Hiszpania, miesiąc 5: chemii nie ma

Jestem w Hiszpanii już 5 miesięcy i nawet nie wiem, kiedy to minęło. Niestety, mimo mojego urodzinowego miesiąca, jakim był luty, ten post wcale nie będzie pełen tęczy i jednorożców. Postaram się jednak narzekanie skrócić do minimum. 😉

Jeśli śledzicie moje comiesięczne podsumowania, to pamiętacie, że w styczniu miałam ochotę rzucić cały ten wolontariat w pizdu. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji przeczytać o moich rozterkach i irytacjach, to zapraszam tutaj.

Skrótowo powiem tylko, że po prostu nie pasowała mi (i dalej nie pasuje) organizacja pracy, bo do samych Hiszpanów nic nie mam, są po prostu mega wyluzowani. Ale zostawianie wszystkiego na ostatnią chwilę, wieczorami przed eventem, po prostu strasznie mnie wkurza.

Ok, ja wiem, że kraj, który właśnie odwiedzam (jak każdy kraj zresztą) został tak zaprojektowany, żeby to jego mieszkańcom było wygodnie żyć, a nie przyjezdnym. Jeśli wejdziesz między wrony itd. Nie powinnam więc narzekać na pracę z Hiszpanami, tylko na… siebie?

Bo ja chyba nie umiem się odnaleźć w tej Hiszpanii.

w Guadix; foto Marci Gorka

Dalsze przygody z organizacją

Oczywiście na grafik się uparłam i nawet przez chwilę go dostawałam, a potem wszystko było po staremu, czyli chaotycznie. Teoretycznie mieliśmy sami zarządzać swoim czasem, ale to wcale nie jest idealne rozwiązanie.

Bo tutejsza organizacja po prostu nie respektuje naszego czasu wolnego wieczorami ani weekendami. Teoretycznie mówią, że idą nam na rękę, bo przecież możemy pracować kiedy chcemy, ale w praktyce to w ogóle tak nie wygląda. Nawet jeśli powiedzieli, że będą nas informować z wyprzedzeniem, jeśli będą nas potrzebować np. w weekendy.

No więc jak nie informują z wyprzedzeniem, to znaczy, że możesz sobie planować weekend, nie? Tak myśleliśmy, więc kupiliśmy sobie z moimi współlokatorami na pewną niedzielę bilety do Guadix. Ot, tak sobie z Granady chcieliśmy wyskoczyć.

I w piątek wieczorem przychodzi sms – hej, potrzebujemy was w niedzielę w biurze.

KURWA. SERIO? To jest informowanie z wyprzedzeniem? Trudno. Musicie poradzić sobie bez nas, bo jedziemy na cały dzień do Guadix, co planowaliśmy od tygodnia.

Dlatego twardo trzymam się mojego postanowienia, że nie odpowiadam na wiadomości po godzinie 20, a jak ktoś mnie pyta w piątek czy mogę pracować w weekend to odpowiadam, że nie. “Z wyprzedzeniem” oznacza u mnie co najmniej 3 dni przed.

Poza tym mogłabym się jeszcze rozwlekać nad tym, że mamy przygotować zajęcia na wymianę młodzieżową pod koniec marca, ale sama organizacja nie wie jak to ma wyglądać. Machnęliśmy ręką i zrobiliśmy to po swojemu, żeby po prostu odbębnić. Jakieś zapchajdziury i wodolejstwo. Przez chwilę też bardzo serio się zastanawialiśmy nad umieszczeniem w grafiku panelu “Jak marnować środki Unii Europejskiej na przykładzie wolontariatu w Hiszpanii”, ale zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Baliśmy się, że nikt nie zrozumie naszego poczucia humoru.

I teraz chciałabym tylko podkreślić, że to nie jest tak, że wszystkie organizacje w Europie marnują pieniądze Unii. Nie, np. nasza Fundacja EBU w Mińsku Mazowieckim działa sprawnie, otwiera dzieciaki w mieście (i nie tylko, osoby starsze również) na świat i na inne kultury, organizuje międzykulturowe półkolonie dla dzieci, uniwersytet dziecięcy i współprace samorządów szkolnych itd. Naprawdę dużo robi i jestem pewna, że wiele organizacji w Europie też działa podobnie.

No, ale nie ta, do której ja trafiłam.

w Guadix; foto Marci Gorka

Hiszpania i ja

I tak sobie myślę, że moje podsumowania ostatnich miesięcy nie były najweselsze. Mam po prostu wrażenie, że Hiszpania to nie jest moje miejsce. Ok, pogoda jest świetna, miejsca na tapas w Granadzie są super (mam całą długą listę!), sama Granada też jest cudowna i mega wyluzowana, ale… Hiszpania to nie jest moja bajka.

Irytuje mnie organizacja pracy. Jedzenie wcale nie jest najlepsze w Europie (pod tym względem zdecydowanie wygrywają u mnie Włochy). Ludzie są jacyś dziwni. Mój pokój jest komnatą wampira, gdzie nie mogę wstać z samego rana, bo okno jest tak małe, że nawet nie wiem czy to już dzień, czy jeszcze noc. Cały czas myślę o przeniesieniu się do salonu i pobudkach o 6 rano. Serio.

Hiszpania to po prostu nie jest moje miejsce. Nie ma między nami chemii.

I zastanawiam się czy będzie podobnie, jak skończę moją pracę w organizacji i po prostu sobie tu zostanę. Czy może jednak będzie bardziej pozytywnie, bo nie będę musiała z nikim pracować? (Czy ja brzmię jak jakiś odludek…?)

Ale jednak myślę, żeby tu zostać trochę dłużej. Mam milion zaległych rzeczy do opracowania na blogu. Chcę odłożyć trochę pieniędzy na kolejną podróż. Poza tym niedaleko jest Portugalia, w której przecież nigdy nie byłam! Ale to jest raczej temat do zastanowienia się na później.

Tęcze i jednorożce

Mimo wszystko, luty wcale nie był taki zły. Mniej stresujący i CIEPLEJSZY niż styczeń (my tu mamy prawie wiosnę!). Zrobiłam sobie porządne zwiedzanie Granady, które pewnie w kwietniu będzie na blogu, i pojechaliśmy z moimi współlokatorami do Guadix.

Do tego na urodziny zrobiłam sobie prezent, który odkładałam latami, bo po prostu nie mogłam przełamać mojego lęku przed igłą 😀 No, ale 31. urodziny zobowiązują, trzeba robić wielkie rzeczy w życiu i wychodzić poza strefę komfortu! No to mam, tatuaż! 😀 I chociaż na stole umierałam z bólu, to już myślę o kolejnym. 😀

Mamy już marzec i w tym miesiącu będzie się dużo więcej działo. W połowie marca jedziemy na nasze szkolenie ewaluacyjne w środku projektu, a pod koniec mamy właśnie wymianę młodzieżową, którą nie wiemy jak przygotować. I w sumie to koniec najważniejszych wydarzeń tego wolontariatu. Na kwiecień i maj nie są zaplanowane jakieś wielkie eventy, więc wreszcie zacznę zwiedzanie Andaluzji.

w Guadix; foto Marci Gorka

Podsumowanie

W sumie mogłabym na zakończenie tego wpisu zrobić krótką pointę.

Warto robić w życiu różne rzeczy, żeby wiedzieć co się chce, a czego się NIE CHCE od tego życia.

Wolontariat uświadomił mi, że nie chcę pracować z nikim. Moja potrzeba kontrolowania wszystkiego samodzielnie, potrzeba wolności, braku ograniczeń i kompromisów jest tak silna, że chyba nie pozostaje mi nic innego jak praca sama ze sobą.

Niektórzy pomyślą, ze brzmi to bardzo samotnie, ale dla brzmi to bardzo “jak się cieszę, że nikt nie zawraca mi głowy”.

Do końca projektu zostały 3 miesiące, z czego jeden naprawdę pracowity. A potem już pracuję sama na siebie, nad blogiem. A ponieważ zostaję przez chwilę w Hiszpanii, to jestem bardzo zmotywowana!

Głównie tym, żeby nie umrzeć z głodu pod mostem. 😉

w Guadix; foto Marci Gorka

4 odpowiedzi

  1. Z tego co wiem to te wolontariaty i projekty EU to loteria niestety…. zdarzaja sie fajne ale wiekszosc sluzy wyciaganiu kasy bo bardzo malo jest nad tym kontroli. Z drugiej strony tez nie ma co odsiadywac za miske zupy jak ci sie nie podoba.. 😉 Przeczytalem pare wpisow i widze potencjal – duzo pieneidzy jest w marketingu roznego rodzaju wycieczek albo nawet w organizacji wycieczek dla np. bogatych emerytow (kolega z pracy ktory przechodzi wlasnie na emeryture zabookowal wyjazd za 100 +k kamperem do okola swiata z innymi emerytami w “konwoju”(tylko rzucam pomysl;)) na pewno pod mostem nie skonczysz nie martw sie!

    • Dzięki! To chyba prawda z tym wyciąganiem kasy, choć faktycznie nie wszystkie organizacje są takie złe. Poszukam swojego miejsca w świecie gdzieś na moście. 😉 Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *