą mieć specjalnego znaczenia i kocham je po prostu za pianino, gitarę, głos wokalisty i zajebistą energię. Takim utworem jest właśnie Wide-Eyed zespołu Cold Weather Company. Nic dodać, nic ująć.

BONUS: SYML – Girl

A na sam koniec bonus. Piosenka, którą usłyszałam już po powrocie z Hiszpanii, a przed przejściem wybrzeża Bałtyku. Piosenka, która pomogła mi się pozbierać po zeszłorocznych wydarzeniach.

Brian Fennell a.k.a. SYML napisał ją dla swojej dwuletniej córeczki, która musiała przejść operację czaszki, gdyż jej zbyt szybki zrost blokował rozwój mózgu.

Ale tekst może być rozumiany tak, jak po prostu tego w danym momencie potrzebujesz.

Girl / You’ll see the world and you’ll come to learn / That falling in love is a strange work of art / All of your battles will shape who you are / And know that your scars are my favorite part / I want you to know this

(Dziewczyno / Zobaczysz świat i zrozumiesz / Że zakochiwanie się jest dziwną formą sztuki / Wszystkie twoje bitwy nadadzą ci kształtu / I wiedz, że twoje blizny są moją ulubioną częścią [ciebie] / Chcę, żebyś to wiedziała)

A do tego gitara i głos. Ciary. Ten utwór wskoczył na podium moich ulubionych.

Jestem ciekawa, czy odkryliście coś nowego z tego mojego zestawienia? 🙂