Tbilisi – gruzińska pstrokacizna

Wzrok przebiega po starych wyremontowanych kamienicach, zahacza o orientalny pomarańczowo-brązowy gmach opery. Powoli przesuwa się po gęsto posadzonych wzdłuż ulicy zielonych platanach o papierowej korze, pod którymi sterczą ozdobne latarnie wieczorami rzucające ciepłe światło na mieszkańców miasta, a na koniec przeskakuje na witryny sklepów, gdzie wystawiono produkty największych światowych marek odzieżowych, jubilerskich i technologicznych. Pierwsze skojarzenie – paryskie Pola Elizejskie, może trochę mniejsze. Ale podobna lekkość, styl, klasa. Dopiero za chwilę do naszych oczu i uszu dotrą inne szczegóły, które zdradzą, że nie jesteśmy w Paryżu, nie na Champs Elysées, tylko na Alei Szoty Rustawelego. Witamy w Tbilisi, stolicy Gruzji.

Tbilisi to miasto, które w jednej chwili w sobie rozkocha, aby za moment dać się znienawidzić. Albo odwrotnie. Może też dawać energię, a jednocześnie ją odbierać. Potrafi bawić, ale bywa zarazem bardzo smutne. Nie da się go ocenić po wyglądzie i chyba nigdy nie pozna się go do końca, a żeby nabrać o nim jakiegokolwiek pojęcia trzeba spędzić tu co najmniej kilka dni i zapuścić się w każdy kąt: zarówno w miejsca odnowione i schludne, które swoim wyglądem kuszą przyjezdnych, jak i stare uliczki zapomniane przez cały świat, gdzie życie płynie zupełnie innym rytmem.

Aleja Szoty Rustawelego, gruzińskiego poety, który tworzył w XII wieku, to główna ulica miasta. Od strony północnej zaczyna się przy stacji metra Rustaweli skąd prowadzi do Placu Wolności (lub odwrotnie – zaczyna się na Placu Wolności a kończy przy metrze Rustaweli). Amatorzy zabudowy miejskiej będą mieli czym się delektować, bowiem Tbilisi, jak i inne miejsca w Gruzji, uniknęły losu wielu byłych republik Związku Radzieckiego, gdzie jak grzyby po deszczu wyrastały socjalistyczne budowle.

Co prawda przy samym metrze wznosi się stalinowski gmach Akademii Nauk, jednak kaukaski socjalizm różni się od tego, który znamy z Polski czy Ukrainy, jest jakby mniej dumny, łagodniejszy, cieplejszy. Tuż obok Akademii błyszczą Złote Łuki obecnej na całym świecie restauracji McDonald’s (chociaż w Gruzji jest ich tylko 5 – pierwszą otwarto dopiero w 2010 roku), a przed nimi stoi pomnik wieszcza Rustawelego, który wygląda jakby za nic miał stalinowski terror i symbol globalnego konsumpcjonizmu, w towarzystwie których przyszło mu tkwić. Warto zatrzymać się pod akademickimi arkadami, gdzie codziennie swoje prace rozkładają lokalni artyści. Można tu kupić pamiątki w dużo niższych cenach niż te sprzedawane w oficjalnych sklepach na starym mieście, takie jak obrazy czy rękodzieła, których wschodni styl, tak inny od tego, do którego przywykliśmy w Europie, przyciąga spojrzenia i intryguje.

hotel Marriott w starej kamienicy

Idąc dalej naszym oczom ukazuje się wiele ważnych budynków – Opera Narodowa wzniesiona w 1896 roku w charakterystycznym mauretańskim stylu, Teatr Rustawelego z 1901 roku, Galeria Narodowa, gdzie można podziwiać obrazy artysty-samouka Nika Pirosmanaszwilego, a tuż przy niej położony poniżej poziomu ulicy kościół Kaszweti.

Opera Narodowa

Nazwa świątyni znaczy „urodzenie kamienia” i związana jest z legendą o św. Dawidzie, który krzewił na tych ziemiach chrześcijaństwo. Pogańscy kapłani oskarżyli go o spłodzenie dziecka jednej z kobiet, na co święty odparł, że jeśli jest to kłamstwo – dziewczyna urodzi kamień. Tak się stało, a ów kamień położono pod budowę świątyni. Dzisiejszy wygląd kościoła pochodzi – tak jak i większość zabudowy alei Rustawelego – z początku XX wieku. Prawie naprzeciwko Kaszweti, wznosi się gmach Parlamentu, a nieco dalej – Muzeum Gruzińskie. Zostało ono wraz z Galerią Narodową wyremontowane i oddane do użytku w 2011 roku. Wnętrza dzisiaj w niczym nie ustępują największym muzeom europejskim, chociaż przed remontem przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy – z odpadającym tynkiem, wiszącymi z sufitu kablami i podniesioną od wilgoci klepką podłogową.

Parlament

Jak bardzo by nie zachwycać się europejską zabudową Alei Rustawelego, prędzej czy później zauważymy inne detale świadczące o naszym pobycie na Wschodzie. Ciężko jest odwrócić głowę od 10-latki całymi dniami leżącej na kocyku gdzieś przed sklepem z metalową puszką, do której zbiera datki. Albo od rodziny przesiadującej pod kantorem i zaczepiającej słowami „Dawaj lari!” każdego, kto właśnie stamtąd wychodzi. Inni, szczególnie starsze panie, radzą sobie w bardziej godny sposób – sprzedają orzeszki, ziarnka słonecznika i drobne pamiątki.

Ale, to co jest najbardziej charakterystyczne dla Wschodu to kultura prowadzenia pojazdów. Jakże męcząca w Tbilisi, a szczególnie na dwupasmowej Alei Rustawelego! Tak jakby prowadzenie samochodu nie służyło tylko do przemieszczania się, ale było sztuką, zabawą towarzyską z trochę niepojętymi dla nas zasadami savoir-vivre’u (jeśli o czymś takim w ogóle możemy mówić), w której piesi też zajmują odpowiednie miejsce. Najpierw trzeba przywyknąć do ryku silników rozpędzonych samochodów, których kierowcy co chwila używają klaksonu w celu pozdrowienia albo ostrzeżenia, a adresat sygnału powinien oczywiście odtrąbić potwierdzając odebranie go. Dodatkowo po Alei krąży w jedną i drugą stronę radiowóz policyjny, przez megafon którego mundurowi co chwila ogłaszają coś surowym tonem lub po prostu włączają koguta i głośnym sygnałem zaznaczają swoją obecność. Na początku, kiedy to robią, podskakujemy do góry, ale miejscowi, którzy przywykli do codziennego chaosu i hałasu w stolicy, nawet nie zwracają uwagi. Tak samo chyba jak na przejeżdżające Aleją samochody, między którymi odważni piesi próbują przejść przez ulicę. Patrzymy w napięciu za nimi: czy dotrą bezpiecznie na drugą stronę? Ale Gruzini doszli już do takiej wprawy, że mimo wielkich toreb z zakupami i małego dziecka na ręku, udaje im się pewnie przekroczyć tę rzekę aut. Zatrzymują się po prostu między pasami i czekają na odpowiednią lukę w ruchu, którą można przeskoczyć dalej. My niepewnie czujemy się nawet na ulicy jednokierunkowej, więc Aleją Rustawelego postanawiamy pokonać przejściem podziemnym. Nie wiemy jednak co gorsze: przebieganie przez ulicę ze świadomością, że tu piesi nie mają pierwszeństwa czy chowanie się w nieoświetlonych podziemiach, niekiedy przypominających swoim wyglądem i odorem kanały ściekowe?

Wreszcie jesteśmy na Placu Wolności służącym za wielkie rondo, pośrodku którego sterczy wysoka kolumna z pozłacaną rzeźbą patrona Gruzji – świętego Jerzego zabijającego smoka. Jakimś cudem udaje nam się przejść bocznymi uliczkami na drugą stronę skweru, skąd przecznice prowadzą już prosto do Starego Tbilisi.

Plac Wolności
św. Jerzy

Mijamy zaniedbane kamienice, gdzie prace renowacyjne nie dotarły (zabrakło funduszy czy nie było tego nawet w planach), aż wreszcie wychodzimy na plac rozpościerający się u stóp wzgórza, na którym stoi forteca Narikala. To nasz cel – zanim zgubimy się pośród staromiejskich uliczek, chcemy zobaczyć Tbilisi z góry. Na drugim brzegu rzeki wsiadamy w wagonik powietrznego tramwaju, który ponownie został uruchomiony w maju 2013 roku (poprzednia kolejka zerwała się 15 lat temu, ale obecna to solidna alpejska robota), i wjeżdżamy na szczyt wzgórza. Warto się przejechać chociażby ze względu na to, że trasa kolejki przebiega idealnie nad starówką i można rzucić okiem na przycupnięte na zboczu pod fortecą kolorowe, gruzińskie domki (te akurat już zostały wyremontowane, prawdopodobnie ze względu na swoje reprezentacyjne położenie).

u stóp twierdzy Narikala

Tbilisi widać stąd najlepiej. Mamy szczęście, że jesteśmy tu późnym popołudniem, kiedy opadające ku zachodowi słońce otula miasto ciepłym pomarańczowym światłem. Wojciech Górecki, reporter, który od ponad 20 lat jeździ w te rejony, w swojej świetnej książce Toast za przodków pisze: Tbilisi to Gruzja w miniaturze. Cała gruzińska pstrokacizna – Kachetia i Swanetia, chrześcijaństwo i islam, Zachód i Wschód, Europa i Azja – jest tu ściśnięta na paru kilometrach kwadratowych, ograniczonych zboczem Świętej Góry (Mta Cminda) i twierdzą Narikala na południu oraz wzgórzami Kukia i Elia na północy (…). Stare Tbilisi można obejść w dwie, trzy godziny od wzgórz na południu do wzgórz na północy (Mandelsztam pisał o „garbatym Tyflisie”), oraz wzdłuż rzeki Mtkwari (Kury), która płynie z zachodu na wschód.

Patrzymy z góry na tę pstrokaciznę i chcemy się w niej zanurzyć, zabłądzić, dać się zaskoczyć. Oprócz turystów i tbilisczyków panoramę podziwia jeszcze jedna postać – Kartlis Deda, pomnik Matki Gruzji. Kobieta w lewej dłoni trzyma kielich z winem dla gości, a w prawej miecz dla wrogów. Widać ją z daleka, rzeźba mierzy bowiem 20 metrów wysokości. Postawiono ją w 1958 roku z okazji 1500-lecia Tbilisi.

Kartlis Deda – Matka Gruzja

Schodząc mijamy po prawej stronie charakterystyczne kopuły, pod którymi ukryte są łaźnie siarkowe. Ta część miasta – Abanotubani, czyli dzielnica łaźni – jest najstarszą dzielnicą Tbilisi. Właśnie od siarkowych źródeł Tbilisi wzięło swój początek. Według legendy król Wachtang Gorgasali wybrał się w te rejony na polowanie. Strzałą z łuku trafił jelenia, ale ranne zwierzę wskoczyło do sadzawki i po chwili wyszło z niej zupełnie zdrowe. Zdumiony władca zauważył, że woda tryskająca ze skał jest ciepła i ma właściwości uzdrawiające, więc postanowił w tym miejscu założyć swoją siedzibę. Stolica została nazwana Tbilisi od gruzińskiego słowa „tbili”, które znaczy „ciepły”. Łaźnie siarkowe były –  i nadal są – bardzo popularne wśród mieszkańców miasta nie tylko ze względów higienicznych i leczniczych, ale także towarzyskich – tak jak rzymskie termy były miejscem ubijania interesów, plotek, wspólnych posiłków, a ponieważ czas kąpieli nie był ograniczony, można było spędzać w nich całe noce. Dokumenty perskie z XIII wieku podają, że niegdyś w mieście było aż 68 siarkowych łaźni!

Kierujemy się w lewo i wchodzimy w uliczkę Szardeni, której zabytkowa zabudowa została pięknie wyremontowana. W każdym z budynków na parterze urządzono restaurację lub kawiarnię, gdzie chcielibyśmy odpocząć, ale wnioskując po stylu lokali i elegancko ubranej klienteli, rezygnujemy z tego typu przyjemności, co nasze portfele przyjmują z ulgą. Mimo to zerkamy ukradkiem na Gruzinów zastanawiając się, czy można mówić o kulturalnej granicy między Azją a Europą. O geograficznej owszem – tu i tu mamy umowną linię, a za nią już inny kontynent. Ale kultura to pojęcie abstrakcyjne, szczególnie kultura Kaukazu, na której kształt przez wieki wpływały Turcja, Persja, Rosja i Europa. Jadąc do Gruzji najlepiej nie mieć żadnych oczekiwań, ale pozostawić otwarty umysł i pozwolić się zaskoczyć.

uliczka Szardeni

Ze schludnej uliczki wychodzimy wprost przed serce starego Tbilisi, czyli katedrę Sioni. Nie da się jej pomylić lub przeoczyć – zbudowana z żółtego tufu wulkanicznego świątynia charakterystycznie położona jest kilka metrów poniżej poziomu ulicy. Jest to jeden z najważniejszych obiektów sakralnych w kraju. Pierwsza cerkiew stanęła w tym miejscu już w VI wieku, ale przez stulecia była systematycznie niszczona i odbudowywana, co sprawiło, że dzisiaj można się w niej doszukać stylów architektonicznych z różnych epok.

W katedrze Sioni, której nazwa pochodzi od góry Syjon w Jerozolimie, wystawiona jest dla wiernych kopia relikwii św. Nino, patronki Gruzji – krzyż z winorośli i włosów świętej. Według legendy Nino była chrześcijanką z Kapadocji, której ukazała się Matka Boska i kazała udać się na Kaukaz w celu głoszenia wiary w Chrystusa. Na miejscu święta uleczyła ciężko chorą żonę lokalnego króla, a ten z wdzięczności postanowił spełnić życzenie uzdrowicielki. Nino zapragnęła by Gruzja przyjęła chrześcijaństwo i podarowała władcy wykonany podczas długiej wędrówki krzyż z własnych włosów i winorośli, który obecnie ukryty jest gdzieś w katedrze. Działo się to w 337 roku, co czyni Gruzję drugim – po Armenii – chrześcijańskim krajem świata.

Przechadzamy się dalej uliczkami i docieramy jeszcze do najstarszej świątyni na terenie miasta – bazyliki Anczischati z przełomu V i VI wieku. Jej nazwa wzięła się od dwunastowiecznej ikony, która podobno powstała w cudowny sposób bez użycia ludzkich rąk, sprowadzonej z Soboru w Anczi. Obecnie ikona znajduje się w Muzeum Sztuki Gruzji w Tbilisi.

Błądzimy jeszcze w plątaninie starych ulic i kamienic ze zdumieniem zauważając, że im dalej od fortecy, tym bardziej są zaniedbane. Możemy się jednak spodziewać, że w ciągu kilku bądź kilkunastu lat też zostaną odnowione. Od wielu Gruzinów słyszeliśmy, że obecny prezydent Gruzji, Micheil Saakaszwili, jest bardzo nastawiony na turystykę, ponieważ zdaje sobie sprawę, że oznacza ona dla Gruzji pieniądze, głównie z Europy. [Ten tekst był pisany przed październikowymi wyborami w Gruzji, ale już nie chciałam zmieniać. Przyp., że Saakaszwili nie jest już prezydentem.] Miasta są więc pieczołowicie odrestaurowywane, czego efekty można oglądać już w nadmorskim Batumi i Signagi w Kahetii na wschodzie kraju, a także reprezentacyjnych miejscach w Tbilisi. Tutaj właśnie stara zabudowa jest odnawiana, a w jej sąsiedztwie wyrasta w zastraszającym tempie nowoczesność.

Zastanawiając się nad tym, jak będzie wyglądało Tbilisi za kilka lat, wracamy do Mostu Pokoju tuż obok katedry Sioni, jednego z wielu przykładów, że stolica Gruzji ma ambicje stać się miastem postępowym. Konstrukcja z 2010 jest dość kontrowersyjna i w zamyśle autora – włoskiego architekta –  miała przypominać morskie zwierzę, ale przez swój charakterystyczny kształt kojarzący się z pewnym artykułem sanitarnym most otrzymał przydomek Always Ultra. Mimo to z zewnątrz, a także w nocy prezentuje się bardzo widowiskowo.

Most Pokoju

Przechodzimy nim nad rzeką Mtkwari. Chociaż jej brzegi są regulowane, nie ma tu uroczych bulwarów, które zachęcałyby do spaceru, a sama woda także nie wygląda pięknie – ma nieprzyjemny cementowy kolor. Z mostu schodzi się wprost do nieukończonego jeszcze Parku Europejskiego (Rika Park). To bardzo świeży i budzący mieszane uczucia projekt – gigantyczne pianino oraz ławki o bardzo wymyślnych kształtach kojarzą nam się ze wschodnim przepychem, który dla nas jest po prostu kiczem. Ale park ukończony jest dopiero w połowie, a drzewa jeszcze nie urosły… Może za kilka lat, jeśli tu wrócimy, bardziej nam się spodoba?

Rika Park

Z parku kierujemy się w stronę cerkwi pw. Matki Bożej Metechskiej, zwanej krótko Metechi. Jest to kolejny z sakralnych symboli miasta, który od początków Tbilisi tkwi na wysokiej skale nad rzeką dosłownie naprzeciwko twierdzy Narikala. Po drodze mijamy konny pomnik króla Wachtanga Gorgasalego z lat 60. XX wieku i stąd ruszamy zobaczyć ostatnią już na naszej trasie atrakcję – największą na terenie całego Kaukazu i trzecią najwyższą na świecie prawosławną cerkiew Cminda Sameba (Świętej Trójcy). Świątynię łatwo rozpoznać już z twierdzy Narikala, gdyż swoimi rozmiarami przytłacza całe miasto – mierzy prawie 100 metrów wysokości! Chociaż jest bardzo młoda (budowę rozpoczęto w 1998, a konsekracja odbyła się w 2004 roku), o czym może świadczyć współczesne wnętrze, z zewnątrz wygląda na co najmniej kilkaset lat, dzięki wiernemu odwzorowaniu architektury starogruzińskiej. Wracając mijamy ormiańską katedrę Eczmiadzyn i stajemy na ruchliwej ulicy Barataszwilego, która przebiega tuż pod Pałacem Prezydenckim i nad Parkiem Europejskim. Powoli przesuwamy wzrokiem po panoramie miasta. Pod naszymi stopami rozciąga się awangarda, a na prawym brzegu rzeki – tradycja. Matka Gruzja z góry obserwuje wszystko ze spokojem.

nie wszędzie Tbilisi jest takie piękne…

Przypominamy sobie znowu Toast za przodków Wojciecha Góreckiego o gruzińskiej pstrokaciźnie: Kachetia i Swanetia, chrześcijaństwo i islam, Zachód i Wschód, Europa i Azja. Na końcu powinno być jeszcze: historia i przyszłość, czyli to, na co właśnie patrzymy. Jak bardzo zmieni się stolica tego kaukaskiego kraju za 5 lat, jak za 10, a jak za 20? Czy wtedy spodoba się nam bardziej, czy może zniechęci nas do siebie? A jeśli faktycznie Tbilisi jest Gruzją w miniaturze – to w jaki sposób zmiany ukształtują ten kraj i jego mieszkańców? Bo zmiany już nadeszły, ogarniają cały kraj szybciej niż kiedykolwiek. Chcecie je zobaczyć? Więc teraz jest najlepszy moment, żeby wybrać się do Gruzji. Za kilka lat może być już po wszystkim.

Bibliografia:
– Gruzja, Armenia i Azerbejdżan, wyd. Pascal, rok wydania 2013
– Georgia, Armenia & Azerbaijan, wyd. Lonely Planet, rok wydania 2012
– Gruzja i Armenia oraz Azerbejdżan. Magiczne Zakaukazie, wyd. Bezdroża, rok wydania 2012
– Toast za przodków, Wojciech Górecki, wyd. Czarne, rok wydania 2010

7 odpowiedzi

  1. Ale tekst!!! Jakbym czytała szanowany przewodnik!!! Teraz wiem, że naprawdę warto odwiedzić Gruzję, i to jak najszybciej!!!
    Matka Gruzja jest niesamowita!! A termy siarkowe i ilość MC- sama z chęcią zobaczyłabym 🙂

    • Hm, może powinnam raz na jakiś czas właśnie wrzucać coś w tym stylu? Chodzi mi o styl pisania 🙂 I raz na jakiś czas, a nie częściej, dlatego że taki tekst powstaje dość długo w porównaniu z innymi…

      A może powinnam wydać jakiś przewodnik właśnie? 😀

  2. Czytam już chyba dziesiąty post o Gruzji na różnych blogach i ten jest zdecydowanie najlepszy – dużo pięknych zdjęć z wyczerpującymi opisami i do tego odrobina rysu historycznego.
    Genialne 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge