Gruzja: Dawit Garedża i powiew wolności

Dawit Garedża (albo Dawid Garedżi) od samego początku był na naszej gruzińskiej liście must-see. Jest miejscem dość specyficznym, ot, kilka mnisich celi pośród półpustynnego niczego. Ale właśnie to miejsce zapadło nam głęboko w pamięć. Właśnie to stepowe nic robi największe wrażenie. Po prostu nie da się go zapomnieć!

Już droga do skalnego kompleksu monastyrów jest pewnego rodzaju atrakcją, chociaż to tylko 50 km. Wtedy myśleliśmy, że taka odległość to jeszcze „tylko”, ale po kilku dniach nauczyliśmy się, że na Kaukazie Południowym wszystko powyżej 20 km powinno się określać partykułą „aż”.

Tak czy tak, będąc ciągle na etapie „tylko 50 km” stwierdziliśmy, że uda nam się dojechać do Dawit Garedży autostopem. Już wcześniej dochodziły do nas głosy, że jest to porwanie się z motyką na słońce – ta część Gruzji to kompletne pustkowie. Nic tam nie jeździ! Ale my oczywiście wiedzieliśmy swoje. Mimo to przygotowaliśmy na tę atrakcję 50 lari – cenę podaną w przewodniku Lonely Planet.

Dobrze, że zanim wprowadziliśmy w życie nasz szalony plan, spotkaliśmy w Tbilisi Paulę i Dawida, którzy następnego dnia rano zamierzali się wybrać do Garedży taksówką. Szybko przeanalizowaliśmy sytuację i stwierdziliśmy, że wspólny przejazd pozwoli nam zaoszczędzić czas i pieniądze, więc wybierzemy się z nimi. Później nasi towarzysze wrócą do Tbilisi, a my ruszymy dalej na wschód.

Z samego rana pojechaliśmy marszrutką do miejscowości Sagaredżo, gdzie od razu doskoczył do nas taksówkarz:
– Dawit Garedża? 50 lari!
– 40! – wytargowała Paula, a taksówkarz się zgodził.
– 35! – rzucił drugi, który nie wiadomo, skąd się wziął.
– 30! – pierwszy nie dawał za wygraną.
– 25! – sprzedane. Jedziemy z tym drugim.
Po każdej takiej sytuacji dochodziło do ostrej wymiany zdań między taksówkarzami. Tym razem była ona tak agresywna, że nasz kierowca aż sapał. Chociaż nie znaliśmy gruzińskiego, domyślaliśmy się, że nasz taksówkarz specjalnie rzucił tak niską stawkę. Nie był to dla niego zysk, ale chodziło o co innego – żeby nie dać zarobić kolegom.
[Później i tak zapłaciliśmy mu 30 lari, czyli po 15 lari na parę.]

Dla nas dodatkową atrakcją była przejażdżka sowieckij tankiem, czyli starą, dobrą wołgą.

my i sowieckij tank

Jadąc do Dawit Garedży dopiero przekonaliśmy się, jak szalony był nasz pomysł z autostopem. Dookoła wszędzie rozciągały się półpustynne stepy. Jak okiem sięgnąć nigdzie nie było żadnej wody (raz minęliśmy jakieś bajoro, ale jego czystość pozostawiała wiele do życzenia), a gdyby przyszło nam tam nocować? Poza tym przez całe 50 km minęliśmy tylko jeden samochód za to dużo częściej zdarzało się widzieć jeźdźców na koniach.

Ale co to był za widok! Przypominało to trochę stepy w Mongolii, jakie znamy z filmów podróżniczych. Przez morze wypalonej słońcem trawy pędził konny, nie miał nawet siodła, tylko na grzbiet wierzchowca zarzucił jakiś pled, w jednej ręce trzymał lejce, a w drugiej ogromny kij, którym poganiał zwierzę. Zobaczysz coś takiego raz i nie zapomnisz do końca życia!

Ale kij nie służył tylko do poganiania konia, o czym przekonaliśmy się za chwilę. Mijaliśmy po drodze stado bydła, którego pilnował pasterz i pies. Otóż psy pasterskie tutaj nauczone są pilnowania stada za wszelką cenę. Każdy, kto się zbliży do bydła, jest intruzem, którego trzeba zaatakować. Skoczył oczywiście na nasz samochód, ale nic mu nie zrobił. Potem jeszcze kilka razy ktoś nam o tym opowiadał – że wędrując po kaukaskich bezdrożach, warto mieć ze sobą kij, żeby odgonić takiego psa.

Później, już w Armenii, spotkaliśmy małżeństwo Holendrów, którzy opowiadali, że pies pasterski ich zaatakował. Mężczyzna jednak zdążył zsiąść z roweru i zasłonić się nim przed zwierzęciem, a potem zaczął go tym rowerem odganiać. Pies uciekł przed agresywnym oponentem, ale Holendrzy przyznali, że sytuacja była nieciekawa.

Do Dawit Garedży jechaliśmy godzinę. Po pierwsze dlatego, że stan dróg nie pozwalał na zbyt szybką jazdę, po drugie dlatego, że nasza łada i tak nie mogłaby rozwinąć większej prędkości (swoją drogą nawet nie wiemy, jak szybko jechaliśmy, bo strzałka prędkościomierza skakała jak szalona), a po trzecie dlatego, że połowę drogi przebyliśmy na wyłączonym silniku. Po prostu nasz kierowca wyłączał go, kiedy zjeżdżaliśmy z górki, a włączał, kiedy zaczynaliśmy znacząco zwalniać. Już sama droga do Dawit Garedży okazała się niesamowitą atrakcją!

półpustynny krajobraz dookoła monastyru

No, ale co to w końcu jest ten Dawit Garedża?

Nazwa wzięła się od żyjącego w VI wieku mnicha Dawida, jednego z tzw. 13 ojcu syryjskich (misjonarzy działających na terenie Gruzji w I tysiącleciu). Osiedlił się on w naturalnej jaskini w górze Garedża, gdzie później powstał klasztor Lawra, czyli to, co możemy zwiedzać dzisiaj. Przez wieki powstawały kolejne monastyry i kompleks rozbudowywał się, co chwilowo zostało przerwane przez najazd Turków Seldżuckich w XI wieku.

Dawid Garedża

Kolejne 300 lat przyniosło dalszy rozwój ekonomiczny i kulturalny. Powiększono i zmodernizowano stare klasztory, wybudowano nowe, np. Udabno, czyli ten, który dziś możemy oglądać po drugiej stronie wzgórza. Dawid Garedża stał się ważnym centrum edukacyjnym i kulturalnym. Założono tu szkołę malarstwa zrywającą ze schematami bizantyjskimi, a freski wtedy powstałe wciąż są widoczne w jaskiniach.

Od XIII wieku powoli tracił na ważności. Najpierw został zniszczony przez Mongołów, potem na przełomie XIV i XV wieku przez wojska Tamerlana, a na początku wieku XVII przez Persów. Do lat 20. XX wieku w Dawit Garedży żyło dosłownie kilku zakonników. Od 1991 roku działa tu klasztor męski, ale zamieszkanych jest tylko kilka cel.

klasztor widoczny z góry…
…i z dziedzińca

zamieszkane cele mnichów

Zwiedzanie całego kompleksu zajęło nam dokładnie 2 godziny, bo trzeba się wdrapać na górę (uwaga na żmije!), żeby zobaczyć drugą część kompleksu z pięknymi freskami – monastyr Udabno. Stamtąd rozciąga się niesamowity widok na żółte stepy Azerbejdżanu.

jaskinie zwiedza się idąc przy metalowej poręczy

cele w Udabno, części kompleksu po drugiej stronie wzgórza
oprócz żmij, są też pająki długości palca

Kiedyś powiedziałam znajomym, że nie jestem miłośniczką gór, bo są dla mnie one ograniczające. Lubię widoki, ładne są itd., ale góry zasłaniają mi przestrzeń. Tak, wiele osób nie może zrozumieć jak góry mogą zasłaniać przestrzeń, skoro góry to właśnie przestrzeń! Ano, mogą. Dla mnie przestrzeń, wolność i swoboda to właśnie takie widoki jak te z Dawit Garedży na Azerbejdżan. Niczym nieskrępowane, kiedy daleko, daleko w oddali widać linię horyzontu, gdzie niebo i ziemia dotykają się. Właśnie patrząc na taki horyzont czuję przepełniające mnie szczęście i spokój. Wtedy czuję, że żyję. Dla takich widoków warto ruszyć się z domu.

widok na Gruzję z Garedży
widok na Azerbejdżan

Wracając do Sagaredżo wstąpiliśmy jeszcze do knajpki Oasis we wsi Udabno (gruz. ‘pustynia’) – małej restauracyjki prowadzonej przez dwójkę Polaków, Anię i Ksawerego. Kiedyś Marcin Meller napisał o nich felieton w Newsweeku, który można przeczytać on-line.

Kupili oni tu ruderę, odmalowali ją i zrobili knajpkę, która przyciąga turystów, a Polaków w szczególności. W środku nie ma luksusów – stoły i krzesła zrobione są z drewnianych palet przykrytych kolorowymi narzutami i poduszkami, na ścianach wiszą zdjęcia krajobrazu Gruzji. Ale nie o luksusy tu chodzi.

Oasis Club :)
bar w Oazie
salony :)

Chodzi o ideę, o pomysł niczym z filmu podróżniczego! Po co siedzieć w kraju, powtarzać schematy? Rzuć wszystko i otwórz knajpkę gdzieś na końcu świata! Czyż to nie cudowne? Odwiedźcie koniecznie ich fanpage’a na fejsbuniu!

Ania i Ksawery zatrudnili u siebie w kuchni Gruzinkę z Udabna, która przyrządziła dla nas tradycyjne placki kukurydziane z pysznym sosem. Danie skromne, ale pyszne! Więc jeśli ktoś z was będzie tam kiedyś przejeżdżał, wstąpcie do Oazy. Warto! 🙂

IMG_4229

Dawit Garedża z całą swoją otoczką – drogą przez stepy, konnymi jeźdźcami, widokami na półpustynie Gruzji i Azerbejdżanu, plackiem kukurydzianym w knajpce Oasis – jest jednym z naszych najmilszych wspomnień. Jednym z takich najbardziej egzotycznych. Tego właśnie od Gruzji oczekiwałam i to miejsce zdecydowanie mnie nie zawiodło.

WSKAZÓWKI:
Do Dawit Garedży najlepiej jest pojechać taksówką z Sagaredżo. Normalna cena wynosi 50 lari (100 pln), ale z gruzińskimi taksówkarzami warto się targować, a poza tym jeśli będzie was czworo, to koszt przejazdu rozłoży się na wszystkich. Jak widać na naszym przykładzie, do Dawit Garedży pojechaliśmy za 15 lari (30 pln) zamiast przygotowanych 50 za parę.

Zwiedzanie samego monastyru jest darmowe. Taksówkarz powinien dać wam na zwiedzanie co najmniej 2 godziny!

Z Tbilisi do Sagaredżo dojedziemy marszrutką (3 lari, o ile dobrze pamiętam jedzie się niecałą godzinę). Marszrutki odjeżdżają z postoju przy stacji metra Isani. O ile dobrze pamiętam odjeżdżają w kierunku Lagodeki (albo Signagi) ok. 7:30 rano. Lepiej jechać jak najwcześniej, żeby zdążyć przed tłumem turystów i upałem.

Taksówka z Tbilisi do Dawid Garedży kosztuje ok, 120 lari, a z Signagi 100 lari.

Bibliografia:
– Georgia, Armenia & Azerbaijan, wyd. Lonely Planet, rok wydania 2012
Gruzja i Armenia oraz Azerbejdżan. Magiczne Zakaukazie, wyd. Bezdroża, rok wydania 2012
– http://www.wikipedia.pl

Opracowując powyższy wpis starałam się, aby dane informacje były rzetelne, jednak nie ponoszę odpowiedzialności za skutki wynikające z ich stosowania.

3 odpowiedzi

  1. Co do taksówkarzy, to na Bałkanach też lubią się targować, czasami sami ze sobą, jeśli nie mają innej konkurencji. W Macedonii zdarzyło nam się za 200 dinarów przejechać 5km jak i 15km 😉

  2. Do klasztorów można też się dostać tanią marszrutką z Tbilisi, wyjeżdża o 11 każdego dnia z parkingu przy Placu Wolności (tym głównym, ze złotym szpikulcem ;)) Co do żmij, to miejscowy powiedział mi, że nigdy jeszcze nikogo nie ukąsiły, są też skorpiony ale niejadowite 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge