Niedoceniona Genua

Muszę wrócić do Genui. Z dwóch powodów:
1. bo podczas mojego pobytu strasznie lało i nie udało mi się prawie nic zobaczyć, a zdecydowanie jeden dzień to za mało
2. okazało się, że moje zdjęcia zupełnie nie wyszły. Są beznadziejne. Nie ma ich w ogóle. Cierpię z tego powodu strasznie!!!
Więc wracam tam jak najszybciej. Może być w styczniu, lutym (akurat będzie świetna przerwa od polskiej zimy), a może na wiosnę, jak już będzie cieplej?

No i jak ja mam się z wami podzielić swoją relacją? Jezu, pierwszy raz chyba nie wiem co napisać, bo NIE MA O CZYM PISAĆ. Naprawdę, ten wpis mógłby być poświęcony pogodzie.

Ale jeszcze chwilę o tych zdjęciach. Mam 27 (WTF?!) zdjęć samego miasta. Ponieważ niektóre ujęcia się powtarzają, to de facto jest ich 12. Ponieważ niektóre się zupełnie nie nadają, to tak naprawdę mam może 5 zdjęć z Genui. No, nie popisałam się. Dlatego zaprezentuję trochę obrazów z flickera, wybaczcie.

Za to mam całkiem sporo zdjęć z akwarium, tu na szczęście nie padało na głowę 😛 Ale temu poświęcę odrębny wpis, głównie opierający się właśnie na zdjęciach.

Przygoda z Genuą zaczęła się od spaceru Via XX Settembre – jedną z głównych ulic miasta. Od razu zachłysnęłam się architekturą (jak to ja, to moje zboczenie) i nawet przez chwilę pomyślałam, że mogłabym tu mieszkać.

Nie mogłabym chyba. Ogromnym minusem tego miasta jest chaos i bałagan, tłok i imigranci. Za to plusem jest jego położenie: pomiędzy górami i morzem, w Ligurii, czyli między Prowansją a Toskanią… Ach, mieszkać tam…! Może jednak te plusy przysłaniają minusy?

arkady
coś dla fanów Ryanaira 😉

Tak więc idę sobie pod tymi arkadami, jeszcze na szczęście nie pada, ale tak mży irytująco. A ja sobie idę, wpadam na ludzi, bo nie potrafią tu chodzić, patrzę sobie na budynki, znowu wpadam na ludzi… i tak w kółko. Ja wiem, że mało kto lubi deszcz, ale w podróży brzydka pogoda potrafi wyjątkowo zepsuć zwiedzanie, tym bardziej, gdy zamierzamy spacerować po mieście… Poza tym ludzie jacyś też są poirytowani i irytujący jednocześnie. Gdyby nie padało to chętnie zgubiłabym się gdzieś wśród mniej zatłoczonych uliczek, a tak? Ech…

Ale koniec narzekania! Idziemy dziarsko dalej i dochodzimy do Piazza di Ferrari. No, im bliżej portu tym robi się ciekawiej – mniej ludzi, schludniej…

Piazza di Ferrari

Sam plac to właściwie serce Genui. Położony jest między średniowiecznym portem a nowoczesną dzielnicą biznesową, gdzie swoją siedzibę mają władze Ligurii, centrale banków i dużych firm.

Skręcam w Via San Lorenzo, czyli ul. św. Wawrzyńca. I tu ciekawostka: łacińskiem odpowiednikiem Wawrzyńca jest Laurencjusz, a jego żeńska forma to – a jakżeby inaczej – Laura! Pozdrowienia dla wszystkich Wawrzynek 😉

Przy ulicy znajduje się też katedra pod wezwaniem tego męczennika. Z zewnątrz wygląda cudownie. Pytanie, na które sama nie potrafię znaleźć odpowiedzi: dlaczego nie weszłam do środka…? Kolejny powód, żeby tam wrócić.

katedra św. Wawrzyńca
z bliska

I w końcu trafiam do największego portu we Włoszech, Porto Antico, a razem ze mną wszystkie deszczowe chmury, jakie zebrały się nad Ligurią, i… imigranci. Nie no, serio? Teraz akurat cała grupa facetów z Afryki Północnej musi stać w miejscu, którym właśnie przechodzę i gapić się na mnie? Staram się nie patrzeć nikomu w oczy, trzymać głowę wysoko i pewnie, i szybko przemknąć na drugą stronę. Chyba nie do końca mi się udaje, bo jeden z nich lezie za mną z parasolkami:
Lejdi, ambrela? – matko z córką, tutaj też?!

portyki
chaos portowy

Wkrótce łapie mnie deszcz, więc uciekam do Akwarium. Wstęp? Bagatela, 19 euro (f..k!), ale ponieważ jest to jedno z największych akwariów w Europie i zamierzałam je zobaczyć od samego początku – nie odpuszczam. Zajmuje mi to jakieś 2-3 godziny i jestem naprawdę zachwycona. Dobra, przyznaję, że nie popieram trzymania zwierząt w klatkach, pudłach, akwariach itp., ale popieram walory edukacyjne takich miejsc. Pewnie w życiu nie zobaczyłabym na żywo muren albo takich gatunków rozgwiazd czy ryb koralowych jak tutaj… Ale o tym następnym razem.

Kiedy opuszczam akwarium, jestem przerażająco głodna i wciąż pada. Siadam więc w pobliskiej knajpce i zamawiam pizzę. Wciągam całą sama i… deszcz pada jeszcze bardziej. No to co, przewodnik na stół, zamawiam kawę, siedzę i czekam. Zdecydowanie wyjście na zewnątrz w taką pogodę grozi utonięciem.

Nagle naprzeciwko mnie przysiada się jakaś dziewczyna. Aparat, plecak i… o matko, jak dobrze dowiedzieć się, że nie jestem jedyną przedstawicielką płci pięknej, która zwiedza miasto w taką pogodę samotnie!

Wspólna kawa, wymiana poglądów i tylko utwierdzam się w przekonaniu, że podróżowanie w pojedynkę na własną rękę to coś cudownego. Żadnego marudzenia, mnóstwo czasu tylko dla siebie i swoich przemyśleń. Co prawda minusem jest to, że nawet nie ma kto ci zrobić zdjęcia, ale można się obejść 😛 No, i dobrze jest mieć z kim pogadać. Tutaj np. koleżanka jest Niemką mieszkającą w Szwajcarii i mam wreszcie możliwość poszprechać po dojczlandzku. No i przecież tylu nowych ludzi można spotkać!

Genua od strony morza

Chyba przed wyjazdem nie doceniłam tego miasta. Zdecydowanie jeden dzień to za mało. Widziałam część XIX-wieczną, ale podobno ta średniowieczna w okolicach Via Garibaldi jest jeszcze ciekawsza. Poza tym jest coś w tym chaosie i bałaganie co ciągnie mnie tam z powrotem. Moi rodzice powtarzają, że jest tyle miejsc na świecie do zobaczenia, to po co wracać do tych, które już widzieliśmy? Ale to jest tak jak z seksem na pierwszej randce: nie da się poznać drugiej osoby po jednej nocy. A ja zdecydowanie chcę poznać Genuę lepiej, więc wracam tam koniecznie!

A kto chce więcej zdjęć (nie moich) z Genui może zajrzeć tutaj. 🙂

dziedziniec
i pranie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge