Rok w Hiszpanii i 9 lat bloga!

Musicie mi wybaczyć, ale ten wpis powinien pojawić się miesiąc temu. Bo teraz to ja już jestem w Hiszpanii rok + 1/12. Jednak w ciągu ostatnich tygodni miałam tyle pracy, że października w ogóle nie zauważyłam. Ciągle mam wrażenie, że mamy wrzesień.

Przespałam moją rocznicę w Hiszpanii i ocknęłam się jakoś tydzień później. Kolejny tydzień zajęło mi ogarnięcie się, żeby cokolwiek naskrobrać. A potem to już było bliżej listopada i kolejnych urodzin bloga, więc stwierdziłam, że połączę te dwie rocznice w jednym poście.

Więc oto dla Was podsumowanie ostatnich miesięcy życia w Granadzie oraz blogowe przemyślenia z okazji 9. urodzin Plecaka i walizki!

z siostrą w Granadzie 🙂

Jak przeżyć lato w Granadzie

Jeśli nie czytaliście mojego ostatniego podsumowania, które napisałam po zakończeniu mojego wolontariatu (znajdziecie je tutaj), to przypomnę, że w czerwcu musiałam znaleźć mieszkanie.

Na gwałtu-rety, bo termin, kiedy miałam opuścić mój pokój w Granadzie, zbliżał się wielkimi krokami. Było to dość stresujące, bo kwietniowe ataki na Sri Lance mocno zaważyły na mojej sytuacji finansowej i ciężko było przewidzieć co będzie dalej, więc ograniczał mnie budżet. (I konieczność posiadania okna, bo jak jeszcze raz mam spędzić rok w pokoju ze świetlikiem, to popełnię harakiri.)

Do tego miałam jakieś kuriozalne trudności z wynajmem mieszkania (bo jestem z Polski i nie pracuję w Hiszpanii?; to niby jak ci wszyscy cyfrowi nomadzi wynajmują kwatery?) albo z umówieniem się na spotkanie, bo nikt nie mówi po angielsku, a komunikacja przez durny WhatsApp (po roku w Hiszpanii szczerze nienawidzę tego komunikatora) idzie jak krew z nosa.

Ostatnio Bartek Sembol opisał na swoim blogu koszmar z wynajmem mieszkania w Walencji. Czytałam i kiwałam głową. Przeżywałam prawie to samo. Jeśli ja miałam problem z wynajmem mieszkania po zakończeniu roku akademickiego, to doskonale rozumiem Wasze, Bartku, negatywne emocje związane z szukaniem kwatery tuż przed jego rozpoczęciem.

Do tego najtańsze opcje, które znalazłam, wcale nie wychodziły tak tanio. Do czynszu (300-400 euro) należy doliczyć depozyt w tej wysokości, a także prowizję dla pośrednika w tej samej kwocie. Nawet jeśli depozyt jest zwracany (choć kto wie?), to na start trzeba mieć 1200 euro. I więcej, bo przecież musisz coś jeść do następnej wypłaty.

Powodzenia. Widziałam siebie mieszkającą pod mostem.

Nie byłoby to wcale takie straszne, tak naprawdę. Kiedy rok temu przyjechałam do Hiszpanii, spotkałam w supermarkecie Polaka, który kradł wino, i spytał mnie czy widzę butelkę w jego spodniach. Serio. Potem ten facet czekał na mnie przed supermarketem (trochę strach) i powiedział, że w chłodniejszej połowie roku pracuje na budowie w Madrycie, a latem jest bezdomny w Andaluzji. Bo jest tak gorąco, że nie opłaca się wynajmować mieszkania.

Można? Można. Rozważałam więc taką perspektywę (ale na wino jeszcze mnie stać). 😀

Na szczęście ktoś gdzieś wspomniał, że ktoś inny zwalnia mieszkanie pod Granadą, podobno za śmieszne pieniądze. Potwierdziłam tę informację, pojechałam zobaczyć i praktycznie od razu się wprowadziłam.

widok z kanapy w salonie 😀

Mieszkanie uwielbiam, jest pełne bardzo pozytywnej energii i takie hippie. Jak właścicielka, która nawet nie chciała ode mnie depozytu. Napiszę o moich m2 więcej niedługo. Tutaj zajęłoby mi to zbyt dużo miejsca! Powiem tylko, że tak mi jest tutaj dobrze, że umówiłam się z właścicielką, że zostaję do czerwca. 😀 Ach, czy wspomniałam już, że na osiedlu mam basen? 😀 😀 😀

Kiedy ja sprowadzałam się do mojego nowego lokum, lokalni znajomi pytali czy na pewno chcę spędzić lato w Granadzie. Jeszcze nie rozumiałam o co chodzi, ale kolejne miesiace mi to wyjaśniły.

W lipcu i sierpniu było po prostu tak gorąco, że mój mózg był w stanie funkcjonować tylko do południa i wieczorem. Serio, w ciągu dnia nie dało się myśleć, temperatura na dworze dochodziła do 40 stopni. Dzień w dzień. Choć podobno w Kordobie bywa gorzej. Ostrzegam, nie przyjeżdżajcie do Andaluzji latem.

We wrześniu odwiedziła mnie też WRESZCIE moja siostra, Marta, która na co dzień mieszka w Niemczech i raz ona do mnie wpada, a raz ja do niej. 😀 Pokazałam Marcie i jej znajomym Granadę, a przy okazji dostałam paczkę z Polski. Pełną nasionek kiełków, które tutaj są mega drogie. I mnóstwo słodyczy. Doceniajmy polskie słodycze, bo są dobre. Hiszpania nie umie w słodycze.

Praca i blokada pisarska

Mam w życiu okresy, że przez kilka tygodni będę pisać jak szalona, a potem dopadnie mnie tak silna blokada pisarska, że przez następne kilka tygodni nie potrafię nawet włączyć programu do pisania. Tak było też ostatnio, ale mam dobre usprawiedliwienie, bo pracy miałam po łokcie.

Nie wiem czy to magia mojego nowego mieszkania, czy co, ale w lipcu moja sytuacja związana z problemami na Sri Lance zaczęła się poprawiać. Wpadło kilka zleceń, których się nie spodziewałam. A potem ze Sri Lanką ruszyło jeszcze bardziej, dzięki bezpośrednim lotom PLL LOT do Colombo, które startują jakoś teraz. Skupiłam się na pracy, nie miałam siły pisać.

I zaczęłam się też zastanawiać nad sensem moich comiesięcznych postów.

No, bo podróżowanie na razie odstawiłam. Zaprzęgłam się do roboty, a co jest fascynującego w chodzeniu do pracy? Chwilowo nie dzieje się nic, czym mogłabym się z Wami podzielić, nie ma przygód i smoków. O nich mam mnóstwo zaległych postów z Azji i chciałabym wreszcie opisać Wam moje realia życia w Hiszpanii.

Wszyscy mamy do dyspozycji 24 godziny w ciągu dnia i doszłam do momentu, kiedy muszę podjąć decyzję, na co chcę je przeznaczyć. Dlatego comiesięczne podsumowania zamienią się w podsumowania co kilka miesięcy. Następnego raczej spodziewajcie się na koniec roku.

moje osiedle z basenem 😀

9 urodziny bloga!!!

Kolejna rocznica Plecaka i walizki wypada już 1. listopada i aż trudno mi uwierzyć, że powoli z blogowego dinozaura przeistaczam się w blogową skamielinę (to się liczy od 10. roku blogowania). 😀

Nie ukrywam, że blogowanie to najlepsza rzecz, którą mogłam zrobić w swoim życiu i obecnie nie wyobrażam sobie, żebym kiedykolwiek miała przestać. Bo podróże i proces kreatywny dostarczają mi dużo satysfakcji, ale też sama blogosfera podróżnicza i jej specyfika mnie bardzo fascynuje. I możliwości techniczne, które z roku na rok są coraz odważniejsze i zaskakujące.

Co chyba najbardziej mnie w tym wszystkim motywuje to efekty. Choć początkowo moja blogowa ścieżka była bardzo nieokreślona. Bo skąd masz wiedzieć którędy iść, jeśli w ogóle nie znasz celu? I ten cel coraz bardziej się krystalizował aż doszłam do momentu, w którym jestem.

Gdy założyłam w listopadzie 2010 ten blog, to prawie przez rok nie powiedziałam o nim nikomu, bo po prostu chciałam pisać o świecie (w efekcie moje posty czytałam głównie ja sama i kilka zbłąkanych internetowych dusz). Kiedy po raz pierwszy w marcu 2014 ruszałam z plecakiem zupełnie sama poza Europę – na Sri Lankę – jeszcze nie wiedziałam, że ten wyjazd nada kierunek mojemu dalszemu blogożyciu. Wróciłam ze Sri Lanki zakochana w tym kraju i jak szalona zaczęłam go opisywać.

A potem wszystko potoczyło się tak szybko, że aż trudno mi uwierzyć, że minęło kilka lat. Zmieniłam podejście w moim blogowaniu na bardziej profesjonalne, zaczęłam poznawać innych blogerów i uczyć się od nich, pisałam artykuły podróżnicze i przewodniki, dawałam prezentacje podróżnicze, a nawet udzieliłam w mediach kilku wywiadów. Miałam swoje 5 minut, całkiem nieźle się bawiłam.

A potem pojechałam do Azji z biletem w jedną stronę i tam przemyślałam sobie jak chcę dalej blogować i co chcę robić z moim podróżniczym życiem. Trochę wymusiła to na mnie sytuacja, w której się znalazłam.

Wyjechałam z ograniczonym budżetem i wiedziałam, że będę pracować w hostelach, żeby zmniejszyć koszty podróży. Jednocześnie starałam się rozwinąć blog, który zyskiwał coraz więcej czytelników. Wraz z nimi przychodziły maile z pytaniami o Sri Lankę i inne kraje opisane na blogu. Więc po skończonej pracy w hostelu, siadałam do pisania postów, a potem jeszcze odpowiadałam na maile. W efekcie wpadłam w pułapkę niepodróżowania w podróży i nawet nie miałam czasu lepiej poznać miasta, w którym mieszkałam.

Wszystko więc sobie przeanalizowałam, wprowadziłam kilka zmian na blogu i od razu pojawiło się więcej czasu na czerpanie przyjemności z podróży. 🙂 A przy okazji odpowiedź na pytanie jak chcę dalej blogować i co robić.

Chcę pisać o krajach, w których mieszkałam. Powstał już autorski przewodnik po Sri Lance, w kolejce czekają Wietnam i Andaluzja. 🙂 Uwielbiam to, co robię, że łączę pisanie z podróżami. Chociaż jak czasem o tym pomyślę, to mam wrażenie, że w całym tym blogowaniu najmniej jest pisania. 😛 I bywa, że klnę jak szewc, bo mam tyle roboty, że zapominam o jedzeniu, ale wciąż czerpię z tego ogromną satysfakcję.

A skoro wspominam, że chcę pisać o krajach, w których mieszkałam, to możecie się spodziewać, że jeszcze kilka ich będzie. Bo apetyt rośnie w miarę jedzenia. 😀 Co w sumie tylko dobrze wróży temu blogowi na kolejne rocznice. 😉

blogowanie w podróży, z jednej w wielu kawiarni

Co dalej?

Na razie jestem w Hiszpanii, w moim hippie mieszkanku, gdzie pracuję nad blogiem i tworzę nowe posty. Chwilowo moje podróże ograniczają się tylko do wizyt w Granadzie i okolicach, bo skupiam się głównie na pracy. Jestem z tych, co wiedzą, że warto się przez moment zaharować, żeby potem korzystać z życia. 😉 Mam całą kolejkę postów do napisania i wrażenie, że nigdy ich nie skończę. 😀

Moje podróże obecnie są bardzo ograniczone, ale jest jeszcze kilka miejsc w Andaluzji, które chcę odwiedzić, więc na razie cieszę się życiem tutaj. Doskonale pamiętam, jak po 8 miesiącach włóczęgi przez Azję, zaczęły mi doskwierać niewygody podróży, szafa w plecaku i łóżko w pokoju wieloosobowym. Tak, przez 8 miesięcy. Naprawdę tęskniłam za własnym kątem. Tu mam własną lodówkę i piekarnik. Doceniajcie piekarniki, bo to luksus, którego nie doświadcza się w podróży.

Po takich przygodach, człowiek uczy się doceniać chwilowy pobyt na miejscu. Wiem jednak, że to nie koniec podróżniczych niewygód w moim życiu. Jak już się za nimi wystarczająco stęsknię, to znowu się rzucę w coś szalonego. 😀

3 odpowiedzi

  1. Spóźnione, ale szczere gratulacje z okazji urodzin bloga! Odwalasz kawał doskonałej roboty, wiec pozostaje mi tylko życzyć… stu lat! I Tobie (oczywiście w pakiecie z hippie energią :D), ale i blogowi. Keep going i czekamy na więcej postów! 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *