Miesiąc 1: O strachu i podróżniczym haju

Pisałam pamiętniki przez 10 lat mojego nastoletniego życia. Dzień po dniu. Każdy szczegół, co się wydarzyło, różne nastoletnie frustracje i marzenia. Pamiętniki są fajne, kiedy wracasz do nich po kilku latach i analizujesz jak zmieniła się Twoja osobowość i podejście do życia. No, a poza tym zawsze lubiłam pisać i przelewać myśli na papier.

Nie chcę pisać na blogu pamiętnika z podróży. Pamiętnik piszę w pięknym notesie, który dostałam od Joli z jolasolotrips.com (dziękuję, Kochana, jest cudowny!), bo pamięć jest ulotna, a niektóre chwile czy imiona chciałoby się zatrzymać na zawsze. Nie piszę pamiętnika dzień-po-dniu, ale bardziej same urywki, które są dla mnie ważne.

Ale chciałabym na blogu robić takie filozoficzne podsumowanie miesiąc po miesiącu. Widzieć jak się zmieniłam, co było w danym okresie ważne, jak to na mnie wpłynęło. Jakie są dalsze plany.

I oczywiście dzielić się tym wszystkim z Wami. Let’s be exhibitionists. 😛

 

Gdzie się podział reisefieber?

Wyjechałam z Polski 6 sierpnia. Miesiące przed wyjazdem były tak skoncentrowane na pracy i przygotowaniach do wyjazdu (wiecie, zakupy, ubezpieczenia, szczepionki, upoważnienia, banki, sranki, sasanki), że… chyba nie miałam czasu myśleć o mojej podróży. Albo bardziej o tym co ja, kurde, wyprawiam.

Reisefieber zawsze był dla mnie ekscytacją, że wyjeżdżam, że poznam nowe miejsca. Przed każdym wyjazdem cieszyłam się i pochłaniałam wszystko jak leci o nowej destynacji. Tygodniami śledziłam mapy, informacje w internecie, zdjęcia… W ten sposób przeżywałam swój reisefieber.

A kiedy w kwietniu stwierdziłam, że tak, jadę, nie czekam na nic więcej, ruszam w sierpniu! to… od tego momentu praktycznie do końca lipca nie miałam czasu zastanowić się tak NAPRAWDĘ gdzie jadę i jakie będą dalsze plany. Skupiłam się tylko na odkładaniu (niewielkich) pieniędzy i organizacji. Na pierwszym miejscu była praca, praca, praca.

Nie było czasu na reisefieber. Ale… czy aby na pewno?

Dziewczyno, co ty wyprawiasz?

30 lipca zaczęłam przygotowywać plecak do wyjazdu, sprzęt etc., i nagle dopadła mnie panika.

Zaczęłam w głębi duszy odczuwać niepokój. Czy na pewno sobie poradzę? Czy wystarczy mi pieniędzy zanim zacznę zarabiać w drodze? Czy w ogóle UDA MI SIĘ zarabiać w drodze?!

A może tak właśnie wygląda reisefieber, kiedy wiesz, że nie wrócisz z tej podróży? A przynajmniej nie w ciągu najbliższych dwóch lat. Może reisefieber przed podróżą z limitem czasu jest inny niż przed taką bardzo długą?

W głowie pojawił się strach, a w klatce piersiowej takie uczucie jakby ktoś położył mi na niej wielki kamień. Jakiś wewnętrzny głos mówił, żebym nie jechała, bo tam czeka mnie inne życie. Życie, którego nie znam, nie wiem, czego się po nim spodziewać. I ta niewiedza właśnie przerażała.

Można strachowi ulec i zrezygnować ze swoich planów czy marzeń, czy nawet trudnych decyzji. Podkulasz ogon pod siebie i nic nie zmieniasz w swoim życiu, wszystko zostaje takie jak było – ułożone, bezpieczne, znane.

Ale można też stawić strachowi czoła. Jeśli się boisz to dobrze, bo to znaczy, że wielkie zmiany pojawiają się na horyzoncie. Zmiany są przerażające, bo nie wiesz co się kryje za linią horyzontu. Ale mogą też być ekscytujące. Powinny takie być! Przecież to jak odkrywanie nowych nieznanych lądów!

Peanut Farm w Arugam, trochę jak prywatna plaża ;)

Podróżniczy haj

Życie zaczyna się tam, gdzie kończy się strach. Takie mam motto, tak sobie powtarzam, kiedy się czegoś boję. I robię to, pokonuję strach, choćby nie wiem jaki wysiłek psychiczny temu towarzyszył.

Wyjechałam. I okazało się, że strach ustąpił miejsca uniesieniu i ekscytacji. Nagle przestałam się bać, a poczułam, że jestem na fali.

Jestem na podróżniczym haju. Haj, jak to się w polskiej pisowni przyjęło, to wyższy stan świadomości występujący po spożyciu jakiejś używki. Jeśli moją używką są podróże (a są, powinnam kiedyś napisać o ciemnych i jasnych stronach mojego uzależnienia), to chyba właśnie przedawkowałam.

Przez cały sierpień byłam jakoś dziwnie podekscytowana, podniecona. Nie samą Sri Lanką, ale ogólnie tym, że wyjechałam. Znalazłam się po drugiej stronie lustra. Mówię wam, pełno tu tęczy i jednorożców.

Przez pierwsze kilka dni w ogóle Facebook wyrzucał mi (chyba specjalnie) obrazki z lukrowymi myślami typu największa podróż zaczyna się od pierwszego kroku albo zbieraj wspomnienia, nie rzeczy albo żyj tak jakby jutra miało nie być. A ja oczywiście śliniłam się na ich widok i cieszyłam, że jestem już tam, gdzie dzieje się magia.

Wszystko nagle stało się wyraźniejsze i bardziej ekscytujące. Ok, słońce jaśniej świeci, a owoce są bardziej soczyste, bo jestem w tropikach, ale nawet nie o to chodzi.

Czuję bardziej. Odwiedzam nowe miejsca, próbuję nowych rzeczy, ale najważniejsze, że poznaję nowych ludzi. Ja w ogóle uwielbiam przebywać w międzynarodowym podróżującym towarzystwie. Prowadzić dyskusje nie tylko o podróżach, ale też o sensie życia, doświadczeniu, obawach i oczekiwaniach. Podróżnicy się po prostu rozumieją. Been there, done that.

W drugiej połowie sierpnia trochę z tym podróżniczym towarzystwem imprezowałam, ale hej! Ostatnie kilka miesięcy przed wyjazdem harowałam i stresowałam się, wreszcie mi się coś od życia należy, nie? 😉

Jestem zrelaksowana. Jestem wreszcie w miejscu, gdzie suche powietrze nie rani mojej skóry (tak sobie żartuję o polskim klimacie, ale jednak to prawda), bo 80-procentowa wilgotność powietrza działa jak naturalny balsam. Chociaż to może być też pot 😛

Jestem w miejscu, gdzie codziennie poznaję nowych ludzi. W pewnym momencie pewnie mnie to zmęczy – będę chciała zamienić łóżko w pokoju wieloosobowym na prywatne mieszkanie. Będę zmęczona braniem prysznica w klapkach i chętnie zastąpię go wanną. Będę potrzebować trochę prywatności.

Ale to jeszcze nie ten moment. Przed wyjazdem, kiedy pracowałam w domu, stałam się dość samotna. Całe dnie spędzałam przed komputerem. Brakowało mi towarzystwa. Dlatego na razie obecność innych podróżników jest dla mnie ważniejsza niż prywatność. Jestem na haju, chcę mieć ludzi dookoła siebie.

Haj pod kontrolą

Po dwóch tygodniach haj trochę opadł. Ale też musiałam nauczyć się go sama kontrolować.

Na haju najgorsze jest wydawanie pieniędzy, szczególnie kiedy masz ograniczony budżet. Towarzystwo jest fajne, więc chcesz wyjść z nimi na piwo albo i trzy, albo na plażę, no to na plaży nie kupisz sobie piwa? Kupisz. Albo na kiermasz, a tu wszystkiego trzeba popróbować, o i bransoletkę sobie kupię. Albo wydam po prostu pieniądze na inne głupoty, których w sumie nie potrzebuję.

I nagle okazuje się, że od dwóch tygodni dwukrotnie albo i trzykrotnie przekraczasz swój dzienny budżet.

Dzienny budżet to śmieszna sprawa. Jak żyjesz w Polsce to nie masz czegoś takiego, masz po prostu miesięczne wydatki, wiesz ile jedzenia kupić na 2 tygodnie i jaki będzie rachunek za prąd. Jak żyjesz w podróży – nagle dzienny budżet to priorytet, a przecież są jeszcze inne koszty, jak np. przedłużenie wizy czy bilety lotnicze w kolejne ekscytujące miejsce.

Teraz zapisuję każdy, nawet najmniejszy wydatek. Teoretycznie robiłam tak nawet w Polsce, ale kiedy wyjechałam i ogarnął mnie podróżniczy haj i euforia, trochę się zapomniałam.

Przyznam, że na początku było trudno, bo nie chciało mi się siadać codziennie z zeszytem i notować takich śmiesznych sum jak 1 zł za przejazd tuk tukiem albo 3 zł za obiad. Ale po 3-4 dniach było coraz trudniej przypomnieć sobie kiedy ile wydałam. W końcu jak nie mogłam doliczyć się 3 tysięcy rupii w portfelu (ok. 80 zł, za co mogę mieć w Sri Lance ok. 20-30 obiadów!!!) zmotywowałam się do zapisywania wszystkiego codziennie.

Poza tym zapisywanie każdego wydatku w podróży pozwala na jeszcze jedno. Wiesz, kiedy musisz przystopować z szastaniem kasą na prawo i lewo, żeby pojechać na to zajebiste safari. Albo pójść na masaż całego ciała, który w profesjonalnym ajurwedyjskim szpitalu nie jest wcale najtańszy. No i zawsze musisz mieć jakieś pieniądze na czarną godzinę.

jak nie ma hajsu, to trzeba spać w szopie na plaży za 15 zł…

Głęboka woda

Kontrola wydatków też pozwoliła mi świadomie oszacować ryzyko mojej śmierci głodowej. 😉 Nie boję się już czy sobie poradzę, bo wiem, że tak. Jestem bardziej zmotywowana do działania i pracy niż kiedy byłam w Polsce. To dla mnie dość ciekawe uczucie, bo już w Polsce mówiłam o sobie, że jestem pracoholikiem. Uwielbiam swoją pracę związaną z podróżami – pilotowanie wycieczek, organizowanie wyjazdów, pisanie artykułów itp.

Ale w nowym otoczeniu to wygląda inaczej. Jest jeszcze przyjemniejsze, jeszcze bardziej uzależniające. No i motywujące, bo jednak będąc na końcu świata muszę radzić sobie sama.

Rzuciłam się na głęboką wodę. Wybrałam miejsce jak najdalej od domu, żeby nie wrócić z płaczem w chwili słabości. Masz do wyboru – albo pracujesz, albo umierasz z głodu. Mama nie przywiezie słoika z jedzeniem w kryzysowym momencie. Musisz sobie radzić sama.

Podsumowanie sierpnia 2016

Ale trochę przynudziłam, więc czas na podsumowanie miesiąca!

Sierpień zaczęłam od podróży po Sri Lance z moją grupą (kolejną babską wyprawę po tej cudownej wyspie planuję na luty/marzec 2017, szczegóły znajdziecie tutaj – zapraszam!), podczas której miałyśmy okazję zobaczyć dwa festiwale – Nallur Festival w Dżafnie na północy wyspy, gdzie widziałyśmy hinduistyczną procesję, i Kandy Esala Perahera – największą procesję z tańcami i słoniami w Sri Lance. Poza tym tradycyjnie – słonie, plantacje herbaty i zabytki UNESCO. Przyznaję, program był bardzo ciekawy, choć męczący (następny będzie lżejszy ;)).

Hana w Polonnaruwie :)

Potem zostałam w Kolombo, gdzie pracuję w Colombo City Hostel za zakwaterowanie – organizuję tutaj wieczorne atrakcje dla turystów. Wybrałam się też na cotygodniowy Good Market, czyli market na świeżym powietrzu z jedzeniem i rękodziełem. Znalazłam tam młodą dziewczynę, która wykonywała tatuaże z henny, a że uwielbiam wszelkiego rodzaju ozdoby etno na dłoniach to nie mogłam się powstrzymać i zrobiłam sobie dwa tatuaże.

Pod koniec sierpnia pojechałam do Arugam Bay, gdzie zatrzymali się znajomi poznani w hostelu w Kolombo. Zakochałam się w Arugam, w luźnej atmosferze tego miejsca, w cudownej plaży, we wschodach słońca, w pozytywnych wibracjach, we wspaniałych ludziach. W taniej szopie nad samym oceanem, w której nocowałam. I w surfingu, chociaż nie miałam jeszcze okazji spróbować tego sportu. Ale bardzo chcę!

Co przyniesie wrzesień?

Teoretycznie chciałabym nie mieć planu, ale ponieważ 1 października lecę już na Filipiny to chcę wykorzystać mój ostatni (jak na razie) miesiąc na Sri Lance dobrze.

Na początku skupię się na pracy. Mam kilka pomysłów na wpisy na bloga, a także na coś więcej, ale szczegóły poznacie, kiedy efekty mojej pracy ujrzą światło dzienne 😉 Mam jeszcze 2,5 tygodnia pracy w hostelu w Kolombo, a potem chcę wrócić do Arugam na ok. tydzień, może 10 dni. Posurfować, pochillować 😉

###

Jestem szczęśliwa, że się odważyłam i wreszcie spełniam największe marzenie swojego życia. Marzenie o byciu w drodze, o pracy w podróży. O życiu w podróży.

Strachu już nie ma, haj podróżniczy też opadł. Teraz zaczyna się prawdziwe życie i praca. Dla tych którzy myśleli, że taka podróż to ciągłe obijanie się – nie, 7 godzin dziennie przed kompem (albo i więcej) to standard. Tylko biuro jest przyjemniejsze.

Ta podróż jest inna od poprzednich. Przyznam, że to dość interesujące doświadczenie obserwować siebie i swoje emocje jak się zmieniają. Jak zmieniają się wartości i oczekiwania pod wpływem otoczenia i nowych ludzi.

Czuję, że weszłam na inny poziom świadomości, wyższy poziom. Każdy miesiąc przyniesie kolejne lekcje, a ja tak jak nigdy czuję, że chcę się w tej podróży uczyć. Życia przede wszystkim. Dlatego wrześniu! Nie zawiedź mnie!

16 odpowiedzi

  1. Jestes nisamowita. Podziwiam ze udalo Ci sie wyjechac z PL i podrozowac. Tez o tym marze i mam nadz ze uda sie za rok pojsc Twoimi sladami. Powodzenia!

  2. Hanna wiesz, że ja Cię podziwiam! Tego już nie muszę pisać. 🙂 Jesteś cudowna, wspaniała i cudowna jeszcze raz! Ogromnie się cieszę, że spełniasz swoje marzenia. Wiem jakie to jest ważne. Jestem Ci wdzięczna, że jesteś, po prostu. Dzięki Tobie dzieją się w moim życiu niesamowite rzeczy! I wiem już dziś, że za niedługo ruszę w swoją podróż! 🙂 Haniu powodzenia i jak zawsze trzymam za Ciebie kciuki 🙂

    • Kasiu, dziękuję bardzo! Jest mi niezmiernie, niezmiernie miło! Przyznam, że zarumieniłam się od czubka głowy po palce u stóp 😉 Ja też trzymam za Ciebie kciuki i życzę powodzenia!!! 🙂

  3. Z przyjemnością przeczytałam Twój wpis i łezka w oku mi się zakręciła… pamiętam tą ekscytację, strach, niepokój, zmieniające się emocje i przede wszystkim wolność i radość z przebywania z samą sobą i patrzenia na wszystko co się wydarzyło w życiu i dzieje z zupełnie nowej perspektywy. Gratuluję Ci odwagi i samozaparcia w dążeniu do realizacji marzeń. Fajnie, że jest nas więcej 🙂
    Mam nadzieję, że będzie kiedyś okazja wypić piwo i podzielić doświadczeniami z podróżowania po świecie solo 😉
    Trzymam za Ciebie kciuki!
    lovelajf_by_martina ostatnio opublikował…Najprzyjemniejsze sposoby na naukę języka obcegoMy Profile

    • Bardzo bardzo dziękuję! Fajnie czytać takie słowa od osoby z podobnym doświadczeniem. Mam nadzieję, że spotkamy się gdzieś w jakimś fajnym tropikalnym miejscu! Jakby co zapraszam 😉

  4. Hania, cieszę się, że u Ciebie wszystko OK 🙂 oby haj nie opadł za bardzo i cały czas było cudownie! trzymam kciuki za resztę wyprawy i życia! 🙂

  5. Jej, ja nie mam jeszcze za sobą doświadczeń związanych z tak dalekim podróżowaniem, ale mniej więcej wiem, co czułaś. Kiedy wyjeżdżałam na studia za granicę też towarzyszyło mi mnóstwo wątpliwości – miałam spędzić rok zupełnie sama w obcym kraju. Cały pierwszy wieczór po przyjeździe przepłakałam. Ale już nazajutrz wzięłam się w garść i potem było już tylko lepiej. Dziś wspominam ten rok jako najlepszy czas w moim dotychczasowym życiu. Trzeba po prostu zrobić ten pierwszy krok, a potem nie ma już odwrotu. Powodzenia w dalszym podróżowaniu i blogowaniu! Tak trzymaj!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge