Czarne wody jeziora Sewan

Upał jest coraz większy, na pewno przekracza już 35 stopni Celsjusza, na niebie nie ma ani jednej chmurki. Co chwila po karku spływa zimna kropla potu, ramiona swędzą pod ciężarem plecaka, a zmęczone stopy całe oblepione są piachem i kurzem. Nasz nastrój pogarsza się, bo przeszliśmy już dobre 2 kilometry, a plaży ciągle nie widać. Bardzo potrzebujemy tej kąpieli i fizycznie, i psychicznie… Aż wreszcie – jest! Widać wodę! To już niedaleko, tylko miniemy ten zakręt i… Chce nam się wyć z rozpaczy na widok tego, co czeka za krzakami.

Sewan jest największym jeziorem w Armenii i jedyną możliwością relaksu nad wodą. Dlatego chcieliśmy spędzić tu 2-3 dni, żeby odpocząć po kilkunastu dniach dźwigania plecaków. Mieliśmy to w planach od samego początku, więc bardzo się ucieszyliśmy, kiedy okazało się, że nasz kierowca jedzie do miejscowości o tej samej nazwie co jezioro, gdzie znajdowała się pierwsza z najważniejszych atrakcji w okolicy – monastyry Sewanawank.

[Zanim pozwolę Wam zanurzyć się w mojej porywającej opowieści o Sewanie, zajrzyjcie na blog Agnieszki, znanej również jako Zależna w podróży. Pod tym linkiem znajdziecie jej post z bardzo bogatym spisem literatury podróżniczej o Armenii w wydaniu papierowym i Internetowym! Klikajcie śmiało, bo jej wpis otwiera się  w nowym oknie. A warto, bo dziewczyna podała kilka naprawdę fajnych tytułów i stron!]

Kiedy tylko odjeżdża nasz kierowca , okazuje się, że wszędzie dookoła są jakieś zabudowania. Nie widzimy żadnego miejsca, gdzie można przenocować na dziko.

To jest jeden z minusów podróżowania autostopem – jeśli Ci się gdzieś nie podoba, nie możesz po prostu wsiąść w samochód i jeździć z miejsca do miejsca w poszukiwaniu czegoś lepszego. Czasem trzeba sobie poradzić tam, gdzie właśnie jesteś, nawet jeśli oznacza to przejście kilku (albo kilkunastu) kilometrów.

Postanowiliśmy więc, że będziemy szukać tak długo, aż znajdziemy kawałek plaży odpowiedni do przenocowania. Akurat ze sklepu obok wychodzą dwie Ormianki, które pytamy o możliwość rozbicia namiotu w okolicy. Wskazują nam plażę tuż obok restauracji i hotelu, w którym pracują. Tu można za darmo – mówią. – Jakby co, pozwolił wam szef restauracji.

Plaża nie jest spełnieniem naszych marzeń – wąska, kamienista, a do tego strasznie zaśmiecona. Znajdujemy kawałek ziemi, która umożliwia wbicie śledzi. Wiemy już, że dłużej niż jedną noc tutaj nie zostaniemy. Pogoda nie jest najlepsza ani na relaks, ani tym bardziej na kąpiel. Wieje bardzo silny wiatr, który tworzy dość spore fale, jak na jezioro. Po rozbiciu namiotu okazuje się, że zostanie w tym miejscu na noc będzie dość ryzykowne. Im później się robi, tym bardziej podnosi się poziom wody, a rozbijające się o kamienisty brzeg fale ochlapują już nasz namiot.

Nie wiemy czy wiatr jest charakterystycznym elementem tego klimatu, ale jest tu na pewno chłodniej niż w pozostałej części kraju ze względu na wysokość – 1916 m n.p.m. Jezioro bywa nazywane „Syberią Armenii” i przyciąga mieszkańców Erywania, którzy mogą tu odpocząć od upałów w stolicy. Obok nas zresztą kąpie się jakaś ormiańska rodzina, ale dla nas taki wiatr i chłód to żadna atrakcja.

fale na jeziorze

Chowamy rzeczy do środka i szukamy lepszego miejsca w okolicy. Nie jest to jednak takie proste, bo wszędzie są prywatne działki albo infrastruktura turystyczna (taka, jaka była w Polsce jakieś 40 lat temu). Nie ma wyjścia, jeśli nie chcemy nocą utonąć, musimy się przenieść. Wybieramy pierwszą lepszą działkę, jutro i tak nas tu już nie będzie.

Po przeniesieniu wszystkich rzeczy, okazuje się nagle, że w domku na działce ktoś jest. Po patio kręci się młody chłopak, na oko 16 lat.
Izwinitie, czy możemy tu rozbić namiot? Na wodzie są duże fale i na plaży może nas zalać. Nie będziemy robić problemu, jutro rano wyjedziemy.
Niet!
– Ale tylko jedną noc…
Niet!
Chłopak jest bardzo niemiły. O co mu chodzi? Działka jest bardzo zaniedbana, trawa wysoka do kolan, przecież bardziej jej nie zniszczymy. Zaczynam się trochę irytować, może dlatego, że czuję, że oto mamy do czynienia nie z ormiańską gościnnością, której doświadczamy na każdym kroku, ale z typową nieufnością do obcych? Cóż, w końcu jesteśmy trochę intruzami…
– A możesz nam w takim razie pokazać, gdzie w okolicy możemy przenocować? – pytam.
Chłopak znika na chwilę w domku, po chwili wychodzi ze starszym mężczyzną, być może swoim ojcem. Tłumaczymy Ormianinowi nasz problem z noclegiem, a ten pokazuje, żeby rozbić namiot trochę dalej od domku.
Ja w tym czasie zauważam, że moje jasne spodnie są całe – od stóp do połowy uda – oblepione jakimiś czarnymi kawałkami dzikiej trawy. Dziwne, to-to się rusza… Mrówki! Stoimy na mrowisku razem ze wszystkimi naszymi rzeczami!
– Rano zwijamy się stąd jak najwcześniej – mruczy wkurzony Sebastian szukając miejsca, gdzie mrówek nie będzie, które okazują się być wszędzie.

W nocy budzi nas szelest. Ktoś kręci się z latarką obok namiotu. Spoglądamy zaniepokojeni na siebie, Sebastian łapie za suwak przy wejściu, czeka i nasłuchuje. Człowiekowi z latarką dzwoni telefon, odbiera albo wycisza, kręci się jeszcze koło namiotu, jest coraz bliżej i… po chwili odchodzi. Z ulgą zasypiamy.

Wstajemy koło 6 rano, wytrząsamy z namiotu wszystkie mrówki, a przy wejściu znajdujemy butelkę coca-coli i wody. Cóż, czyli jednak nasz nocny gość nie miał złych zamiarów, kimkolwiek był (miłe panie z restauracji czy może 16-latek z ojcem?). 🙂

Miasto Sewan leży nad jeziorem Sewan, na którym znajduje się też półwysep Sewan. Zjadamy na nim śniadanie, ponieważ na jego szczycie (teren wokół jeziora jest bardzo górzysty) znajdują się monastyry, które chcemy zobaczyć – Sewan (po ormiańsku: Sewanawank).

Sewanawank

Kiedyś półwysep był wyspą. Sewan o mały włos nie stał się armeńskim Jeziorem Aralskim, po tym jak w 1933 roku komuniści postanowili wykorzystać jego wody do nawadniania okolicznych pół i zasilania elektrowni. Prace rozpoczęto w 1949 roku, ale po kilku latach je przerwano. Zamiast planowanych 55 metrów, poziom jeziora spadł „tylko” o 20. Odsłoniło się wiele dawnych osad, co pozwoliło na prace archeologiczne (zbiory można oglądać w muzeum w Erywaniu), a wyspa Sewan stała się półwyspem.

Na jeziorze i odsłoniętym lądzie utworzono Park Narodowy Sewanu (nigdy nie widziałam bardziej zaśmieconego parku narodowego), a rząd Armenii podjął działania – również pod naciskiem archeologów, którzy dbają o zakonserwowanie wykopalisk – zmierzające ku podniesieniu tafli jeziora do poprzedniego stanu. Od 2002 roku jego poziom wzrósł o ponad 2 m, co sprawiło, że wody w Sewanie stały się czystsze i zwiększyła się populacja ryb.

Podnoszenie poziomu wody budzi jednak sprzeciw właścicieli infrastruktury turystycznej, która przez pół wieku zdążyła się rozbudować na odsłoniętych brzegach – jeśli rząd nie wycofa się ze swojego planu, wszystkie nieruchomości zostaną zalane. Pytanie „co jest ważniejsze: ekologia czy ekonomia?” pozostaje otwarte.

Mimo to, jezioro Sewan i tak ma imponujące rozmiary: 80 km długości, 56 km szerokości, 75 m średniej głębokości. Swoją powierzchnią 940 km² zajmuje 5% powierzchni Armenii.

Kończymy śniadanie i wchodzimy na szczyt półwyspu. Chociaż jest jeszcze wcześnie, zbiera się tu coraz więcej turystów i pielgrzymujących Ormian. Nic dziwnego, w końcu jest to jedno z najstarszych miejsc kultu chrześcijan w Armenii – pierwszy kościół św. Zmartwychwstania został zbudowany tutaj w 305 roku naszej ery, czyli 4 lata po przyjęciu przez Armenię chrześcijaństwa. Dzisiaj po świątyni zostały tylko fundamenty, ale ciągle można podziwiać cerkwie z IX wieku: św. Jana Chrzciciela i świętych Apostołów (odpowiednio: bliżej i dalej od wejścia na szczyt).

cerkiew św. Jana Zbawiciela

Zabudowania wzniesiono z czarnego tufu wulkanicznego, przez co obiekt zwano Czarnym Klasztorem. Początkowo etymolodzy wywodzili nazwę jeziora Sewan (dosłownie: Czarny Wan) od ciemnych ścian monastyrów, ale później okazało się, że nazwy Sewan używano już wcześniej. Odnosi się do jeziora Wan w Turcji, którego wody są jaśniejsze. W czasach Wielkiej Armenii (ok. 1000 roku Armenia zajmowała obszar kilka razy większy niż obecnie, a w jej skład wchodziły ziemie obecnej Turcji Wschodniej i północnego Iranu) na terenie państwa były tzw. trzy morza Armenii – ogromne jeziora Sewan, Wan i Urmia (dziś Iran).

cerkiew św. Apostołów

Zwiedzanie Sewanawanku zajmuje nam jakieś pół godziny, po czym łapiemy stopa do miejscowości Noratus, gdzie czeka na nas kolejny zabytek historyczno-religijny. Osobiście przyznajemy, że nie jesteśmy fanatykami, po prostu lubimy zwiedzać, a w Armenii za bardzo nie ma innych atrakcji niż świątynie.

chaczkary w Sewanawanku

W wiosce Noratus znajduje się największe skupisko chaczkarów na świecie (inne takie miejsce było w miejscowości Dżulfa na terenie azerbejdżańskiego Nachiczewanu – jeszcze 25 lat temu było tam 27 tysięcy tych płaskorzeźb, ale do 2006 roku zniszczono je całkowicie). Rzeźbionych krzyży jest tu ok. 900. Najstarsze pochodzą z X wieku i rozmieszczone są na średniowiecznym cmentarzu. Z tym miejscem związana jest legenda, która głosi, że kiedy w XIV wieku przechodziły tędy oddziały Tamerlana. Żołnierze zobaczyli w oddali setki pochylonych sylwetek i myśląc, że jest to armia gotowa odeprzeć atak, postanowili zawrócić.

chaczkary na cmentarzu za Noratusem

My także dostrzegamy je już z daleka, a dodatkowo dotarcie do nich ułatwiają ustawione w całej wiosce znaki informacyjne. Cmentarz z chaczkarami zdumiewa. Widzieliśmy już co prawda takie krzyże w monastyrach, ale tutaj stoją one luzem, nieoparte o żadne ściany. Są bardzo stare, liczą kilkaset lat… Pokryte białymi i pomarańczowymi porostami, wyglądają jak dziadki pochylone pod ciężarem wielowiecznego życia, które za chwilę przewrócą się w wysuszoną trawę.

Przechadzamy się pośród nich podziwiając kunszt artystów. Są do siebie bardzo podobne, ale nie identyczne. Wojciech Górecki w swojej książce Toast za przodków tak pisze o tych niesamowitych krzyżach: Chaczkar to esencja ormiańskości, synteza ormiańskiej sztuki i wiary. Są wszędzie tam, gdzie dotarli Ormianie, nie sposób pomylić ich z niczym innym. Z pozoru nic prostszego – kamienna płyta z wykutym krzyżem, tylko linia rzeźby zdradza biegłość artysty. Ale każdy chaczkar jest inny, nie ma dwóch takich samych, różnią się ornamentem, rysunkiem i charakterem. Jedne są dziękczynne, wotywne, inne wyrzeźbiono w jakiejś intencji lub na pamiątkę ważnego wydarzenia, są też chaczkary nagrobne. Czasem spotykamy chaczkary wykute na skałach.

Chaczkary są formą sztuki. Z ich wyglądu można odczytać jak bardzo są stare i co autor miał na myśli. Nie ma typowego chaczkara, ale zawsze jest to pięknie rzeźbiony znak krzyża. Często przedstawiany jest z Drzewem Życia, które oplątuje podstawę krzyża, albo z motywem kopru lub winorośli. Na wczesnych formach tych płaskorzeźb przedstawiano też słońce i księżyc u góry. Później krzyż był umieszczany na tarczy słonecznej z liśćmi i winoroślą. W kolejnych wiekach wzory ewoluowały w piękne wzory bez konkretnego znaczenia, a później dodawano na krzyżu postacie z Biblii: Chrystusa, Marię czy św. Józefa.

chaczkary z nagrobkami

Warto też przyjrzeć się samemu cmentarzowi, jest to gratka szczególnie dla miłośników historii. Początkowo nagrobkami były kamienne płyty położone na ziemi, ale z czasem zaczęły one być zastępowane przez skalne bloki w kształcie prostokąta czy trapezu, które pokrywano inskrypcjami. Takich na cmentarzu w Noratusie jest najwięcej. Płaskorzeźba pokazuje, czym konkretnie zajmował się zmarły. Jeśli był to chłop, przedstawiany jest na roli, muzyk – grający na jakimś instrumencie, szlachcic – podczas polowania itd. Można przechadzać się między nagrobkami i zgadywać, kim byli pochowani tu Ormianie. Małe nagrobki przeznaczone były dla dzieci.

Jest coraz bardziej gorąco. Przywykliśmy już do tego, że najgorzej jest koło 15, kiedy ziemia i powietrze są nagrzane i ciężko oddychać. Akurat mniej więcej o też porze dojeżdżamy do miejscowości Martuni na południu jeziora. Podobno w okolicy jest kilka plaż, na które warto się wybrać, więc pytamy taksówkarzy o drogę. Jeden z nich pokazuje drogę między domami. – 500 metrów! – mówi.

Idziemy pełni euforii – wreszcie zanurzymy się w chłodnych wodach Sewanu! Ale asfaltowa nawierzchnia po 500 metrach zamienia się w piaskową szosę wijącą się między krzewami i drzewami. Idziemy w dobrym kierunku, co potwierdza mijająca nas wesoła rodzina w starej ładzie z zapakowanymi na tylnej szybie dmuchanymi kołami do kąpieli. Upał jest coraz większy, na pewno przekracza już 35 stopni Celsjusza, a na niebie nie ma ani jednej chmurki. Co chwila po karku spływa zimna kropla potu, ramiona swędzą pod ciężarem plecaka, a zmęczone stopy całe oblepione są piachem i kurzem. Nasz nastrój pogarsza się, bo przeszliśmy już dobre 2 kilometry, a plaży ciągle nie widać. Bardzo potrzebujemy tej kąpieli i fizycznie, i psychicznie…

Aż wreszcie – jest! Widać wodę! To już niedaleko, tylko miniemy ten zakręt i… Chce nam się wyć z rozpaczy na widok tego, co czeka za krzakami.

Śmieci, tony śmieci! Tonąca pod nimi plaża nie zachęca do odpoczynku. Innego zdania są krowy, którym najwyraźniej się tam podoba. Kilka metrów od brzegu stoi w wodzie słup wysokiego napięcia – przykład podnoszącego się poziomu jeziora. Działa, nie działa? Chyba nie chcemy sprawdzać…

Ormianie z dmuchanymi kołami do pływania stoją obok nas i zagadują: skąd jesteśmy, co robimy itd. Po chwili wsiadają do swojej starej łady i wjeżdżają na plażę. Innej opcji nie ma, ponieważ plażę od nas oddziela woda, taka jakby fosa. Kwitnąca na jasnozielono, w której unoszą się przeróżne butelki i papiery. Ormianie machają do nas: chodźcie, tutaj jest płytko, możecie przejść. Wyobrażam sobie, że w tej wodzie zbierają się wszelkie oleje i paliwa z przejeżdżających tamtędy samochodów, których podwozie musi być w bardzo kiepskim stanie.

Kiedyś oglądałam jakiś film paradokumentalny o dziwnych sposobach śmierci. Kobieta kąpała się w jeziorze, do którego spływały ścieki z pobliskiej fabryki. Zmutowana pijawka długości ramienia przyczepiła się do niej, wypuściła w jadzie toksyny i kobieta umarła. Zastanawiałam się przez chwilę, co by nam się stało, gdybyśmy przeszli przez tę fosę. Czy tylko utknęlibyśmy w gęstym smarze, a może wyżarłoby nam nogi? Nie będziemy się przekonywać. Robimy w tył zwrot i znowu przez pół godziny człapiemy w piasku i kurzu…

kto chętny?

Jesteśmy tak rozczarowani, że wolimy o tym nie rozmawiać. Idziemy w milczeniu w stronę drogi wyjazdowej z miasta, kiedy Sebastian w pewnym momencie ściąga plecak i mówi:
– To odpowiedni moment na lody – po czym znika w przydrożnym sklepie.
Po chwili siedzimy w cieniu na schodach sklepu i wcinamy orzeźwiające lody.

Nie wykąpaliśmy się i trochę zdenerwowaliśmy, ale odkryliśmy przynajmniej sposób na kryzys. Od tego momentu w największym upale i akcie desperacji, a czasem tylko dla poprawy humoru i naładowania baterii, będziemy kupować lody. Śmietankowe z polewą czekoladową. Nigdzie nie smakują tak dobrze, jak 2500 kilometrów od domu. 🙂

WSKAZÓWKI:
Sewan:
Marszrutka z Erywania kosztuje ok. 600 dram, odjeżdża co godzinę od 9.30 do 18.30 ze stacji Rajkom. Do Erywania ta sama cena, między 8 a 17 z centrum Sewanu.
Latem o 8 rano odjeżdża pociąg do Sewanu, dość wolny, bo jedzie 4 godziny i kosztuje 200 dram, dobre doświadczenie dla miłośników kolei.
Sewanawank:
Z centrum Sewanu co godzinę między 9 a 17 odjeżdżają marszrutki (100 dram).
Taksówka kosztuje 2000 dram, kierowca powinien poczekać minimum pół godziny (więcej nie trzeba).
Noratus:
Najłatwiej osiągalny jest swoim własnym transportem (umożliwia to też zatrzymanie się na którejś z ładnych plaży w okolicy), ponieważ transport dookoła jeziora jest bardzo sporadyczny.
Można też wynająć taksówkę na 4-5 godzin w celu zwiedzenia i Sewanawanku, i Noratusa. Kosztuje to ok. 7000 dram.
Plaże:
W okolicach Sewanu plaże latem są płatne 2000-3000 dram za osobę.

Bibliografia:
– Gruzja, Armenia i Azerbejdżan, wyd. Pascal, rok wydania 2013
– Georgia, Armenia & Azerbaijan, wyd. Lonely Planet, rok wydania 2012
– Gruzja i Armenia oraz Azerbejdżan. Magiczne Zakaukazie, wyd. Bezdroża, rok wydania 2012
– Toast za przodków, Wojciech Górecki, wyd. Czarne, rok wydania 2010

Jedna odpowiedź

  1. Historia z plażą przypomina mi albańską plażę nad jeziorem.Shkoderskim.Według przewodnika miała tam byc najpiękniejsza i w ogóle.Po dojechaniu na miejsce okazało się,że z plaży został jedynie szkielet,a w wodzie kąpały się krowy.Istny raj na ziemi;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge