Podsumowanie roku 2017 i nie-plany na 2018

Zwykle pisząc podsumowanie roku czytam najpierw co napisałam rok temu. Jak kończyłam ubiegły rok i jakie miałam plany na kolejny. Tym razem porządnie śmiechłam. Życie przygotowało dla mnie takie niespodzianki, że nigdy bym się tego nie spodziewała. Nic nie wypaliło z moich założeń.

Jaki z tego wniosek? Nie planuj. Nie dłużej niż na 2-3 miesiące wprzód. Życie jest kompletnie nieprzewidywalne i dużo łatwiej jest zaakceptować co nam daje, jeśli niczego nie oczekujemy. W końcu – nie można się wkurzać, że plany nie wypaliły, jeśli ich w ogóle nie było, nie? 😉

I stąd tytuł tegorocznego podsumowania. 😛

Co więc zakładałam sobie na rok 2017, że nie wypaliło? Przede wszystkim, że będę tyyyyle podróżować (12 krajów chciałam odwiedzić, lol) i że tyyyyle będę pisać, normalnie będę rozchwytywana, jeśli chodzi o artykuły i takie tam.

azjatycki chaos w Manili – jedno z moich ulubionych zdjęć w tym roku! fot. Kenneth Surat

Ale pisząc to wszystko pod koniec grudnia, nie spodziewałam się, że już w styczniu wszystko się wywróci do góry nogami… Jednak wierzę, że nic w naszym życiu nie dzieje się bez przyczyny. Że jest jakaś siła (jedni nazwą to boskim planem, inni przeznaczeniem, a jeszcze inni zwykłym przypadkiem), która sprawia, że w naszym życiu w odpowiednim momencie pojawiają się konkretni ludzie i oni mają wpływ (często nieświadomie) na nasze życie. My sami też dostrzegamy to dopiero po fakcie.

I ten rok właśnie taki był – pełen ludzi, którzy nieświadomie mieli wpływ na moje kolejne działania. Czytajcie dokładnie, bo to jest niesamowite jak jedna osoba prowadziła mnie do kolejnej. Takie coś jest możliwe tylko, kiedy poznajesz nowych ludzi. Żyjąc na co dzień w tym samym towarzystwie… no, nie da się. Ale! Czytajcie!

W tym podsumowaniu jest też trochę stycznia 2018, ale dlaczego to sami zaraz zobaczycie. 🙂

Styczeń

W grudniu przyjechała do mnie do Malezji Oliwia, autorka bloga fotograficznego The Ollie, a w styczniu razem pojeździłyśmy kilka tygodni po kontynentalnej części tego kraju. Było fajnie, ale stwierdziłam, że jednak Malezja mnie nie powala. Jest za łatwa, zbyt zorganizowana i przewidywalna. To nie jest kraj pełen wyzwań.

W tym czasie pisałam też przewodnik po Sri Lance dla wydawnictwa Pascal i nauczyłam się wtedy jednego: piszesz – nie podróżuj. Siedź na dupie po 12 godzin dziennie przed kompem i napieprzaj w klawiaturę. Zaharuj się, a potem jeździj.

Cameron Highlands, fot. Oliwia Papatanasis

Dodatkowo 19. stycznia dostałam zaproszenie na press trip do Nepalu od firmy organizującej trekkingi. Matta, jej przedstawiciela, poznałam na TBEX (największy międzynarodowy event dla blogerów podróżniczych) w Manili na Filipinach w październiku 2016 r. Zaproszenie dostało zaledwie cztery osoby, poczułam się wyróżniona, poza tym bardzo chciałam zobaczyć Nepal, więc oczywiście, że je przyjęłam!

Do tego pod koniec stycznia pojechałam do Singapuru załatwić pewne sprawy. Jeśli czytacie mój blog od początku mojego wyjazdu, to wiecie, że po drodze stało się coś, co dość mocno podkopało mój budżet, ale nie pisałam o tym do tej pory ze szczegółami, ponieważ – jak sama mówiłam – musiałam przełknąć gorzką pigułkę zażenowania. 😛

Jestem już gotowa, żeby opowiedzieć Wam trochę więcej, ale muszę prześlizgnąć się po temacie – z powodu ograniczonej ilości miejsca w tym poście. Gdybym chciała opisać wszystko ze szczegółami, to ten post po wydrukowaniu liczyłby ze 30 stron A4. Naprawdę. Po prostu to jest historia, w którą trudno uwierzyć. I nie dziwię się już, kiedy ktoś mówi, że jakaś starsza pani oddała samochód, bo ktoś ją oszukał “na wnuczka”. Różni ludzie chodzą po świecie.

Więc skracając cholernie długą historię: w grudniu poznałam w naszym hostelu w Kuala Lumpur Andreę. Laskę, która twierdziła, że robi nie wiadomo jakie biznesy. Mieszkałam z nią miesiąc, więc miałam okazję patrzeć jak codziennie pracuje. Wystarczająco dużo czasu, żeby nabrać zaufania… albo uśpić czujność.

Andreea miała pomysł na nowy projekt związany z podróżowaniem. Potrzebowała ludzi, którzy zrobią jej stronę (Anvar, kolega z Ukrainy), będą robić zdjęcia, pisać teksty (Anette, koleżanka z Niemiec) i ogarniać to od strony organizacyjnej (ja). Były plany, spotkania, dyskusje jak to w ogóle ma działać… Wyglądało rzetelnie.

Jak podróżowałam po Malezji to Andreea napisała, żebym pojechała do Singapuru – zatrzymam się u niej, jej współlokatorka odbierze mnie z lotniska (bo A. była ciągle w KL) i założy mi konto w banku. Jednak współlokatorka nigdy się nie pojawiła, ani następnego dnia, ani kolejnego. Zatrzymałam się w hostelu (18 usd za noc – najtańszy), jadłam za 15 usd / dzień – najtaniej. Po 10 dniach czekania na rzeczy, które nigdy się nie wydarzyły byłam o jakieś 350-400 dolarów w plecy, a Singapuru i tak mało co widziałam, bo przecież pisałam przewodnik. Lekcja druga – jak piszesz to nie spędzaj tego czasu w najdroższym kraju w regionie. 😛 😛 😛 Muszę więc wrócić, bo bardzo mi się Singapur podobał… to znaczy to, co udało mi się zobaczyć. 😛

Singapur nocą

Andreea obiecała, że odda mi za ten Singapur pieniądze. Miała też zorganizować mi bilety do Nepalu, bo stwierdziłyśmy obie, że to może być dobra okazja dla tego przyszłego projektu. Uprzedzam kolejne pytanie – tak, ciągle jej ufałam (choć coraz mniej), bo zapłaciła Anvarowi i zorganizowała dla niego bilety lotnicze, co mi potwierdził. Więc pomyślałam, że to tylko chwilowe niedociągnięcia. Oczywiście biletów do Nepalu nie dostałam, więc na 3 dni przed press tripem kupiła mi je siostra, bo przecież ja właśnie straciłam 400 usd. (A na wypłatę z Pascala jeszcze miałam poczekać.) Szkoda jednak było odpuścić ten Nepal!

Oczywiście nic się z tego wszystkiego co ona mówiła nie stało. Anvar sam później stwierdził, że według niego Andreea jest chora psychicznie, że jest jakąś mitomanką. Ale na pierwszy rzut oka tego w ogóle nie widzisz! Sam spisał swoje przygody z nią i wyszło mu ze 20 stron… Żeby już więcej nie kalać mojego bloga jej osobą napiszę jeszcze tylko, że Andreea odzywała się do mnie jeszcze kilka miesięcy snując swoje wielkie plany (“przyjedź tu, poleć tam…”), a nawet we wrześniu napisała mi, że jest w Sajgonie i odda mi kasę (ale jakoś nigdy nie miała czasu się spotkać), a jak poleciałam do Manili na początku października na 5 dni, to akurat w ten sam weekend podobno była w Manili. Oczywiście. Normalnie historia taka, że szczęka opada.

Luty

Będąc na Filipinach w listopadzie poznałam kolegę, z którym później spotykałam się w Kuala Lumpur. Polecieliśmy razem do Laosu, po tym nieszczęsnym Singapurze, gdzie już na spokojnie i żyjąc dużo taniej mogłam skończyć przewodnik. Po Laosie wyskoczyłam do Nepalu, a Stephen pojechał do Wietnamu. Tam się mieliśmy spotkać na początku marca. W sumie nie planowałam tego Wietnamu, ale… poszłam za głosem serca. 😉

Laos mnie jakoś nie powalił, ale wodospady przyznam, że mają zajebiste i w sumie chciałabym odkryć ich więcej, dlatego może kiedyś wrócę.

wodospady Kuang Si niedaleko Luang Prabang

Ale Nepal! Och, o matko, Nepal! NEPAL!!! To był kierunek roku. Nie pokochałam go od pierwszego wejrzenia, a nawet przeciwnie – nie spodobał mi się od razu. Ale te góry… Ta przestrzeń, to niebo, te ośnieżone szczyty o wschodzie słońca… Ulice Katmandu o poranku… No po prostu Nepal skradł moje serce, ale dopiero po wyjeździe zdałam sobie z tego sprawę. 😉

Bardzo, bardzo chętnie tam wrócę na dłużej niż dwa tygodnie. I w sumie Nepal mi uzmysłowił, że jestem gotowa na Indie!

widok na Dhaulagiri, fot. Scott Herder

Marzec

A w marcu pojechałam do Wietnamu. Jak to zwykle w życiu bywa, jednak plany się trochę zmieniły i Stephena spotkałam raz, a potem on odszedł ścieżką swojego życia, a ja swojego. 😀 Jednak w Sajgonie spotkałam się z Kingą z bloga Gadulec i ona powiedziała, że w sumie co będę siedzieć w mieście – lepiej, żebym pojechała do Mui Ne.

Jednak w Sajgonie byłam jeszcze przez jakiś czas. W moim hostelu spotkałam wielu świetnych ludzi, którzy uczyli angielskiego. Psychicznie jednak jeszcze nie byłam gotowa na to, żeby się znowu zakotwiczyć – czy po to właśnie wyjeżdżałam w tę podróż?!

Nadrabiałam zaległości nad blogiem, a potem – słuchając Kingi – pojechałam do Mui Ne. Miało być na 3 dni, ale trafiłam do Longson, gdzie poznałam świetną ekipę i jakoś tak się stało, że zostałam dwa tygodnie. Było cudownie, dużo zabawy, śmiechu i mogłam przemyśleć co zrobię dalej – straciłam na początku roku trochę kasy, a siostrze ciągle musiałam oddać za bilety… Perspektywa podróżowania na razie nie wchodziła w grę.

Akurat w tym samym czasie, pod koniec marca kilka osób z naszej grupy kończyło pracę w Longson i przenosiło się do Sajgonu uczyć angielskiego. W grupie raźniej, więc zdecydowaliśmy się zamieszkać razem. I znowu – kolejne osoby pociągnęły mnie do podjęcia pewnych działań. Stwierdziłam, że to świetna okazja, żeby podreperować budżet i pracować nad blogiem, pracując zaledwie kilkanaście godzin tygodniowo.

najlepsza ekipa z Longson Mui Ne

Jednak pewne wydarzenie zmąciło moją radość w życiu. W marcu moja mama poinformowała mnie, że mój Dziadek, który od dwóch lat chorował na raka, trafił do hospicjum. Powiem tak – nikt, kto nigdy nie znalazł się w podobnej rozterce, nie ma prawa mnie oceniać. Miałam rozdarte, krwawiące serce – wracać tam, gdzie jest rodzina, którą kocham i tęsknię za nią oraz życie, którego nie chcę (oraz większe problemy finansowe, bo przecież jestem spłukana), czy zostać tu, gdzie mogę pracować nad stylem życia, którego pragnę całym sercem, ale nie ma bliskich?

Gdyby ktoś przyszedł do mnie z takim dylematem, powiedziałabym – w tej materii nie mam prawa dawać jakichkolwiek rad ani sugestii. Są takie momenty, takie życiowe rozterki, że powinniśmy sami, bez niczyich “mądrości życiowych”, wsłuchać się w głos swojego serca i rozsądku i podjąć taką dezycję, która tylko nam wydaje się najlepsza. Bo to my będziemy ponosić jej konswekwencje, nikt inny.

Zostałam w Wietnamie.

Kwiecień

Na początku miesiąca przenieśliśmy się z kilkoma znajomymi do Sajgonu, znaleźliśmy w ciągu tygodnia mieszkanie (zamieszkaliśmy tam ja, Emma i Aaron) i zaczęliśmy intensywnie szukać pracy. Trafiliśmy na średni okres, bo w środku drugiego semestru, ale za miesiąc już miało być ofert w bród – bo w maju szkoły szukały nauczycieli na wakacyjne kursy.

Ale na szczęście szybko razem z Emmą znalazłyśmy najbardziej jajcarską pracę 😀 Zostałyśmy statystkami na planie filmowym! I to nie byle jakim, wietnamsko-indyjska superprodukcja! 😛 Teraz już wiem jak tworzy się te wszystkie czadowe bollywoodzkie ujęcia!!! 😀

gwiazdy 😛

Moja sytuacja zaczęła się poprawiać – mój blog zaczął przynosić bardziej regularne dochody. Trochę mniej stresowałam się sytuacją finansową.

W Wielkanoc zadzwoniłam na Skype do mojej Rodziny, miałam okazję porozmawiać ostatni raz z Dziadkiem. Tydzień później zmarł.

Nie będę już pisać, jak się czułam wtedy, bo to ciągle boli. Pożegnanie się z kimś bliskim na odległość jest najbardziej bolesnym doświadczeniem w podróży. Nie pożegnanie się – jeszcze gorszym. Jestem wdzięczna, że dane mi było powiedzieć “kocham cię”.

Maj, czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień

Te miesiące spędziłam w Wietnamie. Znalazłam pracę jako nauczyciel angielskiego, co na początku sprawiało mi ogromną frajdę. Rozkręcałam blog, wpadło kilka współprac. Nie dość, że blog zarabiał, to ja też mogłam nawet sporo odłożyć w tym czasie.

praca w przedszkolu 😀

Jednak nie sprawdziło się to, co planowałam – że tyle będę podróżować po rejonie, mieszkając tutaj. Naprawdę – tanie podróżowanie to my mamy tylko w Europie. Nie ma wiz, są naprawdę tanie loty. Tęsknię za krótkimi tanimi city breakami w Europie.

A tutaj? Zależy gdzie lecisz, chyba Kuala Lumpur wyszłoby najtaniej, no, ale tam już byłam i to cały miesiąc! Chciałam Hong Kong, Angkor Wat… Ale za weekend tam musiałabym wybulić co 300-400 dolarów z lotami, wizami itp… A w listopadzie jeszcze siostra miała przyjechać na 2 tygodnie, więc to, co odkładałam, to na jej przyjazd, a nie jakieś tam honkongi.

W efekcie przez te kilka miesięcy prawie nie podróżowałam. Tylko kiedy w maju odwiedzili mnie rodzice polecieliśmy na wyspę Phu Quoc (lol, rodzice w ciągu 2 tygodni w zwiedzili więcej Wietnamu niż ja przez pół roku), a w październiku – na kolejny visa run (czyli wyrobienie nowej wizy do Wietnamu) – pojechałam do Manili odwiedzić znajomych.

Chinatown w Manili, fot. Kenneth Surat

Listopad

Ostatniego dnia października wylądowała w Ho Chi Minh City moja siostra, Marta. Pojechałyśmy do Mui Ne, gdzie Marta surfowała, potem Hanoi, bawiłyśmy się na świetnym festiwalu Quest, pokazałam jej trochę Sajgonu. To były niesamowite 2 tygodnie z siostrą i wieloma innymi wspaniałymi ludźmi.

Quest Festival był chyba przeżyciem miesiąca – nigdy wcześniej nie byłam na takim kilkudniowym hippie festiwalu, ze świetną muzyką, wystrojem itp. Bawiłam się nieziemsko ze świetnymi ludźmi i odkryłam nowy zespół z Indonezji, w którym zakochałam się na zabój (Stars and Rabbit). Było cudownie! A Marta jako pamiątkę z Wietnamu przywiozła namiot, który kupiliśmy na festiwal. 😛

Quest Festival

Listopad to był też jednak czas pożegnań. Współlokatorzy – Emma i Aaron, z którymi stworzyliśmy niesamowity dom i dzięki którym nadrobiłam życie studenckie, którego nigdy nie miałam, wrócili do domu, do tego mnóstwo innych osób, które ciągle były w Wietnamie, rozjechały się w swoim kierunku.

Grudzień

Wierzę, że ta sama siła, która stawia nam na drodze różnych ludzi i rzuca nas w odpowiednie miejsce w odpowiednim czasie, może też nam dawać znać, że czas już rozpocząć kolejny rozdział.

Dlatego grudzień to… była jakaś masakra. Po prostu aż nie chciało mi się wierzyć, że to wszystko się dzieje.

Spodziewałam się, że to będzie miesiąc, kiedy po tych wszystkich towarzyskich szaleństwach, wreszcie odpocznę, będę sama i skupię się spokojnie na blogu.

Zaczęło się od tego, że musiałam jechać do naszej ambasady w Hanoi, żeby złożyć przed konsulem pewne dokumenty w sprawie, która ciągnie się już latami. Nie wiem czy polscy urzędnicy za długo już siedzą w Wietnamie, ale udzielił im się azjatycki chaos i nie-dowiesz-się. O mały włos, a poleciałabym tam ze złymi dokumentami, poza tym to, że przyjmują sprawy we wtorki rano, wcale nie znaczy, że to załatwisz. No, ale mi się udało – konsul na szczęście był w pracy. A, ale że ja chcę ten dokument podpisany na teraz a nie na za 2 tygodnie? To płacę podwójnie. I w dwóch egzemplarzach? To też podwójnie. I tak 140 dolarów wydałam na podpisanie papierka.

Poza tym jeszcze z 15 godzin tygodniowo angielskiego (17 usd / godzinę) zrobiło mi się 7 godzin tygodniowo, więc trochę zaburzyło to mój plan finansowy po szaleństwach z siostrą (wiecie, tu nie ma płatnego urlopu) – dodatkowe kilka godzin straciłam, bo miał uderzyć tajfun i zamknięto szkoły. Dodatkowo ukruszył mi się ząb, rekiny na dnie morza przegryzyły kable od neta (serio, to oficjalna wersja) i czasem net jest tak słaby, że nawet nie ściąga poczty, i zatrzymała się u mnie koleżanka, którą spotkał ktoś z naszej agencji pośredniczącej w wynajmie mieszkania i wysłali mi rachunek na 184 usd (wyśmiałam ich).

Sajgon zaczął dawać w kość 😛

Styczeń – 17 miesięcy w Azji

Myślicie, że to koniec? Nope. Pierwszego stycznia o 7 rano obudziło mnie wiercenie w ścianie, bo sąsiad robi remont – spałam 2 godziny po sylwestrowej nocy (a i tak na szczęście nie balowałam!) i myślałam, że kogoś zabiję. Dodatkowo miałam jeszcze problemy z wypłatą kasy z kilku bankomatów i wielki karaluch wszedł mi na nogę, kiedy zestresowana sprawdzałam czemu moje karty nie działają.

Myślicie, że teraz to już na pewno koniec? NOPE. Trzeciego stycznia, kiedy wracałam z granicy z Kambodżą, przed Sajgonem zepsuł się mój autobus. Cóż, zdarza się. Szybko złapałam kolejny. Ale kiedy szłam z dworca do sklepu, przechodziłam przez ulicę i już, już miałam wejść na chodnik, z tego chodnika właśnie na ulicę zjechał jakiś facet skuterem. Tyle koło spadło prosto na plastikową torbę wypełnioną płynnym CZYMŚ, co wybuchło i ze wszystkich osób dookoła obryzgało tylko mnie – od klatki piersiowej aż po same kostki. Oczywiście nie mogłam trafić lepiej i tym czymś okazało się stare, skisłe, śmierdzące mleko powoli zamieniające się w serwatkę. Jebało tak, że jak weszłam do sklepu, żeby kupić doładowanie i zamówić szybko motor do domu, to dwie osoby wyszły. Oczywiście za chwilę na ulicy spotkałam dawno niewidzianego kolegę, który tylko potwierdził mi jak bardzo śmierdzę.

Wiecie, mam niesamowity dar śmiania się z rzeczy, które mi się przytrafiają. Naprawdę, mój dystans do siebie jest jak stąd na księżyc. Na ulicy się z tego śmiałam, aż się ludzie dziwili, bo niejedna laska wybuchłaby płaczem.

porozmawiajmy o dystansie do siebie 😛

Kiedy wróciłam do domu, coś we mnie pękło.

Zbyt dużo negatywnych znaków zebrało się w jednym momencie. Wietnam daje mi do zrozumienia, że mnie już nie chce i ja też już nie chcę tu być. Zbyt wiele rzeczy działa mi na nerwy i powinnam ruszyć dalej.

Być może zrobiłabym to wcześniej, np. na początku grudnia, ale jednak nie miałam jeszcze komfortu psychicznego, jeśli chodzi o sytuację z kasą – szczególnie po urlopie z siostrą. Jednak grudzień i styczeń pokazują mi, że czas, który włożyłam w rozwój bloga, właśnie mi się zwraca. Wiem, że sobie poradzę. Mam oszczędności, blog się naprawdę kręci.

Napisałam wczoraj do mojej agencji mieszkaniowej, że wyjeżdżam 31 stycznia (oczywiście, że robią już problemy, ale mam na nich haka – tu nikogo nie obchodzi Twój los i każdy chce Cię oskubać, więc jak chcesz przeżyć w Wietnamie to musisz być tak samo sprytny i bezwzględny jak oni). Jutro odbieram ostatnią wypłatę za uczenie angielskiego i to koniec.
Jednak Azja Południowo-Wschodnia to nie jest moje naj-najulubieńsze miejsce na ziemi.

Tak kończę nie tylko rok 2017, ale w ogóle pewien etap.

wschód słońca w Mui Ne

Podsumowanie

Kiedy zaczynałam mój rok 2017, myślałam, że będzie on wyglądał zupełnie inaczej. Ba, nawet nie miałam w planach życia w Wietnamie. Propozycja pracy nad projektem tej mitomanki ze stycznia wydawała się obiecującą pracą związaną z podróżami, a o Nepalu nawet nie myślałam. No i ci wszyscy ludzie, którzy pojawili się w moim życiu!

Gdyby nie problemy finansowe przez tę Andreę i gdybym nie spotkała Stephena, to nie pojechałabym do Wietnamu pewnie (tym bardziej, że pod koniec 2016 planowałam wrócić na Filipiny na wiosnę). Gdybym w Sajgonie nie spotkała się z Kingą – nie pojechałabym do Mui Ne. Gdybym nie pojechała do Mui Ne, to nie spotkałabym moich przecudownych znajomych, których chętnie odwiedzę gdzieś wkrótce.

Dzięki mieszkaniu w Wietnamie spełniłam moje dwa marzenia – o takim chwilowym życiu za granicą (a ile mam stąd historii!) i nadrobiłam życie studenckie, którego zawsze mi brakowało.

Poza tym bardzo rozwinęłam blog. Pracowałam nad nim dużo i ciężko i wreszcie się udało. Jest ciągle wiele rzeczy do dociągnięcia, kolejka wpisów czeka na publikację, ale dzieje się.

Więc w sumie, mimo tego, że ten rok był kompletnie nieprzewidywalny i dość stresujący, pełen rozterek i problemów do rozwiązania, to… był to dobry rok. Taki, który pokazał, że co mnie nie zabije, to wzmocni.

ludzie, plaża i praca zdalna – to, co sobie wymarzyłam

Plany na rok 2018

Mówię, że nie ma sensu planować na dłużej niż kilka miesięcy, no, ale jakiś kierunek trzeba obrać. Tym razem nie rzucam hasłami w stylu “to będzie rok sukcesu”, bo jestem pewna, że życie ma dla mnie kolejną niespodziewankę. Zobaczymy, co to będzie. Na pewno wiem jedno – blog się tak rozkręcił, że będę do niego jeszcze sumienniej podchodzić. 🙂

Co zamierzam teraz, gdzie będę?

Zostaję jeszcze 3 tygodnie w Wietnamie – chcę pojechać do części centralnej (Hue, Hoi An, Da Nang) i na Deltę Mekongu (może). Chcę też napisać na blogu więcej o Sajgonie.

A potem jest luty, a w lutym mam urodziny! I to szczególne, bo trzydzieste! 🙂

Mówiąc szczerze, na chwilę obecną wiem, że nie chcę obchodzić ich w Wietnamie (ktoś się dziwi?). Najchętniej pojechałabym na Sri Lankę. Bo w sumie tam się u mnie wszystko zaczęło, cały mój wyjazd. To dość symboliczne, ale dla mnie ma znaczenie.

Wiem, że chcę na święta Wielkanocne być w Polsce, chcę spędzić je z rodziną. Więc… tak! Oficjalnie ogłaszam, że wracam – choć na miejscu pewnie nie usiedzę i znowu będzie mnie nosić! 😉 Myślałam nawet, żeby zrobić kilka prezentacji w Polsce o życiu w Sajgonie, bo można gadać i gadać. 😉

A co będzie dalej? To już zobaczy się w trakcie. 🙂 Nie chcę więcej planować, liczyć i zakładać, bo ten rok bardzo pokazał, że to nie ma sensu. Ale zamierzam jeszcze w tym roku wrócić do Azji. Niekoniecznie południowo-wschodniej, choć nigdy nie wiadomo. Może po prostu potrzebuję od niej chwilowej przerwy? 😉

Na zakończenie przyznam, że to był bardzo ciekawy rok. Chyba naprawdę wkrótce z tych moich życiowych perypetii powstanie jakaś książka. Moje życie czasem rzuca mnie na granice wytrzymałości, a innym razem maluje tęcze na niebie i pędzi stada jednorożców. 😀

Zawsze coś.

Quest 😀

22 odpowiedzi

  1. Hania, bardzo dobry tekst! Zrobiłaś mi tym trochę dzień, tym “brakiem planów” i “by nie oczekiwać/planować za dużo”. Cały czas się na tym łapię i niekiedy potrzebuję zewnętrznych motywatorów do tego by cieszyć się chwilą, nie myśleć za dużo wprzód i by by czerpać z teraźniejszości maksimum. Dzięki i dobrego Ci tam?
    PS. czy na Cieszynie coś ten, no, jest szansa się zobaczyć i wspomnieć moje “udane” kierownikowanie, Animatorko? 😉

  2. Ojejku, nie wiedziałam, że moje gadanie o Mui Ne będzie aż takie ważne <3 Cieszę się, że tak samo jak ja polubiłaś to miejsce i strasznie się cieszę, że spotkałyśmy się w HCMC, a jeszcze bardziej, że (mam nadzieję!) zobaczymy się w kwietniu w Polsce, bo też wracam do kraju na Wielkanoc. Myślę, że 2017 mega dużo Cię nauczył i tylko utwierdziłaś się w przekonaniu, że jesteś twarda i poradzisz sobie w życiu praktycznie zawsze. Oby 2018 był lepszy szczególnie pod kątem podróży i pracy. Trzymaj się cieplutko, buziaki z Gwatemali!
    PS. Chętnie pójdę na Twoją prelekcję o Wietnamie! 🙂

    • Aaaaa, no to na pewno widzimy się w Polsce! :* Widzisz Kinga, my nawet nie wiemy jak bardzo mamy wpływ na życie innych! 🙂 🙂 Obyś też miała świetny podróżniczo-pracowy 2018 rok! Buziaki!

    • Dziękuję! 🙂 Przyznam, że ja sama jestem pod wrażeniem tego roku. Niesamowity był, aż do granic wytrzymałości. 😉
      Ja również życzę powodzenia w 2018!

  3. Hej Hania, ostatnio trafiłam na Twojego bloga zupełnie przez przypadek ale bardzo się z tego cieszę 🙂 Rozumiem Cię w 100% jeśli chodzi o podróże, tęsknotę i różne rozterki. Razem z mężem i dwójka małych dzieci sprzedaliśmy swój dobytek i obecnie podróżujemy dookoła świata. Jest pięknie ale są chwile gdzie człowiek myśli ze jest w ukrytej kamerze i nie wierzy, ze niektóre rzeczy (nie zawsze te pozytywne) dzieją się naprawdę, Haha. Powodzenia i trzymam za Ciebie kciuki! Kto wie, może kiedyś się gdzieś spotkamy bo ten świat jest bardzo mały…

    • Gosiu, bardzo dziękuję za komentarz! Najważniejsze, że po tych wszystkich sytuacjach jest przynajmniej co wspominać! 😀 Pozdrawiam i do zobaczenia gdzieś w świecie, mam nadzieję! 🙂

  4. Niesamowita jestes dziewczyno . Ja rowniez zawsze marzylam o podrozach choc nie az tak dalekich jak Twoje . W wieku 30lat wyruszylam na podboj zaledwie Europy 🙂 18 lat juz to trwa i konca nie widac apetyt rosnie na wiecej i wiecej, Jak bedziesz przelotem w Frankfurt am Main zapraszam . Z checia czytam twoje posty na TWOIM BLOGU. SA SUPER:)

    • Bardzo dziękuję!!! Nie ważne czy podróże są dalekie, czy bliskie – ważne, żeby nam sprawiały frajdę! 🙂 We Frankfurcie kiedyś byłam na miesięcznym kursie niemieckiego, dobre czasy! 🙂 Jak mnie gdzieś tam zaniesie to będę się odzywać! Pozdrawiam! 🙂

  5. Pisze Pani z sercem i prawdę a to najważniejsze. Czytam i czuję się jakbym tam była. Podziwiam Panią za determinację mimo trudności jakie niesie ze sobą.Życzę Pani dużo zdrowia na tą okrągłą rocznicę urodzin:) 🙂 :)i aby plany pomalutku się ziszczały co do dalszych podróży. Czas ucieka nieubłaganie a szkoda,że nie można go na chwilę zatrzymać.Pozdrawiam cieplutko .

    • Oooooch, głowa pełna pomysłów, a jeszcze książka do tego! 😀 Zobaczymy co da się zrobić! Cieszę się, że te historie się podobają. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *