Dambulla, Sri Lanka: świątynie w jaskiniach i inne przygody

Autobus, którym jadę do miasteczka Dambulla, powoli dociera do celu. Dochodzi godzina 18, a ja w duchu obiecuję sobie, że więcej nie będę tak późno przyjeżdżać do nowego miejsca, w którym w dodatku dopiero zamierzam szukać noclegu. Sri Lanka leży tylko 6 stopni nad równikiem, a dzień tutaj trwa zawsze 12 godzin, niezależnie od pory roku. Bardzo szybko też się sciemnia – krótko po 18 zachodzi słońce i w ciągu pół godziny niebo robi się czarne.

Jedziesz na Sri Lankę i potrzebujesz pomocy w organizacji swojego wyjazdu? Skorzystaj z mojego doświadczenia! Organizuję wyjazdy do tego kraju, piszę o nim przewodniki i pomagam innym w zaplanowaniu swojej podróży tam. Na pewno będę mogła Ci pomóc! 🙂

Więc tak naprawdę przyjeżdżam do Dambulli już w nocy. Biała kobieta, do tego blondynka, a przy sobie ma wszystkie rzeczy, razem z pieniędzmi – w końcu wysiada z autobusu z całym tobołem. Prosty łup, wystarczy gdzieś wywieźć w ciemną uliczkę, przecież ona zupełnie nie zna tego miejsca…

Podchodzę do pierwszego lepszego tuk-tuka i pytam kierowcę czy zna pensjonat, w którym zamierzam przenocować, Healey Inn. Potwierdza, więc pytam ile zapłacę za przejazd.
– 150 rupii.
– Nie, to za dużo. 100 rupii.
– Nie, madam. To za mało. 150 rupii.
– Ale ja wiem ile tu przejazdy kosztują, jestem na Sri Lance trzeci raz. 100 rupii.
– 150, madam.
Chryste, kłócę się o złotówkę! Marzę o prysznicu, rzuceniu się na łóżko, dziwnie zaczyna boleć mnie brzuch, a ja tracę czas na pierdoły! Odpuszczam i usadawiam się na tyle tuk-tuka.

Na szczęście kierowca zawozi mnie tam, gdzie chcę, a nie w jakąś podejrzaną ulicę.

W pensjonacie warunki są bardzo skromne (czyli lankijskie), ale jest czysto. Tu w najtańszych kwaterach nie ma co spodziewać się europejskich standardów, pokoje dla turystów wyglądają tak, jak pokoje Lankijczyków w ich prywatnych domach. My nie wyobrażamy sobie życia w takich warunkach – oni nie widzą powodu, żeby zapewniać sobie lepsze.

Płacę od razu za 3 noce. Dambulla będzie moją bazą wypadową również do Sigiriyi i Polonnaruwy. I kładę się spać, bo brzuch daje się we znaki coraz bardziej, to chyba zatrucie pokarmowe…

Rano budzę się w okropnym stanie. Zatrucie pokarmowe nie jest w moim przypadku żadną niespodzianką – mam tak wrażliwy żołądek, że prędzej czy później gdzieś je muszę złapać – ale takiego czegoś nigdy nie przechodziłam. Ból jest straszny, do tego żołądek niczego nie toleruje, więc wmuszam w siebie wodę i suchary, chociaż wiem, że za chwilę skończę nad toaletą (tosty z masłem nie przeszły próby). Muszę to cholerstwo wypłukać, nie ma zmiłuj. A sposób starej Gruzinki Dodo, czyli woda z cukrem, też się nie przyjmuje…

Dodatkowo moje cierpienie zwiększają zakwasy, których nabawiłam się podczas przejścia 5 kilometrów schodami na Szczyt Adama i tyle samo w dół, bez żadnego wcześniejszego przygotowania. Więc kiedy muszę isc do toalety to dosłownie staczam się z łóżka i wlokę się tam na czworakach, bo nogi mam jak z kamienia, a ból brzucha nie pozwala mi się wyprostować. Wspaniały poranek w Dambulli, nie ma co.

Takie życie nie ma sensu, idę spać.

Budzę się po jakiejś godzinie i czuję, że mam drgawki. Może to odwodnienie…? Ale że już, tak szybko?! Gorączkowo zastanawiam się, co mogło doprowadzić mnie do takiego stanu. Wczoraj rano jadłam na śniadanie omlet. Mam nadzieję, że to nie jest żadna salmonella! Ale równie dobrze mogłam po prostu mieć brudny talerz, ręce czy cokolwiek… Albo złapać jakieś inne świństwo…

Przyznaję, że zaczyna mnie to trochę przerażać. Jestem sama w pensjonacie i w tym momencie żałuję, że zdecydowałam się na samotną podróż. Nie ma tu nikogo, kto by się o mnie zatroszczył, umrę sama, a moje prochy rozwieje lankijski wiatr.
Dzwonię do Mamy:
– Mamoooo… umieram…
– Matko, jaka ty jesteś durna – pocieszenie rodzicielki zawsze stawia na nogi. – Weź się w garść i idź do apteki kupić loperamid. Weźmiesz teraz 2 tabletki, za godzinę jedną, za kolejną godzinę jeszcze jedną, potem jedną na wieczór, a potem już jedną rano i jedną wieczorem.
– Mam… IŚĆ? To dla mnie ponadludzki wysiłek w tym momencie…
– No to wyślij tam kogoś.
Nikogo do wysłania nie mam. To znaczy teoretycznie mam, może właściciel pensjonatu by mi pomógł, ale i tak muszę wymienić dolary, więc lepiej, żebym sama się tym zajęła.

Proszę moich gospodarzy, żeby załatwili mi uczciwego kierowcę tuk-tuka, który zawiezie mnie do banku i apteki i nie oskubie białej naiwnej kobiety z ostatniej rupii. Polecają więc swojego sąsiada. Ten zabiera mnie do banku, wchodzi ze mną do środka, żeby upewnić się czy wszystko w porządku, potem do apteki i również pilnuje, czy zostanę uczciwie obsłużona.

W aptece za ladą stoi 5 kobiet, mężczyzna siedzi. Kiedy wchodzę zrywa się na równe nogi i podbiega do mnie, a Lankijki tylko uśmiechają się szeroko. Żadna się nawet nie ruszy, tak jakby ich zadanie polegało tylko na robieniu dobrego wrażenia. Kupuję loperamid, płacę 650 rupii (15 zł), a farmaceuta mówi, żeby zażywać jedną tabletkę rano i jedną wieczorem. Kobiety ciągle się uśmiechają, a gdy wychodzę, odpowiadają chórem na moje pożegnanie. Zastanawiam się, czy wszystkie są farmaceutkami, czy może jest to jakiś rządowy program zapewnienia ludziom zatrudnienia w tym przeludnionym kraju? (Tak dla Waszej informacji – Sri Lanka zajmuje powierzchnię równą 1/5 Polski, a liczy prawie 21 milionów mieszkańców!)

A potem wracamy do pensjonatu i płacę. Ile?
150 rupii…!
Niesamowite, czyli wczoraj wieczorem jednak miałam rację! Trzeba było się targować! Niby to tylko złotówka, ale nie lubię, kiedy się mnie robi w konia!

Przyjmuję końską dawkę loperamidu, jaką zaleciła mi Mama, i od razu zasypiam. Zastanawiam się jeszcze czy nie zastosować się do zaleceń farmaceuty, ale jakoś do Mamy, która pracuje w służbie zdrowia, mam większe zaufanie. [Ale nie polecam stosowania się do tych rad, robicie to na własną odpowiedzialnosć.]

Budzę się koło godziny 15 i czuję się o wiele lepiej. Drgawki przeszły, żołądek nie jest już taki wrażliwy. Decyduję się więc na zwiedzenie jaskiń skalnych, które są tylko ok. 500 metrów od mojego pensjonatu. Na obejrzenie ich wystarczą dwie godziny, więc myślę, że dam radę. Biorę jednak tuk-tuka, bo ciągle cierpię z powodu zakwasów. Jeszcze się nachodzę, w końcu do jaskiń, które znajdują się w zboczu góry, prowadzą schody…

Zanim wdrapię się do właściwej świątyni Rangiri, mam wątpliwą przyjemność podziwiać jeden z najbardziej niegustownych budynków na Sri Lance, w którym mieści się dość nudne muzeum buddyjskie. Góruje nad nim ogromny złoty Budda w mudrze Dharmaczakra, czyli mudrze głoszenia doktryny. Do samego muzeum wchodzi się przez paszczę okropnego smoka z wyłupiastymi oczami i idealnym stanem uzębienia, ponadto budynek jest przyozdobiony fioletowymi kwiatami lotosu, a po prawej stronie ustawiono posążki uczniów Buddy. Zaiste, projektanta budynku poniosła fantazja.

IMG_7154

IMG_7151

Po lewej stronie natomiast znajduje się ścieżka do właściwej świątyni. W tym momencie raczej cieszę się z tego, że jestem sama, bo nikt mnie nie pogania, ani nie narzeka, że idę tak wolno. Wejście na górę, chociaż nie powinno trwać dłużej niż 30 minut, mi zajmuje całą godzinę, ponieważ co jakieś 50 metrów muszę przysiąść i pozwolić nogom na chwilę odpoczynku. Na szczęście w większości miejsc nikt mi nie zawraca głowy, ale zmuszam się do ominięcia tych, gdzie poustawiali się sprzedawcy różnych rupieci i pamiątek. Zdaję sobie sprawę, że jak zatrzymam się przy nich, to nie dadzą mi spokoju.

tak, Japończycy, któżby inny? 😛

W końcu dochodzę na górę, zostawiam buty przed wejściem i od razu uciekam gdzieś w cień, bo nagrzana posadzka strasznie parzy mnie w podeszwy stóp… Śmiać mi się chce z samej siebie, bo nie wiedziałam, że jestem taka delikatna!

IMG_7123

Kompleks świątynny Rangiri (Złota Skała) został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Został założony przez króla Valagambahu w I w. p.n.e. (!), a potem systematycznie rozbudowywany. Dzisiaj składa się z pięciu części, w których w sumie znajduje się 150 statuetek Buddy.

Pierwsza świątynia (Devaraja Vihara) jest malutka. Znajduje się w niej wyrzeźbiony w litej skale Budda usypiający z czuwającym u swoich stóp ukochanym uczniem Anandą.

IMG_7121

Druga świątynia, największa i najładniejsza ze wszystkich, to Maharaja Vihara, czyli świątynia wielkich królów. Pochodzi z I w. p.n.e., mierzy 50 m długości i 6 m wysokości w najwyższym punkcie. Przyozdobiona jest freskami i statuami Buddy w różnych mudrach. Niektóre wizerunki są dość osobliwe, np. jeden Budda ma powykręcane ciało, a na freskach przedstawiono stwora mierzącego do Buddy z muszkietu.

IMG_7127

IMG_7130

IMG_7135

Duża jest także trzecia świątynia, Maha Alut Vihara, która również przyozdobiona jest freskami i wieloma statuami Buddy. Jest tutaj także posąg fundatora świątyni, króla Kirti Sri Rajasinha, który przedstawiony jest dość nietypowo jak na lankijskie ówczesne standardy: na głowie ma koronę w stylu europejskim, ubrany jest w spodnie, a przy pasku na biodrach nosi dwa krzyże.

IMG_7133

IMG_7137

Świątynie czwarta (Pachima Vihara) i piąta (Devana Alut Vihara) nie są zbyt duże. Czwarta w ogóle jest trochę pechowa – do stupy próbowano się włamać w celach rabunkowych i mocno ją przy tym uszkodzono (widać miejsca po naprawie), a figura Buddy w mudrze medytującej została zbezczeszczona przez turystkę i wymagała odrestaurowania i oczyszczających rytuałów, dzięki którym przywrócono świątyni funkcjonalność.
Piąta świątynia pochodzi z I poł. XX wieku, a figurę 10-metrowego Buddy umierającego wykonano z cegieł i cementu.

Obejrzenie całego kompleksu zajmuje mi może 45 minut. Nie omieszkam oczywiście przysiąść w każdym możliwym do tego miejscu, głównie schodkach. 😉

IMG_7147

Przed samym wyjściem jeszcze siadam w przejściu przed świątyniami i patrzę na makaki skaczące po figowcu rosnącym na dziedzińcu. Jestem cholernie wyczerpana, ale nie mam siły się podnieść, a ściana jest przyjemnie chłodna… Siedzę tak sobie z cichą nadzieją, że małpy nie zwrócą na mnie uwagi, bo jednak trochę się ich boję, ale zamiast małp zaczepia mnie jakiś młody Lankijczyk:
– Cześć, skąd jesteś?
– Z Polski – odpowiadam. Matko, jak mi się nie chce z nim gadać!
– Super!
– Mhm – odmrukuję, zastanawiając się co jest takiego super w tym fakcie.
– A gdzie to jest?
– W Europie…
– Super! Ja jestem z Dambulli.
Niesamowite.
– Dlaczego tak tu siedzisz? – Chłopak nie przejmuje się w ogóle moim brakiem entuzjazmu.
– Odpoczywam.
– Sama?
– Tak.
– Ile masz lat? – W Europie powiedzielibyśmy, że kobiet się o wiek nie pyta, ale nie jesteśmy w Europie. Zasady savoir vivre’u, które wpaja się nam od dziecka, tutaj nie mają żadnej wartości, więc zostawiłam je w domu, a chłopakowi odpowiadam zgodnie z prawdą.
– Masz męża?
– Mam. – Na dowód pokazuję obrączkę.
– A gdzie on jest?
– W domu.
Whyyyyy? – pyta chłopak w taki rozbawiono-zdziwiony sposób.
Och, naprawdę! Czy ja naprawdę muszę się z tego tłumaczyć?
– Pracuje jako nauczyciel, a w Polsce nie ma teraz wakacji, więc jest w pracy.
– Macie dzieci?
– Jeszcze nie.
Whyyyyy?
– Bo nie.
– My na Sri Lance mamy w tym wieku już dużo dzieci.
Interesujące. Dobra, trzeba kończyć tę dyskusję.
– Słuchaj – podnoszę się powoli – miło się z Tobą rozmawiało, ale muszę już iść. Pa!
– Oki oki – chłopak trzęsie głową w ten charakterystyczny lankijsko-indyjski sposób, którego jeszcze nie rozgryzłam (później się dowiem, że na Sri Lance nie znaczy on właściwie nic szczególnego), i… idzie za mną do wyjścia.
– Idziesz ze mną? – pytam lodowym głosem.
– Tak, też już wychodzę.
– Słuchaj, ja będę szła bardzo wolno, bo się źle czuję. Jak chcesz to idź już i nie czekaj na mnie. Mi się nie spieszy.
– Oki oki – znowu trzęsie głową w odpowiedzi, ale trzyma moje tempo.
Cóż, schodzimy razem.
Chłopak trajkocze jak nawiedzony, ja odpowiadam tylko mruknięciami, czasem krótkimi zdaniami i co 5 minut powtarzam mu, że nie musi na mnie czekać, ale bez skutku. W pewnym momencie dochodzimy do grupki Lankijczyków sprzedających drewniane szkatułki, które otwierają się tylko w sposób wiadomy właścicielowi. 😉 Naprawdę piękne, ale trochę drogie (średnio 3000 rupii, czyli ok. 70 zł). Sprzedawca namawia mnie do kupna, namawia chłopaka, który się do mnie przyczepił, żeby też mnie namówił, a ja 3 000 nie dam. Sprzedawca nie chce zejść z ceny, ja odchodzę, ale ten zrezygnowany wreszcie zgadza się i opuszcza mi cenę do 1200 rupii. Twierdzi, że dziś nie było utargu. Mhm, wszystkim tak mówi.
Przez chwilę tracę z oczu mojego namolnego Lankijskiego kolegę i już wzdycham z ulgą, że sobie poszedł, ale nagle wychodzi zza krzaka. Nic z tego, czekał na mnie. I znowu zaczyna trajkotać.
– A gdzie mieszkasz?
– W jednym z pensjonatów.
– Możesz zatrzymać się u nas. Masz piękne włosy – dodaje dotykając moich włosów.
– Dziękuję, ale nie dotykaj – odsuwam się od niego.
Whyyyyy? – znowu rozbawione zdziwienie.
– Nie lubię tego.
– Lepiej zatrzymaj się u nas. Wszędzie jest pełno fucking girls.
– Słucham? – chyba się przesłyszałam.
– W każdym guesthouse jest fucking girl. Na całej Sri Lance jest mnóstwo fucking girls!
– Nie zauważyłam tego – odpowiadam chłodno. – Poza tym nie chcę o tym rozmawiać.
Whyyyyy?
– Bo nie. Proste.
– A u was też są fucking girls?
– Nie chcę o tym rozmawiać.
Fucking girls są też na stronach internetowych. Macie internet z fucking girls?
– Rozumiesz, że naprawdę nie chcę o tym rozmawiać?
Whyyyyy? – chłopak się śmieje. Zupełnie nie jest skrępowany.
– Mam męża i cię nie znam, więc nie chcę o tym rozmawiać.
– A twój mąż jest good fucker?
Do tej pory ten chłoptaś tylko dryfował po bezkresnym oceanie mojej cierpliwości, ale to pytanie przepełniło czarę. Zbeształam go równo, a chłopak tylko z uśmiechem odpowiedział “Ok, bye!” i uciekł. Naprawdę, tyle wystarczyło, żeby się go pozbyć? Powinnam była zrobić to wcześniej…

Doczłapuję się do tuk-tuka i jadę do guest house’u. Jestem trochę zniesmaczona zachowaniem tego chłopaka, wyczerpana, ale ogólnie zadowolona, że udało mi się zobaczyć świątynię Rangiri, chociaż 10 $ za wstęp to dość wygórowana cena, i rozruszać zakwaszone mięśnie. W pokoju padam na łóżko, przyjmuję loperamid i od razu idę spać. Dzisiejszą misję “przeżyć do wieczora” uznaję za zakończoną sukcesem. Oby jak najmniej takich.
Dziękuję, dobranoc.

IMG_7115

Dambulla WSKAZÓWKI:

Guesthouse, w którym nocowałam, nazywa się Healey Tourist Inn i za pokój 2-osoby płaci się 1500 Rs. Jest skromny, ale czysty, z wi-fi, 500 m od świątyni i od dworca autobusowego.

Wejście do świątyni w Dambulli kosztuje 1500 Rs, muzeum buddyzmu w budynku z okropnym smokiem jest w cenie biletu. Przed wejściem trzeba zdjąć buty (mogą nam przechować za 20 rupii) i przykryć ramiona.

Bibliografia:
– Sri Lanka, wyd. Lonely Planet, rok 2012
Sri Lanka, wyd. Pascal, rok 2012

5 odpowiedzi

    • Będzie, będzie! Cieszę się, że ktoś na nie czeka 😉
      Długo mnie teraz nie było i mam mnóstwo zaległości do nadrobienia, ale teraz już konsekwentnie siadam do pisania 🙂

      • a ja właśnie zastanawiałam się czy porzuciłaś już pisaniu na blogu, czy może to ja mam coś nie tak z przeglądarką i nie widzę najnowszych notek? całe szczęście to nie koniec więc czekam na więcej 🙂

        • O rany, dzięki za taką wiadomość! Będę pamiętać, żeby wrzucać coś nawet krótszego w przypadku dłuższej nieobecności 😉 Za 2-3 dni powinna być kolejna notka 🙂
          Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge