Podsumowanie 2019 i nie-plany na 2020

Aktualizacja

Rok 2019 to był dla mnie rok, kiedy niemal zupełnie zniknęłam ze świata mediów społecznościowych i zaczęłam otrzymywać wiadomości, czy wszystko u mnie w porządku.

Jeśli więc jesteście na tym blogu po raz pierwszy, to macie prawo nie wiedzieć, kim jestem i jak tu w ogóle trafiliście. Jeśli jednak czytacie mnie od jakiegoś czasu, to bardzo Wam dziękuję, że mimo natłoku nowych blogów podróżniczych i cukierkowych obrazków na instagramie, wciąż pamiętacie o starym, nieco przykurzonym blogu Plecak i walizka.

Jak zwykle przed napisaniem tego posta przeczytałam zeszłoroczne podsumowanie roku i „nie-plany” na 2019. I w sumie dobrze, że były to nie-plany, bo już na początku roku wiedziałam, że rok 2019 będzie dość niestabilny.

W grudniu 2019 planowałam, że po zakończeniu mojego wolontariatu w Granadzie, zostanę dłużej w Andaluzji. Chciałam rozwijać blog, więcej napisać o Hiszpanii, rozpocząć kilka projektów.

Co jednak przyniósł mi 2019? Przeczytajcie!

fot. Kinga Madro

Styczeń, luty, marzec

Początek roku był dla mnie dość intensywny. Wymusiłam grafik na naszej niezorganizowanej organizacji w Granadzie (przypominam, że byłam tu wolontariuszką EVS) i udało mi się nieco odbudować moją rutynę. Rutynę związaną z działaniami poza wolontariatem, bo wolontariat całkowicie był pogrążony w chaosie i przyznam, że wzbudzał we mnie mnóstwo irytacji.

Pomimo to, czułam niesamowitą energię do zrobienia czegoś nowego i z okazji moich 31. urodzin wytatuowałam sobie na przedramieniu moje życiowe motto: Życie zaczyna się tam, gdzie kończy się strach. Było to dla mnie duże wyzwanie, bo mam ogromny lęk przed igłą – taki, że jak wchodzę do sali na szczepienie, to trzęsą mi się ręce i cała się pocę. Zwykle wtedy gadam jak najęta, żeby zagłuszyć panikę w mojej głowie. Skąd mi się to bierze? Nie wiem, ale tłumaczę sobie tym, że w dzieciństwie byłam dość chorowita, przez co często bywałam w szpitalach. Chyba taka trauma.

Tatuaż marzył mi się od zawsze, ale jednak lęk był silniejszy. Co więc się stało, że go przełamałam? Poznałam kogoś, kto kompletnie zawrócił mi w głowie swoją postawą do życia i zainspirował do pokonywania granic, które stwarza nasza podświadomość. Przed wyjazdem do Hiszpanii czułam, że coś tu na mnie czeka. Nie wybrałam tego kierunku – to Granada wybrała mnie, bo nie było innych opcji wolontariatu. Stwierdziłam więc, że pozwolę działać wszechświatowi, bo na pewno coś dla mnie szykuje.

I się nie pomyliłam. Spotkałam Juana w miesiąc po przyjeździe do Granady i tak mnie trzasnęło, że się totalnie zaangażowałam. Nie będę tu wchodzić w szczegóły, ale tak – drżenie rąk i nóg naprawdę może się zdarzyć. 😀 Jednak on mieszkał w innej części Hiszpanii, więc nasza relacja od początku była na odległość i wymagała niezłego kombinowania, żeby ją rozwijać. Na szczęście oboje jesteśmy uparci i chcieliśmy to kontynuować, nawet jeśli przez kilka miesięcy mieliśmy się widzieć tylko raz na jakiś czas.

Z okazji urodzin popełniłam też na blogu jeden z najważniejszych dla mnie tekstów – Rozmowa ze sobą z przyszłości, czyli o samoakceptacji. Rozmowę tę przeprowadziłam spontanicznie z kobietą, podróżniczką, którą spotkałam przed wyjazdem z Wietnamu. Napełniła mnie ona bardzo pozytywną energią i wiarą w przyszłość. Jeśli czujesz, że idziesz pod prąd, jeśli masz dość tego, czego oczekują od Ciebie inni – przeczytaj!

Podróżniczo, poza poznawaniem Granady, odwiedziłam Guadix, o którym możecie przeczytać na blogu. Jest to niewielka miejscowość, która słynie z domów w jaskiniach. Tak, wciąż zamieszkanych. Miejsce dość ciekawe, ale miałam wrażenie, że zamieszkane przez duchy, bo spora część starszej części miasteczka stoi zapomniana i nieco zaniedbana.

w Guadix; fot. Marci Gorka

Kwiecień

To był miesiąc, który mocno zaburzył moją rzeczywistość i postawił pod znakiem zapytania kolejne miesiące.

Najpierw przyjechała do mnie Kinga Madro z bloga Floating My Boat, której pokazałam Granadę. Jadłyśmy churrosy z czekoladą, trzaskałyśmy świetne instastories i śmiałyśmy się do rozpuku, kiedy Kinga wdepnęła w… wiecie co. 😀

Dwa dni po wyjeździe Kingi sama wsiadłam w samolot i poleciałam do Polski na 7. Zjazd Blogerów Podróżniczych w Cieszynie. Spotkałam się z moją ulubioną grupą społeczną – blogerami podróżniczymi 😉 – i trochę naładowałam baterie na kolejne tygodnie.

Piszę „trochę”, ponieważ nie chciało mi się wracać do Hiszpanii. Serio. Wolontariat okazał się takim niewypałem przez bezsensowne działania naszej organizacji, że nie potrafiłam się nawet cieszyć Granadą. Odliczałam tygodnie do końca projektu.

Na dodatek 21. kwietnia w Święta Wielkanocne przeprowadzono na Sri Lance serię ataków terrorystycznych. Jeśli czytacie ten blog od dłuższego czasu, to pewnie wiecie, że ze Sri Lanką jestem związana zawodowo. Te ataki rykoszetem trafiły też we mnie i mocno zachwiały moją sytuacją finansową.

Incepcja z Kingą; fot. Kinga Madro

Maj, czerwiec

W maju bacznie obserwowałam sytuację na Sri Lance i zastanawiałam się, co dalej robić z blogiem – zaczynać nowe projekty związane z Hiszpanią i Wietnamem, czy ratować tę Sri Lankę, która przecież pozwala mi się utrzymać. Czułam się mega zagubiona i zdołowana – mówimy tutaj w końcu o moim pomyśle na życie.

W takich momentach mam przed oczami powrót na etat w ostateczności, a ponieważ już kiedyś tego próbowałam, to wiem, jak bardzo tego nie chcę. Ta wizja jak najbardziej motywuje mnie do kreatywnego myślenia. Na spokojnie więc zaczęłam więc planować kolejne miesiące. Dużo czytałam, uczyłam się i wprowadzałam zmiany na blogu – tak małe, że Wy nawet ich nie zauważyliście, ale gigantyczne dla rozwoju bloga.

Nie mogłam jednak zacząć działać od razu, bo tuż przed końcem mojego wolontariatu przyjechali do mnie moi Rodzice. Zwiedziliśmy razem Malagę i Caminito Del Rey, a później im też pokazałam Granadę. Zaczynał się już wysoki sezon i mieliśmy problem z biletami do Alhambry, bo zwykle wyprzedają się one z wyprzedzeniem. Jednak pokombinowaliśmy trochę i dzięki temu zwiedziliśmy perełkę twierdzy – Pałac Nasrydów – w nocy, kiedy jest pięknie oświetlony. Mam więc dla Was cały wachlarz tekstów o Alhambrze i niedługo będę pisać o tym na blogu!

blogerzy w Cieszynie! fot. Kinga Madro

Potem moi Rodzice pojechali dalej zwiedzać Andaluzję, a ja zostałam jeszcze kilka dni w Granadzie. Kończyłam swój wolontariat, atmosfera była tak gęsta, że można było ją ciąć nożem, a ja ostatniego dnia odetchnęłam z ulgą, że to już koniec.

Żeby sobie odrobić, na koniec maja wybrałam się na zwiedzanie Sewilli i Cordoby. Moment idealny, bo upały już zaczęły robić się nieznośne.

Maj mocno zmęczył mnie psychicznie. Przez Sri Lankę, rozjazdy, upały, atmosferę w organizacji, a do tego doszło jeszcze szukanie mieszkania, bo Juan postanowił przenieść się do Granady. 🙂 Jak się okazało, nie było to wcale najłatwiejsze, bo nikt nie chciał zaufać Polce-freelancerce. A my nie chcieliśmy pokoju bez okna, tylko coś dla siebie. Tak, tak było.

[Jeśli zapytacie mnie jak to jest zamieszkać razem z osobą o innej mentalności kulturowej bez wcześniejszego poznania się – bo czym jest relacja na odległość? – to powiem, że jest to kompletny rollercoaster i chyba nie wiecie, co robicie. Serio. :P]

Do tego doszedł kolejny stres, bo – tutaj dygresja ze świata blogerów – Google w czerwcu przeprowadził nowe aktualizacje i trafiło między innymi w mój blog. Ruch poleciał, a ja znowu nie wiedziałam co robić. Kolejny plan czy działać bez zmian, a co ma być, to będzie?

Trzęsienie ziemi w moim życiu nieco się uspokoiło, kiedy pod sam koniec czerwca udało mi się znaleźć mieszkanie pod Granadą. W fajnej cenie, z basenem, a nawet z oknami 😀 (Choć ostatnio okazało się, że zimą jest w nim trochę koszmarnie zimno, o czym możecie poczytać na blogu!)

w wąwozie Caminito del Rey

Lipiec, sierpień, wrzesień, październik

Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że ten okres mam nieco wycięty z życia, jeśli chodzi o folgowanie sobie. Dużo pracowałam nad blogiem, a że było cholernie gorąco, to czasem chłodziłam się na basenie. I to było super, bo nieco zmieniłam swój styl życia po wyprowadzce z Granady.

Na naszym osiedlowym basenie latem byłam kilka razy w tygodniu i przepływałam kilkadziesiąt długości. W wodzie czuję się jak ryba, a w czasach szkolnych uczęszczałam przez kilka lat na zajęcia z pływania i nawet odnosiłam pewne sukcesy na lokalnym szczeblu, a technikę do tej pory mam zajebistą. 🙂 Więc jak widzę cały basen tylko dla siebie, to z przyjemnością zrobię sobie trening. Po wyjściu z wody czuję się jędrna i elastyczna na każdym kawałku ciała, i że moje mięśnie są tam, gdzie być powinny, a nie wiszą luźno na kościach. Basen był spoko, ale życiowym marzeniem jest możliwość surfowania codziennie rano. Kiedyś. 🙂

Do tego zmieniłam też dietę i obecnie jest ona w przeważającej większości wegetariańska – tu znów ukłon w stronę Juana, który jest wegetarianinem od 16 roku życia. Wróciłam też do regularnego czytania. Co prawda nie pochłonęłam jakiejś ogromnej ilości książek, ale np. skończyłam czytać kobyłę Shantaram, a do tego przeczytałam kilka reportaży (Królowe Mogadiszu Pawła Smoleńskiego to mój tegoroczny numer 1.). W tym roku jednak głównie stawiałam na rozwój, więc czytałam też dużo o biznesie, psychologii, a także kreatywnym pisaniu.

Cordoba

Ale to był też moment, kiedy prawie zupełnie przestałam się udzielać w mediach społecznościowych i pisać moje comiesięczne podsumowania. Odcięłam się nieco od świata online i dobrze mi to zrobiło na dłuższą metę.

Podróżniczo raczej nigdzie nie jeździłam, bo było po prostu za gorąco. Pod koniec września odwiedziła mnie moja siostra Marta ze znajomymi, którym również pokazałam Granadę. Przyznam też, że miałam w tym okresie nieco inne priorytety, podróże musiałam odstawić na drugi plan.

Listopad, grudzień

Ciężka praca nad blogiem przez poprzednie miesiące się opłaciła, bo w listopadzie nawpadało mi tyle zleceń, że nie wiedziałam za co najpierw się zabrać. Zrozumiałam też, że listopad to dla mnie wysoki sezon, a nie czas na relaks i palmy. Czułam się przytłoczona pracą, ale sytuacja się nieco ustabilizowała, a stres zelżał.

Ale to wciąż nie był do końca nawrót dobrej passy, bo straciłam telefon i na gwałtu-rety musiałam mieć nowy. Tak, akurat w tym szalonym prezentowym okresie przed świętami. Super, nie?

I wiecie co jeszcze? Ząb. Ukruszył mi się ząb. Dokładnie tak jak 2 lata temu w Sajgonie, kiedy stwierdziłam, że Wietnam daje mi różnymi znakami na niebie i ziemi do zrozumienia, żebym wyjechała. Przypadek? Tym razem się nie poddam tak łatwo!

z Martą w Granadzie 🙂 (nie, nie jesteśmy bliźniaczkami – ja jestem 3 lata starsza)

Święta spędziłam z Juanem w Hiszpanii. Wcześniej dostałam od Rodziców z Polski paczkę z jedzeniem i zimową kurtką :D, a także opłatkiem. Zrobiliśmy sobie mini-wigilię i pół nocy oglądaliśmy filmy. Nie tylko świąteczne. 😉 Nie było choinki, ani spinki na choinki. Był luz, barszcz, ptasie mleczko, prince polo (Juan uwielbia!) i było fajnie. Tak, oszalałam. 🙂

Zakotwiczyłam się tu na razie na dłużej. Mieszkamy razem z Juanem już 7 miesięcy, a do tego spędzamy ze sobą praktycznie 24 godziny na dobę, bo oboje pracujemy z domu (można tak powiedzieć). Chyba nie ma lepszego sposobu na poznanie się, a gdybyśmy się mieli pozabijać, to już byśmy to zrobili na samym początku. 😉

Jeśli teraz pukasz się w głowę, że zwolniłam dla faceta, to pamiętaj, że mam też na koncie rozwód, bo wiem, że moje szczęście i życie jest najważniejsze. Nie zatrzymałam się dla pierwszego lepszego, ale dla tego, kto jest na tyle intrygujący, żeby zatrzymać moją wiecznie rozproszoną po świecie uwagę.

Poza tym czym jest życie bez miłości? Mam za sobą 19 miesięcy w Azji solo. I tak, znam to uczucie, kiedy widzisz jakiś naprawdę zajebisty widok, siedzisz na plaży o wschodzie słońca i czy jesz jakieś obłędnie dobre jedzenie, ale obok Ciebie nie ma nikogo, do kogo możesz powiedzieć „O cholera, ale to dobre!”

Nie chodzi mi o to, że podróż solo jest smutna, bo NIE JEST. Podróż po Azji i mieszkanie w Wietnamie, to było niesamowite doświadczenie, którego bardzo potrzebowałam pod koniec moich lat 20. Tej jakże ważnej dekady w życiu każdego człowieka, która służy po to, żeby nabrać życiowego doświadczenia i odpowiedzieć sobie na pytanie kim i jakim człowiekiem chce się być w kolejnych latach.

Podróż solo była bardzo ważnym doświadczeniem, ale już NIGDY się nie powtórzy. Dlatego, że doświadczeń nie da się powtórzyć. Pierwszy raz zawsze będzie pierwszym razem i żaden następny już nie będzie tak smakował. Doceniam ogromnie moją podróż do Azji i chcę się podzielić moim doświadczeniem z tymi, co teraz przeżywają swoją 20. Bo nic tak nie odkryje Cię przed sobą samym, jak właśnie podróż solo i zmierzanie się ze swoimi słabościami. Ale sama dla siebie chcę czegoś więcej.

Czy to znaczy, że przestaję podróżować sama? Nie, mam nadzieję, że nie, ale na razie o tym nie myślę. Chwilowo mamy inne priorytety, ale podróżniczo to na pewno nadrobimy.

Ten rok to był dla mnie istny rollercoaster. Był dość stresujący, z górkami i dołkami na różnych płaszczyznach, ale nie mogę powiedzieć, żeby to był zły rok. To był raczej rok pełen lekcji i kreatywnego myślenia i rozwiązywania sytuacji kryzysowych. Co Cię nie zabije, to Cię nie zabije, a wzmnoci Cię dopiero jak wyciągniesz z tego jakieś lekcje.

Straciłam: mnóstwo nerwów związanych z wolontariatem, pracą, sytuacją finansową; ruch na blogu; trochę oszczędności przez źle podjęte decyzje; kilka okazji do odwiedzenia jakiegoś nowego kraju; szansę na rozwój blogowych kanałów social media i mocno zostałam w tyle w blogosferze.

Zyskałam: tatuaż, lepszą dietę, trochę ruchu i rutynę; rozbudowałam blog i przychód z niego, na tyle, żeby się utrzymać (tak, mimo tego, że zostałam w tyle!); wynajęłam własne mieszkanie z basenem w kraju Europy Zachodniej; zamieszkałam z moim partnerem; zobaczyłam kilka miejsc w Andaluzji. Nie było tego zbyt wiele, ale to, co było, było CAŁKIEM SPORE, nie? 😀

Więc mimo tego całego stresu, kończę rok z bardzo pozytywnym nastawieniem do świata, a na 2020 planuję powrót z przytupem!

fot. Kinga Madro

Plany i nie-plany na 2020

Kilka tygodni temu miałam ogromny przypływ motywacji i pomysłów na dalszy rozwój bloga. Plany, których nie zrealizowałam w tym roku, przesunę na kolejny, to akurat nie jest problem. Mam też kilka innych pomysłów i zamierzam wrócić na Instagram – jeśli jeszcze mnie nie obserwujecie, to kliknijcie tutaj. Zapytacie mnie jak serio traktuję swój blog, odpowiem: przygotowałam sobie nawet biznesplan. Hell, yeah!

Bo blog to nie tylko posty, które przecież magicznie piszą się same. To ogrom pracy, czasu i energii, a także rozwoju – bo jeśli nie chcesz zostać w tyle, to musisz stale nadążać za trendami.

Mogę sobie jednak pogratulować, bo mimo spadku w ruchu na blogu, udało mi się w tym roku osiągnąć poziom, z którego mogę się utrzymać. I jestem w zupełnie innej rzeczywistości. Załęło mi to mnóstwo czasu (w końcu w tym roku blog skończy 10 lat), ale udało mi się to osiągnąć, mimo że na kilka miesięcy zniknęłam z mediów społecznościowych. Po prostu zaczęłam poszerzać moją wiedzę z różnych źródeł z całego świata i wprowadzać na blogu rozwiązania, które nie są jeszcze u nas popularne.

W tym roku chcę osiągnąć jeszcze wyższy poziom. Tegoroczne wydarzenia dość zamotały w mojej rzeczywistości i chcę być przygotowana na podobne eventy.

A do tego chcę więcej podróżować. I pisać. 🙂

W 2019 roku na blogu pojawiło się 15 postów z tym włącznie. To progres, bo rok wcześniej napisałam ich tylko osiem. Na 2020 planuję 24 posty, czyli średnio dwa na miesiąc. Chcę wrócić do bardziej poruszającego pisania. Ograniczyłam się do przewodników, a mam też kilka innych tematów – trudnych, śmiesznych, inspirujących – które chcę tu poruszyć. Część z nich mam już przygotowanych. Możecie więc się spodziewać, że na blogu będzie ogień!

fot. Kinga Madro

Chcę też podzielić się moją wiedzą związaną z blogowaniem. Jestem świadoma, że osiągnęłam poziom, który dla wielu osób jest nie do ogarnięcia. Mam wrażenie, że patrzę na blogowanie i na swój blog nieco inaczej niż reszta blogerów podróżniczych i stosuję nieco inne metody. I chcę się tym moim innowacyjnym myśleniem podzielić.

Czy w 2020 będzie więcej podróży? Chciałabym, ale szczerze mówiąc – nie wiem. Do lipca mam dwa wydarzenia, na które wracam do Polski i które wiążą się z pewnymi wydatkami. Jeśli sytuacja będzie sprzyjająca, nadrobię jesienią. A na pewno mam już pomysł na 2021, ale to oczywiście musi poczekać z ogłoszeniem. 🙂

Czy to w takim razie początek końca Plecaka i walizki?

Nie, oczywiście, że nie! Wciąż mam mnóstwo tematów, które chcę poruszyć, i historii, które chcę opowiedzieć. Niektóre z nich są naprawdę ciężkie i wiem, że nie będzie mi łatwo o nich napisać, ale chcę inspirować do dyskusji.

O innych planach nie mówię. Mam w głowie kilka pomysłów, kamieni milowych, które chcę osiągnąć. Strasznie się nimi jaram :D, ale wolałabym je ogłosić dopiero pod koniec roku. Mam je zapisane w swoim planerze i tam jest im dobrze, a jak się uda – wtedy Wam powiem. Bez spiny. 🙂

Odkurzmy więc ten blog i rozbujajmy go ponownie, hej!

fot. Kinga Madro

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *