Sri Lanka 2014 – trasa

Sri Lanka, Sri Lanka, Sri Lanka… Kiedy o niej myślę i o całym moim wyjeździe, jakoś tak mi się ciepło robi w środku. To naprawdę cudowny kraj z cudownymi ludźmi! I chociaż nie jest duży, ma naprawdę sporo do zaoferowania. Przed wyjazdem dobrze jest o niej poczytać, zainteresować się, przygotować jakiś wstępny plan. Tylko… nie za bogaty, bo może się na miejscu okazać, że upał i inne warunki skutecznie zweryfikują nasze plany. Tak przynajmniej było w moim przypadku. 😉

Legenda:
– niebieska trasa – samochód,
– czerwona trasa – autobus,
– zielona trasa – pociąg,
– gwiazdki – miejsca warte zobaczenia,
– ludziki 🙂 – szlaki piesze,
– drzewo – Park Narodowy Yala,
– fale – plaża, jakżeby inaczej? 😀

Mój plan od początku zakładał 2 tygodnie zwiedzania centrum wyspy, a następnie tydzień błogiego lenistwa na południu. Wypisałam sobie przed wyjazdem co chcę zobaczyć, żeby przygotować fundusze, a na miejscu nie tracić czasu na transport wte i wewte. Chciałam, żeby mój plan miał ręce i nogi.

Mój samolot wylądował w środę rano. Najpierw spędziłam kilka dni w Kolombo: odpoczęłam po podróży (w końcu zajęła mi jakieś 30 godzin…), przyzwyczaiłam się do pogody i chaosu oraz trochę zwiedziłam miasto. Zatrzymałam się w Mount Lavinii pod Kolombo u koleżanki, która wyjechała na pół roku na Sri Lankę na praktyki zawodowe.

W piątek wieczorem wybrałam się wraz z Martyną, jej gospodarzami i Varą, koleżanką z Rosji, na Szczyt Adama. Samochodowa wycieczka na cały weekend, krótko mówiąc. Po nocnej wspinaczce (dobra, różne zdarzenia losu sprawiły, że wcale nie wspinaliśmy się w nocy tak jak zamierzaliśmy) w sobotę popołudniu pojechaliśmy do Nuwara Eliyi na nocleg.

W niedzielę po śniadaniu rozstałam się z Mar i jej przyjaciółmi, którzy wrócili do domu, a ja pojechałam wesołym autobusem na północ do Dambulli. Tu spędziłam 3 dni. Jedyne dni, kiedy byłam zupełnie sama.

Przyznam, że to był dla mnie sprawdzian z wytrzymałości. Otóż okazało się, że w niedzielę wieczorem dopadło mnie lekkie zatrucie pokarmowe, które rano przerodziło się w tak ostre jak nigdy przedtem (i od razu w głowie panika: wczoraj na śniadanie jadłyśmy jajka w jakiejś lokalnej knajpie, a jeśli to salmonella?!). Dodatkowo miałam zakwasy na nogach po wspinaczce na Szczyt Adama (w końcu trasa liczy 5 km schodami w jedną stronę… a ja bez przygotowania…) i to tak wielkie, że do toalety się dosłownie czołgałam.

W poniedziałek rano leżałam w łóżku i w pewnym momencie zauważyłam, że się cała trzęsę, chociaż było strasznie gorąco. Odwodnienie?  Niedobrze, niedobrze, bardzo niedobrze! Gdyby ktoś ze mną był pewnie wmuszałby we mnie wodę i jakieś suchary, a tak sama musiałam się o siebie zatroszczyć, chociaż mięśnie bolały przy każdym ruchu, a żołądek buntował się przed przyjmowaniem czegokolwiek. Wygramoliłam się jakoś z pokoju i poprosiłam moich gospodarzy, żeby załatwili mi tuk-tuka, który zawiezie mnie do apteki. Kupiłam loperamid (i gdzie ta dzika Sri Lanka, przed którą mnie ostrzegano?), wróciłam do łóżka, przyjęłam końską dawkę leku kierując się zaleceniami mamy, która pracuje w służbie zdrowia, i poszłam spać na kilka godzin.

Popołudniu poczułam się lepiej, nawet wybrałam się na zwiedzanie świątyń w jaskiniach! Co prawda zakwasy dawały się ostro we znaki (znowu schody… tym razem 100 metrów pokonałam w… godzinę), ale wiedziałam, że jeśli ich nie rozruszam będzie jeszcze gorzej (dobrze mieć męża sportowca, tyle teorii za darmo!). Na szczęście byłam sama i nikt mnie nie poganiał, więc mogłam sobie dać tyle czasu, ile potrzebowałam.

Następnego dnia czułam się dużo lepiej, chociaż dla ostrożności ciągle jadłam tylko suchary. Wybrałam się jednak na zwiedzanie ruin miasta w Polonnaruwie i to było najlepsze dla moich obolałych nóg, bo wokół ruin jeździłam przez kilka godzin… rowerem. 🙂 No i wtedy poznałam Chamindę. Nawet zaryzykowałam i zjadłam z nim arbuza. 🙂

W środę jeszcze na sucharach i ciągle z obolałymi – chociaż dużo mniej – nogami wybrałam się do Sigiriyi. Czekał mnie tu kolejny aktywny dzień, bo do kompleksu pałacowego na skale wchodzi się 300 metrów schodami. Na szczęście Alik, mój przewodnik, był bardzo wyrozumiały i nie popędzał mnie w ogóle. Tu podjęłam kolejne ryzyko – wypiłam sok ze świeżo wyciskanych owoców. 🙂 Późnym popołudniem pojechałam do Kandy.

źródło: Internet

W Kandy zatrzymałam się się w przeuroczym pensjonacie w samym centrum miasta. Ponieważ to miejsce bardzo mi się spodobało, głównie ze względu na wyjątkowy taras pełen zieleni, postanowiłam, że zostanę tu do soboty. Na północy było dużo bardziej gorąco i przyznam, że zmęczona byłam tym zwiedzaniem i walką z własnym organizmem i chciałam trochę odpocząć.

Zwiedziłam tutaj Świątynię Złotego Zęba, wybrałam się na pokaz lokalnych tańców, poszwędałam trochę po mieście, ale najważniejsze, że poznałam tu niesamowitych ludzi. Jednego wieczoru grałam z Niemcami w kości, innego dnia gadałam w pewną zakręconą jak słoik dżemu Dunką, która zaraz wybierała się do centrum medytacji, gdziekolwiek ono było, raz dzieliłam pokój z Libanką, która tak wspaniale opowiadała mi o swoim kraju, że teraz chcę jechać do Libanu, a z Amerykanami, którzy już 6 miesięcy podróżują po Azji Południowo-Wschodniej, wybrałam się do świetnej indyjskiej knajpy. No i poznałam tu dwie Australijki: Robyn i Kj, które miały takie same plany jak ja i stwierdziłyśmy, że fajnie będzie kontynuować podróż razem. 🙂

W piątek dziewczyny pojechały do Ella, ja dołączyłam do nich w sobotę. Tę trasę przebyłam pociągiem i mogę to polecić każdemu, bo tory ciągną się między górami pokrytymi dżunglą i plantacjami herbaty, a bliżej Ella nawet tarasami ryżowymi. W niedzielę wybrałyśmy się z Robyn na spacer po okolicy, a następnie ruszyłyśmy do Kataragamy.

W Katagaramie, tuż przy samym Parku Narodowym Yala, zatrzymałyśmy się w guesthousie u Sanduna (świeżo otwarte, byłyśmy pierwszymi gośćmi!), gdzie jadłyśmy najlepsze, bo domowe, rice & curry. Stamtąd w poniedziałek wybrałyśmy się na kilkugodzinne safari, a następnie pojechałyśmy nad ocean do Weligamy.

Weligama jednak nie okazała się idealnym miejscem dla nas. Plaże, owszem, są piękne, szerokie i płytkie, co sprawia, że jest to perfekcyjne miejsce na surfing, ale nie dla białej kobiety w bikini. Nie ma tu prawie żadnych beach barów i restauracji, do morza wcale nie tak blisko, a turystów jak na lekarstwo. Do tego jeden kierowca tuk-tuka, który się nas uczepił, co chwila proponował nam chłopców i marihuanę. Jeśli tak wygląda surferski raj, to my jednak podziękujemy. Było już jednak za późno, żeby się stąd wynosić, więc przenocowałyśmy w jakimś pensjonaciku, którego znalezienie też graniczyło z cudem (i jako jedyny przez cały mój wyjazd oferował współlokatorów w postaci karaluchów), a wszyscy pozostali podawali horrendalnie wysokie stawki za jedną noc (- W internecie podajecie dwa razy mniej! – Tak, ale wy nie rezerwowałyście wcześniej!). We wtorek z samego rana wskoczyłyśmy do autobusu i pojechałyśmy do kolejnej miejscowości.

I tutaj odnalazłyśmy swój raj. Zapamiętajcie, nazywa się Unawatuna. Wspaniała plaża, tanie noclegi i wyżywienie, mnóstwo barów, a blondynka w bikini na nikim nie robi wrażenia. Do tego nasz pensjonat był przy samej plaży, z wielkim, idealnym tarasem, a jego właściciele byli jednymi z najmilszych Lankijczyków jakich spotkałam. Do tego Unawatuna to świetna baza wypadowa do pobliskiego miasta Galle. Tydzień tutaj minął bardzo szybko, ale tak nam się spodobało, że ostatnią noc też spędziłyśmy tutaj zamiast w Kolombo, tak jak najpierw planowałyśmy.

W ostatni wtorkowy poranek zapakowałyśmy się do autobusu, pojechałyśmy na kilka godzin do Kolombo, powkurzałyśmy się na panujący tam chaos i pojechałyśmy na lotnisko. Bo nawet lot do Dubaju miałyśmy ten sam. 🙂

Nie wiem czy zwiedziłam dużo. Pewnie mogłam więcej. Ale z drugiej strony, po co się tak forsować? To właśnie jest piękne w podróżowaniu solo. Nikt Ci nic nie każe. Jak zechcesz to będziesz zwiedzać, jak nie to będziesz czytać cały dzień książkę na tarasie popijając słodką herbatę. To jest właśnie ta namiastka wolności, którą uwielbiam w podróżowaniu: robię to na co właśnie mam ochotę. A jak nie mam na nic ochoty, to nic nie robię. 🙂

Jestem z tego wyjazdu bardzo zadowolona. Chociaż fizycznie nie odpoczęłam (no dobra, w ostatnim tygodniu jednak trochę), to psychicznie bardzo. Wróciłam z odświeżonym umysłem, z głową pełną pomysłów i chęci do działania. Zobaczyłam to co chciałam, poleniuchowałam na plaży, poznałam świetnych ludzi, ale przede wszystkim sprawdziłam się sama z plecakiem daleko od domu! Plan wykonany na 100%. I mam w sobie tyle pozytywnej energii, że mogę góry przenosić!

To co, kto ze mną wraca na Sri Lankę? 🙂

Błogość. Nikt nic nie każe. :)

9 odpowiedzi

  1. Wracając ostatnio z Malezji poznałam Hiszpanów wracających z Sri Lanki. Pomyślałam, nic nie wiem o tym miejscu, trzeba coś poczytać. No i proszę! Dziś tu trafiłam i chyba zostanę na dłużej 🙂

  2. jak wygląda transport z Kolombo do Unawatuna czy też Galle? czy najlepszym/najtańszym transportem jest właśnie autokar? zajmuje to sporo czasu? i czy bez problemu może odnaleźć dworce autobusowe? 🙂
    piszesz tak, że ciężko jest się oprzeć tym miejscom, jednak martwi mnie poruszanie się pomiędzy miasteczkami, czy jest to jednak spokojne do ogarnięcia 😉

    • Tak, dworce łatwo znaleźć, przejazd z Kolombo do Unawatuny autobusem to ok. 3 godziny, pociągiem chyba jedzie się trochę szybciej. Sri Lanka to bardzo łatwy kraj do podróżowania, więc nie martwiłabym się kwestią transportu. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge