Koronawirus, Hiszpania i ja. To nie jest żart.

Aktualizacja

Koronawirus chyba wszystkim wywrócił życie do góry nogami. A jeśli jeszcze nie, to wywróci za chwilę. Mieszkam w Hiszpanii i z przerażeniem obserwuję co się wyrabia w tym kraju. Dziś chcę podzielić się z Wami moimi przemyśleniami i spostrzeżeniami.

Już trzeci raz podchodzę do tego posta, więc jeśli wyda się on Wam nieco chaotyczny, to przepraszam. Staram się trzymać tematu i jakoś w miarę spójnie zapisać to, co mam w głowie, ale ciągle gubię się we własnych myślach. Jest ich po prostu za dużo.

Ostatnie dni byłam kłębkiem nerwów, przechodziłam przez cały wachlarz skrajnych emocji jak uczucie wyparcia, gniew, frustracja, przerażenie i rozpacz. Nie mogłam spać w nocy i budziłam się z płaczem, a w kuchni ledwo stałam, bo tak mi się trzęsły kolana.

Chyba jednak już weszłam w fazę akceptacji i mogę co nieco Wam powiedzieć. O sytuacji w Hiszpanii, która budzi we mnie wściekłość. O tym jak epidemia już na początku marca pozbawiła pracy mnie i mojego chłopaka. I o tym, co dopiero nadchodzi, a czego zdaje się wiele osób jeszcze nie zauważa.

koronawirus
ciemne chmury nad Hiszpanią, tak symbolicznie. fot. Kinga Madro

Hiszpania i ja

W Hiszpanii mieszkam już 1,5 roku. Wiele rzeczy mnie w tym kraju fascynuje, bawi i wzrusza, ale nie będę udawać, że jestem osobą, która patrzy na Hiszpanię przez różowe okulary. Na żaden kraj tak nie patrzę, zawsze podchodzę realnie. Nie wierzę, że trawa u sąsiada jest bardziej zielona, każdy kraj ma swoje szambełko.

I każdy naród ma swoją mentalność. A mentalność może przeszkadzać lub pomagać, w zależności od sytuacji.

Historia znajomego pół-Hiszpana, pół-Niemca: zawsze ma niezły ubaw, kiedy jego ojciec umawia się ze swoimi niemieckimi kolegami i wszyscy, uwaga, PLANUJĄ SPOTKANIE W KALENDARZU. No, rozumiecie? Jakby nie można było się tak po prostu spotkać, najlepiej jutro. Zresztą, po co zapowiadać? A im bardziej na południe Hiszpanii pojedziecie, tym większa będzie nieprzewidywalność i spontan.

Ach, tu powinnam podkreślić – mieszkam w Granadzie, w Andaluzji. I tak jak w Polsce, w Hiszpanii każdy region ma znowu swoją mentalność. I naprawdę, przy Katalonii i Madrycie, Andaluzja wypada dość… chaotycznie, że tak to łagodnie ujmę.

Takie były też moje realia pracy w Granadzie jeszcze rok temu. Wszystko na ostatnią chwilę. Jest wieczny luz. „Wcześnie rano”, czyli o godzinie 11. Coś się dzieje, ale w sumie nie wiesz co. Idziesz gdzieś, bo podobno tam cię potrzebują, ale na miejscu okazuje się, że nie ma dla ciebie zadań. Jakaś ogólnopanująca bezsensowność działań. Odwiedziny bez zapowiedzi, zmiany grafików z dnia na dzień, a myślisz, że ktoś kiedykolwiek spytał o plany, czy mi te zmiany pasują? Błagam, nie rozśmieszaj mnie. (Więcej o tym pisałam w tym poście.)

Z drugiej strony jednak, fascynujący jest ten ich luz blues. Miało być spotkanie, a nie ma – czy świat się od tego zawali? Wyluzuj. A ja tak nie umiem. Wkurza mnie brak szacunku do czyjegoś czasu. Tu mamy z Hiszpanią takie małe zderzenie osobowości, ale jest spoko! W końcu pracuję w domu, mam własny biznes, to nie wchodzimy sobie w drogę, nie?

Ale dzisiaj ręce mi opadają, bo mentalność Hiszpanów w obliczu pandemii wcale nie ułatwia sytuacji w kraju.

koronawirus
tłumy na manifestacji 8. marca; źrodło: la vanguardia

Hiszpania i koronawirus

To nie ma już chyba znaczenia co było najpierw, jakie wydarzenie. W ciągu ostatnich dwóch tygodni, wszystkich nas zalała taka ilość informacji i emocji, że można by to rozłożyć na całe 12 miesięcy. Krótko mówiąc – piękny rok mieliśmy tego marca!

Ale, kiedy na początku marca wszystko mi się posypało, to od razu powiedziałam mojemu chłopakowi – ograniczamy wyjścia, bo to będzie armagedon, a do Polski pewnie nie polecę. (Miałam lecieć na dwa tygodnie w kwietniu, na święta. Z rodziną ostatni raz widziałam się rok temu. Poza tym miałam umówione wizyty do kilku lekarzy, w tym do kanałowego leczenia zęba, z którym właśnie zostałam w czarnej D.)

W Hiszpanii już mieliśmy wtedy ponad 100 przypadków, a jakby problem w ogóle tu nie istniał! Mimo, że co chwilę dochodziły informacje o nowych przypadkach na uniwersytetach albo o tym jak w trakcie jednego pogrzebu zaraziło się 60 osób (region La Rioja). A potem to urosło w katastrofalnym tempie.

(Granada jako ostatnia prowincja Andaluzji zanotowała pierwszy przypadek koronawirusa, ale w ekspresowym tempie wskoczyła na drugie miejsce za Malagą – obecnie mamy tu 176 przypadków. Szczerze? Od początku mówiłam, że Granada jest wolna od koronawirusa tylko dlatego, że panuje tu mega luz i totalny nieogar.)

Bo Hiszpania zamiast gasić, gdy jeszcze się tliło, pozwoliła się temu rozchulać. Karygodnym błędem było pozwolenie na zorganizowanie manifestacji 8M z okazji Dnia Kobiet. Bo się rząd nie chce narazić feministkom, no serio?! W samym Madrycie w marszu udział wzięło 120.000 ludzi. Korona-party? A owszem, tym bardziej, że tego dnia w Hiszpanii dobijano do 1000 przypadków zakażeń i wszyscy widzieli co już się dzieje we Włoszech (które, nota bene, zamknęły się następnego dnia).

W pewnym momencie naprawdę miałam wrażenie, że Hiszpanie myślą, że są nieśmiertelni. Że wirus wcale ich nie dopadnie. I że w ogóle chyba nie do końca rozumieją jak się roznosi. A przypominam, że mówimy o kulturze całowania w oba policzki na dzień dobry! Serio, nawet jak nie chcesz, to się na ciebie rzucą. W Granadzie pojawiła się plotka, że nawet Chińczycy zamknęli swoje sklepy pierwsi, bo przestraszyli się niefrasobliwości Hiszpanów…

Wirus się rozprzestrzeniał, a w Andaluzji wszystko dalej działało – restauracje, uniwersytety, muzea. Rząd nie podjął decyzji o zamykaniu czegokolwiek, a zarazem zapowiedział, że zbliżająca się epidemia za chwilę wywróci wszystko do góry nogami i obiecał wszystkim potrzebującym pomoc ekonomiczną w wysokości 200 mld euro (źródło). [Teraz pojawił się nowy dowcip – Hiszpanie stwierdzili, że taniej wyjdzie, jeśli dadzą po prostu każdemu na głowę po 1 milion euro, a resztę zatrzymają dla siebie.]

Krótko mówiąc – rząd nie wziął pod uwagę mentalności Hiszpanów i zamiast ich na chwilę okiełznać, jeszcze ich dodatkowo rozpuścił. A zezwalając na manifestacje 8M, dał zielone światło katastrofie humanitarnej, która właśnie się w tym kraju zaczyna.

Dopiero w piątek 13 marca Hiszpania ogłosiła zamknięcie kraju (działają tylko najpotrzebniejsze usługi, w tym zakłady fryzjerskie… To Hiszpania, nie pytajcie.). Tego samego Polska również ogłosiła zamknięcie kraju. Dla porównania – w Polsce nie mieliśmy jeszcze 100 przypadków koronawirusa, a w Hiszpanii było już prawie 8000 tysięcy.

Photo by CDC on Unsplash

Czy Hiszpanie są nieśmiertelni?

Mogłoby się wydawać, że Hiszpanie są nieśmiertelni. Jeszcze tego samego dnia, kiedy ogłoszono zamknięcie kraju, w telewizji pokazywano hiszpańskie plaże pełne ludzi.

Jeden nasz znajomy szczególnie wyśmiewał się z naszej ostrożności i próbował wyciągnąć mojego chłopaka na spotkanie.
– Nie, nie spotkamy się, siedź w domu, nie widzisz, co się dzieje?
– Ale o co ci chodzi, to są jakieś wybujałe newsy z mediów, a poza tym nawet jak zachoruję, TO MNIE WYLECZĄ!
Wybuchłam. Nie, kurwa, nie wyleczą! Nie wyleczą, jak nie będą mieć łóżka lub respiratora w szpitalu! Nie wyleczą, jak nie będzie karetki do wysłania! Nie wyleczą, jak nie będzie wystarczającej liczby pielęgniarzy czy lekarzy! Czy naprawdę tego nie widać?

A nawet jeśli wyleczą, to pewnie kosztem jakiejś starszej pani, jak np. moja sąsiadka, która ma 75 lat i przewlekłe zapalenie płuc, i jest chorowitą kruszynką, ale o cudownej osobowości. I przynosi nam świeże jajka ze wsi, żebyśmy sobie zrobili pyszną „tortillita de patatas”.

Jak ślepym trzeba być, jak bardzo można myśleć tylko o sobie, jak bardzo można nie myśleć logicznie? Ten kolega potem wysyłał nam memy, żeby się z nas ponabijać, jak to robimy w gacie ze strachu przed wychodzeniem. Ale spuścił z tonu jak wysłali go do domu i powiedzieli, że nie wiadomo, kiedy znowu otworzą jego szkołę angielskiego.

Nie chcę generalizować. Nie każdy w Hiszpanii ma takie podejście. Niektórzy (jak nasi sąsiedzi) od razu ograniczyli wyjścia. A jeden inny znajomy kupił żarcia na kilka tygodni i zaszył się w swoim mieszkaniu w górach.

Ale przypominam, że Hiszpania przoduje wśród krajów świata, gdzie młodzi ludzie bardzo długo mieszkają z rodzicami. I nawet ci starsi-młodzi, do 40 roku życia. Najbardziej skrajny przykład jaki poznałam to 35-letni profesor uniwersytetu. Wciąż pytał rodziców o pozwolenie na wyjścia w weekendy.

Dodatkowo, co z tego, że rząd zamknął kraj, skoro do pracy i tak trzeba chodzić. Niestety, wiele firm nie wprowadziło tu pracy zdalnej. Pandemia dla nich to nie jest „wystarczający powód”. Przyjęło się w tym kraju, że kto pracuje z domu, ten pewnie jest oszustem i leniem (więcej o tym podejściu możecie przeczytać na blogu Asi, która w Hiszpanii mieszka już 4 lata). A rząd jakoś niespecjalnie egzekwuje, żeby firmy umożliwiły swoim pracownikom ograniczenie wyjść z domu.

Zresztą, czego możemy się spodziewać, skoro wśród tych najpotrzebniejszych usług, które muszą zostać w Hiszpanii otwarte na czas izolacji, wymieniono zakłady fryzjerskie? Od morowego powietrza Hiszpanię uchowaj, Boże!

I mając przed oczami przykład Włoch, Hiszpania popełniła wszystkie te same błędy, a nawet więcej. A teraz próbuje gasić to, co już się za bardzo zajarało.

Jak Hiszpania zapłaci za błędy?

Jeśli jeszcze nie widzieliście tego wykresu (choć nie wiem jak to możliwe), to teraz jest czas na odrobienie pracy domowej:

koronawirus
źródło New York Times

Wykres przedstawia wzrost liczby zakażeń w czasie bez podjęcia środków zapobiegawczych (czerwony wykres) i przy podjęciu środków zapobiegawczych (wykres niebieski). Niebieska przerywana linia pokazuje ile przypadków jest w stanie udźwignąć system zdrowia.

Czerwone pole to Hiszpania. Już pojawiają się głosy, że zakożonych koronawirusem będzie do 40 milionów ludzi. Że 600.000 chorych będzie potrzebować hospitalizacji, z czego 200.000 intensywnej opieki medycznej (podłączenia do respiratora).

Problem w tym, że w Hiszpanii jest 200.000 tysięcy łóżek w szpitalach i 3800 maszyn, które mogą utrzymać chorych przy życiu.

Poza tym już teraz hiszpańska służba zdrowia przyznaje, że nie jest w stanie przeprowadzać wystarczającej ilości testów, żeby utrzymać epidemię pod kontrolą.

Zdjęcia z północnych Włoch, jak trumny z ciałami zmarłych składowane są w kościele, a potem wywozi je wojsko tzw. „transportami grozy”, bo w Bergamo nie nadążają za kremacją, to nie jest fikcja. Możecie zobaczyć to tutaj. I za chwilę będzie się to działo tutaj w Hiszpanii, na porządku dziennym. I nie, nie tylko na północy. Wszędzie.

A przecież poza zakażonymi koronawirusem wciąż jest mnóstwo innych przypadków, kiedy potrzebujemy pomocy służby zdrowia. Wypadek samochodowy, poparzenia, jakiekolwiek inne sytuacje zagrażające życiu – gdzie udzielą nam pomocy, jeśli nie będzie w szpitalach miejsc? I kto nam jej udzieli, jeśli będzie brakować personelu medycznego? (Przykład: w jednym z najlepszych szpitali w Katalonii już objęto kwarantanną 95 lekarzy, z czego u 23 potwierdzono wirusa – źródło.)

Przewiduje się, że system zdrowia w Hiszpanii ulegnie załamaniu na początku kwietnia. To znaczy, że jesteśmy dopiero gdzieś na początku czerwonego wykresu.

Polska to wykres niebieski – przynajmniej cały czas mam taką nadzieję. Nigdy nie myślałam, że to powiem, ale jestem dumna z polskiego rządu, że zaczął działać tak wcześnie. Epidemia nas nie ominie, to jest pewne. Ba, nawet rozciągnie się w czasie! Ale straty w ludziach będą mniejsze.

Być może nie będzie sytuacji, kiedy lekarze będą mieli 30 chorych na jedno miejsce w szpitalu i trzeba będzie wybierać, kto ma największe szanse na przeżycie. Być może nie będzie sytuacji, gdy rodzina nie ma możliwości na ostatnie pożegnanie.

Dlatego TAK WAŻNE jest teraz, żeby zostać w domu. Żeby ograniczyć wyjścia i kontakty z ludźmi. Żeby to gówno przestało się rozprzestrzeniać, bo inaczej za kilka miesięcy każdy z nas będzie znał kogoś kto stracił pracę, mieszkanie lub babcię.

Jeśli chcecie lepiej zrozumieć błąd, który popełniła Hiszpania, obejrzyjcie poniższy film. Co prawda opisuje on strategię Polski i Wielkiej Brytanii jako przeciwstawne, ale Włochy i Hiszpania są pośrodku:

Hiszpański rząd pozwolił, żeby ogień za bardzo zajął ich dom, a teraz próbuje go gasić. Ale ogień rozprzestrzenia się zbyt szybko.

Sytuacja w Hiszpanii jest przerażająca i będzie tylko gorzej. Dochodzimy do momentu, kiedy kolejne przypadki zakażeń i zgony to „tylko” statystyka. Teraz dopiero zaczną się ludzkie tragedie.

Koronawirus i ja

Znajomi pytają jak się trzymam w Hiszpanii. Cóż, teraz już jest lepiej, ale jeszcze kilka dni temu było bardzo źle. Negatywne emocje wręcz mnie przygniatały, nie byłam w stanie zebrać myśli.

Ale chyba wreszcie to do mnie dotarło: będzie jak na wojnie.

Będzie strach, rozpacz, ukrywanie się, problemy finansowe, brakować będzie podstawowych produktów (my od tygodnia nie mamy gorącej wody, a dziś mieliśmy problemy ze światłem – choć raczej mamy wrażenie, że to bardziej problem hiszpańskiej inżynierii niż dostaw). Będą przepełnione szpitale, będzie brakować odpowiedniej opieki. Na ulicach będzie wojsko. Będzie zagrożenie życia i walka o przetrwanie.

Zresztą, co ja piszę, jakie „będzie?” Już jest! Tu w Hiszpanii już właśnie dzieje się to, o oczym piszę!

Zadziwia mnie naiwność tych, którzy wciąż myślą, że ta sytuacja potrwa tylko dwa tygodnie. Że za dwa tygodnie wszystko wróci do normy. Za dwa tygodnie, moi mili, to ta izolacja będzie przedłużona o kolejne dwa tygodnie. A potem o kolejne.

Jestem fatalistką, jeśli chodzi o to ile potrwa pandemia. Wiele osób trzyma się myśli, że lato zabije wirusa. Ale naukowcy wolą powiedzieć – nie wiemy. Czyli: bądźmy przygotowani na gorszy scenariusz.

Jak gorszy? Osobiście uważam, że ta izolacja potrwa jeszcze kilka miesięcy. Trzy? Sześć? Nie wiem, ale nie spodziewam się szybkiego powrotu turystyki (i wielu innych branż) na równe nogi.

Jeśli Twoja branża ucierpiała w wyniku koronawirusa, serio – myśl o przebranżowieniu. Myśl, jak możesz pójść w usługi online. Bo przez najbliższe miesiące to będzie gorący temat.

Co dalej?

Napięcie już opadło. Teraz zaczynam działać.

Nie wierzę, że turystyka szybko się podniesie z tego kryzysu (skupiam się głównie na niej, bo to była „moja” branża). Przypominam, że kiedy w 2012 roku linie lotnicze OLT Express przestały być finansowane przez Amber Gold, ich bankructwo pociągnęło za sobą 9 biur podróży.

Teraz mamy problem globalny. Mamy problem, który dosłownie zmywa niektóre usługi z powierzchni ziemi – chociażby AirBnb. Setki tysięcy ludzi, o ile nie miliony straci pracę. Już teraz się słyszy o masowych zwolnieniach zatrudnionych na „śmieciowe” umowy.

A jeśli połowa z nas w wieku pracującym teraz straci pracę na kilka miesięcy, to pierwsze wakacje będziemy planować dopiero za dwa lata. Bo przecież trzeba się będzie jakoś z tego dna odbić.

Ponieważ nie wierzę, że turystyka szybko się podniesie z tego kryzysu, przez najbliższe tygodnie będę kładła nieco mniejszy nacisk na pisanie przewodników na blogu. Nie ma co się oszukiwać, podróże chwilowo idą w odstawkę i nieco czasu upłynie, zanim znów będziemy myśleć o wakacjach.

Straciłam całkowity dochód i – nie boję się już tego powiedzieć głośno – upadłam bardzo nisko. Mój chłopak też został bez pracy. Nie wiem z czego będziemy płacić czynsz i kupimy jedzenie, ale na szczęście jeszcze mamy jakieś zapasowe koło. Jeszcze trochę wytrzymamy.

Pamiętam jak trzy lata temu zostałam praktycznie bez pieniędzy w Azji. Znalazłam wtedy pracę jako nauczycielka angielskiego w Wietnamie i stanęłam na nogi. Tym razem też będę szukać ratunku w uczeniu angielskiego, który przecież jest moim drugim pierwszym językiem. Już podjęłam pierwsze kroki w tym kierunku! Właśnie tworzę stronę-wizytówkę! 🙂

Przy okazji, uwaga, tutaj chamska reklama 😀 (doceńcie odwagę): zapraszam do kontaktu osoby dorosłe i młodzież, które uczą się angielskiego i chciałyby kontynuować swoją naukę bez przerwy (a może to wreszcie dobry moment, żeby zacząć od zera?). Jedyne czego Wam potrzeba to komunikator internetowy i słuchawki! Możemy umówić się na pojedyncze zajęcia w celu omówinia konkretnego tematu, który sprawia problem, lub kontynuować materiał, który przerabiałeś na zajęciach!

Językiem angielski posługuję się biegle na co dzień. W przeszłości udzielałam korepetycji z angielskiego, uczyłam tego języka w szkołach językowych w Wietnamie, a także przez prawie 10 lat działałam w Fundacji EBU, gdzie koordynowałam międzynarodowy zespół wolontariuszy. Dodatkowo posiadam certyfikat CAE (Certificate in Advanced English), a obecnie jestem w trakcie robienia kursu TEFL (Teaching English as a Foreign Language), żeby zyskać nowe doświadczenie. Jeśli jesteście zainteresowani: napiszcie maila na hanna@plecakiwalizka.com i ustalimy szczegóły! 🙂

A jeśli chcecie wesprzeć mnie w inny sposób – możecie kupić mój przewodnik po Sri Lance klikając w ten link. Za każde wsparcie bardzo serdecznie dziękuję!

Mam nadzieję, że trudna sytuacja, w którą wpadło tak wiele osób przez koronawirusa, skończy się jak najszybciej. Jednak wcale się tego nie spodziewam. Działam i przygotowuję się na długie miesiące, kiedy nie będę mogła wrócić do mojej pracy z pasją.

Obawiam się, że chwilowo w ogóle będziemy musieli przewartościować swoje życie, a podróże staną się na kilka lat dobrem luksusowym. Jednak obecnie trzeba zapomnieć o naszych pasjach i zachciankach i usiąść na dupie, żeby po prostu jakoś to przetrwać. Tak trzeba żyć, żeby potem móc żyć.

Wszystkim nam życzę, żebyśmy przeszli ten okres jak najlepiej i przede wszystkim w zdrowiu. Wykorzystajmy ten czas mądrze i pomyślmy, co naprawdę się w życiu liczy.

Ściskam mocno!

koronawirus
pozytywne zdjęcie na koniec! fot. Kinga Madro

 

2 odpowiedzi

  1. Haniu, choć znam Cię tylko z widzenia z polskiej szkoły życzę Ci wszystkiego dobrego w tym ciężkim czasie – oby jednak Twoje fatalistyczne przewidywania nie sprawdziły się i koronawirus nie ciągnął się miesiącami. W tym wszystkim najbardziej ciekawi mnie aktualne podejście Hiszpanów: czy teraz wreszcie dostrzegają oni problem i są w stanie ogarnąć grozę sytuacji czy jednak ich mentalność sprawia, że nie dociera do nich co się dzieje? Ps. Ja też jestem niesamowicie zadowolona z działań polskiego rządu, chyba po raz pierwszy jestem dumna, że jako jeden z nielicznych w Europie zareagował szybko i rozważnie. Pozdrawiam!

  2. zgadzam sie, ze Polska calkiem niezle sobie radzi, ale pamietam jak sie wkurzalam, zanim mielismy pierwszy przypadek. nasz minister zdrowia ciagle powtarzal, ze na pewno wirus i do nas dojdzie. po co czekalismy az to sie stanie? w europie bylo juz mnostwo przypadkow, wiec mozna bylo juz wtedy dzialac i zamykac granice, a nie czekac z zalozonymi rekami. zawsze lepiej zapobiegac niz leczyc, ale zdaje sie, ze zaden rzad zadnego kraju o tym nie pamietal. anyway, powodzenia w Hiszpanii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *