Benvenuti a Milano!

Witamy w Mediolanie, Europejskiej Stolicy Mody!

Skreślamy ostatnie słowo, wpisujemy deszcz. W momencie przybycia do Mediolanu według mnie bardziej pasuje do niego określenie Europejska Stolica Deszczu. Pada niemiłosiernie przez (prawie) cały dzień.

Z lotniska pod Bergamo przyjeżdżam na dworzec główny Stazione Centrale i wcale nie mam ochoty stąd wychodzić. Trochę się kręcę tu i tam, sprawdzam pociągi na następny dzień do Genui, uczę się obsługi biletomatu (zajmuje 5 minut, ale specjalnie przedłużam), wyglądam na zewnątrz – deszcz nawet nie zelżał. Wzdycham ciężko – przecież nie będę siedziała cały dzień na dworcu – i kupuję całodniowy bilet na komunikację miejską.

Swoją drogą dworzec robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie – zadbany, czytelny… Spodziewałam się większego chaosu. A tu nie dość, że się nie zgubiłam, to jeszcze wszystko po angielsku! No i te kilkanaście biletomatów ustawionych rzędem pod ścianą, które pozwalają nie stać godzinami w kolejce. Pyk, pyk i bilecik jest 😉

gmach Stazione Centrale

Szybko zostawiam plecak w przechowalni bagażu, biorę tylko najpotrzebniejsze rzeczy i ruszam do metra, gdzie wylewnie witają mnie rzesze czarnoskórych ulicznych biznesmenów sprzedających parasole za 3 euro. Ha! Ja mam swoją nieprzemakalną super hiper wyprawową kurtkę Quechua i żaden deszcz mi nie straszny! Niestety, panowie tego nie rozumieją – KAŻDA osoba BEZ parasola jest potencjalnym klientem, więc mimo moich usilnych “No, grazie!” krzyczą za mną jeszcze długo długo “Ambrela!” dopóki nie zniknę z zasięgu ich wzroku (domyślam się jednak, że nawet wtedy nie ustają w swoich wysiłkach).

Tutaj muszę przyznać, że niestety nie przywiozłam ze sobą tylu zdjęć zarówno z Mediolanu jak i Genui, ile bym chciała, co z resztą mnie teraz trochę boli. Pogoda nie dopisała, a ja nie jestem takim rekinem fotografii, żeby stać w deszczu kilka godzin i polować na to jedno jedyne ujęcie. Nie. Ja po prostu lubię ładne zdjęcia 😉 A w deszczu, w jednolicie szarym niebie nie zawsze da się łatwe zdjęcia zrobić, ale się starałam. Nie, że się tłumaczę, ale po prostu ze spaceru pierwszego dnia po Mediolanie dużo zdjęć nie mam.

Ale wróćmy do tematu. Ze stacji jadę metrem prosto do serca miasta – katedry Duomo. Tam na pewno nie pada, można przeczekać ten najgorszy moment. Ruszam więc szybkim krokiem przez ogromny plac wokół katedry pełen deszczu, gołębi i handlarzy parasolami.
Ambrela, ambrela! – biegną za mną jak jacyś nawiedzeni.
No, no, grazie! – rzucam i wpadam do katedry.

Katedra Narodzin św. Marii w Mediolanie

Ściągam kaptur z głowy i nieśmiało rozglądam się po katedrze. Uwielbiam architekturę sakralną, a w szczególności gotyk, ale to, co mnie otacza przerasta moje najśmielsze oczekiwania. Katedra Narodzin św. Marii, czyli po prostu Duomo (po włosku duomo – katedra) jest największą gotycką świątynią na świecie. Ma 157 m długości, 93 m szerokości i mieści 40 000 osób!

Idę do lewej nawy oglądając wszelkie detale, kaplice, witraże, obrazy, pomniki…  Bogato rzeźbione sklepienie jest wysoko nade mną, wsparte na potężnych filarach. Dotykam podstawy jednego z nich – kamień jest ciepły. Nie zwracam uwagi na turystów, których jest tu mnóstwo, dla mnie istnieją tylko kamienne postacie wstawione w każde możliwe miejsce. Spaceruję po wnętrzu katedry zadzierając wysoko głowę, wreszcie siadam w jednej z ławek w nawie głównej i w milczeniu wsłuchuję się w koncert organowy podkreślający dramatyzm tego miejsca.

nawa główna

Ktoś, kto nie jest wrażliwy na sztukę – a architektura jest właśnie formą sztuki – zapewne nie zrozumie co czuję. Ogarnia mnie takie dziwne uczucie, jakby wypełnia ciepło. Siedzę sobie po prostu, patrzę na to tajemnicze piękno i słucham organów. Spokój i błogość. Jestem zachwycona.

Do momentu, kiedy obok mnie pojawia się para Japończyków. Najpierw on klęka w ławce przede mną, udaje, że się modli, a kątem oka zawadiacko spogląda w obiektyw, gdy ona robi mu zdjęcie. Później się zamieniają, ona też chce zabłyszczeć (nie wiedziałam, że zdjęcie “na katolika” może być takie niesamowite). A później jeszcze kilka zdjęć w katedrze, tak na pamiątkę. Ale dzióbek koniecznie musi być! Jak to, zdjęcie z Duomo bez dzióbka? W życiu.

Bez skrępowania przyglądam się im z naprawdę ogromnym politowaniem. Przypomnijcie mi, gdy pojadę do Japonii, żebym zrobiła sobie sesję zdjęciową na schodach jakiejś japońskiej świątyni.  Najlepiej na leżąco. To w ramach zemsty za zniszczenie mi mojego błogiego nastroju w tym cudownym miejscu! Ha ha ha!

Żartuję. Nigdy nie zbezcześciłabym świątyni. Szacunek do innej kultury to podstawa, o czym niestety wielu turystów (nie tylko zagranicznych, ale też polskich…) zapomina. Nie wiem, nie wyobrażam sobie udawania, że modlę się w meczecie na dywaniku tylko po to, żeby mieć fajne zdjęcie. To po prostu żałosne i sztuczne. FAKE. My nie lubimy fake’ów.

Deszcz już tak strasznie nie leje, więc opuszczam katedrę (ale wrócę!) i przechodzę przez położoną obok Galerię Vittorio Emanuele II – najstarszą galerię handlową we Włoszech wybudowaną w drugiej połowie XIX wieku. Nazwa pochodzi od imienia pierwszego króla Królestwa Włoch, ale więcej o tym następnym razem 😉

Przy wejściu do Galerii mijam jakąś kobietę, blondynkę bardzo szczupłą na twarzy z dużymi ciemnymi okularami… Przyglądam się jej uważnie, w głowie zapala mi się lampka, zaraz, zaraz… skądś kojarzę te usta, policzki, kształt twarzy… Obracam się za nią, szybki skan na nogi, figurę i… Jeśli to nie była Anja Rubik to przysięgam, że ta kobieta była naprawdę bardzo bardzo bardzo łudząco do niej podobna!

Nie pobiegłam za nią, spokojnie 😉 Idę do Galerii. Muszę przyznać, że fajne miejsce. Restauracje, kawiarnie, sklepy z biżuterią, wyrobami ze srebra oraz odzieżą haute couture (dla tych nieobeznanych – zdecydowanie nie dla masowej klienteli ;)), czyli Prada i Louis Vuitton, a wisienką na torcie w tym ekstrawaganckim miszmaszu jest… McDonald’s. Restauracja dla mas. Złote łuki w najbardziej eleganckiej galerii Italii. Jestem w lekkim szoku, zaiste.

Prada i Louis Vuitton w V.E.II

Z galerii wychodzę na plac teatru La Scala. Spodziewam się jakiejś powalającej budowli, wbijającej w ziemię swoimi detalami fasady, ale trochę się rozczarowuję. La Scala z zewnątrz zupełnie nie zachwyca. Szczerze mówiąc przez pierwsze 10 minut nawet nie jestem pewna czy faktycznie patrzę na La Scalę, więc obchodzę dookoła plac i ją samą szukając czegoś, co spełni moje oczekiwania. Na próżno. Pewnie gdyby nie napisy i repertuar wywieszony przy wejściu do budynku, nawet nie widziałabym, że patrzę na jedną z najsłynniejszych oper na świecie. Paryż, Wiedeń, Lwów – tam są dopiero gmachy operowe! A w Mediolanie? Takie byle co.

Chcę wejść do środka, jednak jest już trochę późno, a godziny zwiedzania są ograniczone, więc odkładam obejrzenie sceny na jutro.

Padać nie przestaje, a ja mam dość łażenia po ulicach (moje spodnie też). Dobrze, że chociaż kurtka jest nieprzemakalna i noszę pod nią zarówno plecak jak i aparat. Wyglądam przy tym trochę jakbym miała garba i z przodu, i z tyłu, ale przynajmniej nic nie moknie. [Innym plusem noszenia plecaka lub torebki pod kurtką jest to, że nikt nic z nich nie ukradnie.]

Zastanawiam się gdzie by tu jeszcze pójść, żeby pobyć w suchym ciepełku i do głowy przychodzi mi Pinacoteca di Brera, czyli największa galeria obrazów w Mediolanie (z greki pinakotheke i łaciny pinacotheca – galeria obrazów). Są tu dzieła mojego ulubionego Caravaggia, a dodatkowo Canaletta i Rafaela, czyli artystyczna śmietanka, więc zaczynam się poważnie zastanawiać czy nie zajrzeć do środka. Początkowo zupełnie tego nie planowałam, bo wstęp kosztuje ok. 15 euro (nie cierpię płatnych muzeów!!!), ale pogoda zupełnie nie sprzyja zwiedzaniu miasta. Na mapie szukam najszybszej drogi do muzeum, naciągam kaptur na oczy i ruszam przed siebie. Tylko szybko, bez żadnego zwiedzania po drodze! Mam już dość tego deszczu!

Oczywiście moja mapa jest prowizoryczna, skserowana z Lonely Planet i nie zawiera wszystkich nazw ulic. Nie byłabym też sobą, gdybym się nie zgubiła, więc aby tradycji stało się zadość gubię się z przyjemnością wśród uliczek dzielnicy Brera, która wręcz pęka w szwach od firmowych sklepów. Dior, Mont Blanc, Versace, Chanel, Lacroix, znowu Dior, Prada, o jakiś sklep z okularami… firmowymi (oprawki Paco Rabanne tylko 349 euro, ktoś zainteresowany?), Valentino, znowu Chanel, naprawdę daleko jeszcze ta cholerna Pinacoteca?!

Wreszcie udaje mi się do niej dotrzeć, jak się okazuje krążyłam wokół niej. Z radością wkraczam na dziedziniec, gdzie jest grupka studentów (znajduje się też tutaj biblioteka i akademia sztuk pięknych), którzy jakoś dziwnie na mnie patrzą. Obchodzę dziedziniec dookoła przemykając pod arkadami, dochodzę do wejścia do muzeum i… zamknięte! No tak, poniedziałek! 99,9% muzeów na świecie zamknięte jest w poniedziałek. Jak można o tym zapomnieć będąc pilotem wycieczek?! [Odpowiedź: tak samo jak można się zgubić z mapą w ręku… :P]

dziedziniec Pinacoteki

Jeszcze niedaleko jest zamek Sforzów, więc zmierzam w jego stronę. Już mi jest wszystko jedno czy pada, czy nie pada. I tak nie zamierzam wchodzić do środka, tylko rzucić okiem na dziedziniec, a nie będę się tu specjalnie wracać. Na szczęście po drodze deszcz ustaje. Zamek zupełnie mnie nie zachwyca, a ponieważ jestem trochę zmęczona deszczem i łażeniem, postanawiam zrobić sobie przerwę w… Macu 😀 Tak, wiem okropność (co poradzić, że uzależniająca?). Ale mam jeszcze kilka swoich kanapek, więc idę tylko na kawę 😉

A w tym deszcz przechodzi całkowicie, nawet pokazuje się słońce. Nie ma lepszego momentu, żeby wejść na dach katedry. Chyba gwóźdź programu w Mediolanie! Kupuję więc bilet na dach, wchodzę schodami (żołnierze pilnujący wejścia zachowują się jakby nigdy nie widzieli blondynki :D) i stwierdzam, że TEGO właśnie szukałam w tym mieście!

Uwielbiam widoki z góry, uwielbiam, kiedy niebo przybiera różne barwy, uwielbiam być otoczona sztuką. A dach katedry to sztuka sama w sobie – gargulce, rzeźby, sterczyny, łuki… Do tego wszystko wyczyszczone, widać każdy detal. A jeszcze ten widok na miasto! Oglądam z każdej strony, ale to, co najbardziej mnie zachwyca i nie ukrywam, że właśnie na to czekałam, to widok Alp.

widok z dachu

Tak więc cała kwintesencja Mediolanu dla mnie zebrała się w jednym miejscu – w Duomo. Chętnie wrócę tu jeszcze raz tylko po to, żeby znowu spojrzeć na Alpy. Zdjęć mam z tego miejsca sporo, podzielę się nimi z wami następnym razem, żeby teraz was nie zasypywać 😉

Alpy nad Milano

Z moim couchsurferem jestem umówiona po godzinie 20, więc jeszcze idę pooglądać miasto wieczorem, kiedy zapalają się wszystkie światła. Zdecydowanie Mediolan mnie nie zachwycił, spodziewałam się czegoś lepszego, ale mimo to czuję, że chcę tu wrócić. Nie wiem czemu, to miejsce ma jakiś magnez, który mnie przyciąga.

Piazza del Duomo

Następnego dnia pogoda jest cudowna i postanawiam, że jeszcze dam szansę temu miastu, a do Genui pojadę wieczorem. Tym razem spacer po centrum Mediolanu jest przyjemnością. Ulice wreszcie zaczynają żyć – a to ktoś na czymś gra, ktoś inny żongluje, a ktoś inny kradnie. Uwielbiam starówki. Minusem oczywiście jest to, że jest więcej turystów z Azji Wschodniej oraz więcej biznesmenów z Afryki, którzy parasole zostawili w domu, a w taką pogodę jak dziś sprzedają wszystko inne – od okularów począwszy na biżuterii z kordonka skończywszy.

Swój dzień oczywiście rozpoczynam od śniadania… w Macu. A gdzieżby indziej? Nic nie smakuje lepiej niż kawa i crossaint pałaszowane z widokiem na Pradę! 😀

Diabeł je naprzeciwko Prady 😛

To, że Prada jeszcze o tej porze była zamknięta to inny szczegół 😉

Swoją drogą jakby ktoś z was chciał się poczuć tak samo jak ja w tym momencie i już pakuje walizki z zamiarem wypicia kawy patrząc na Pradę to muszę was zmartwić. Jestem świadkiem historycznej chwili – dziś, po 20-stu latach, McDonald’s w Galerii Vittorio Emanuele II zostaje zamknięty. Przykro mi bardzo, to zbyt wyszukane miejsce dla takiej motłochowej restauracji. W tym miejscu podobno Prada ma mieć swój drugi sklep. Cóż, miałam przynajmniej okazję poczuć się prawie jak Audrey Hepburn w roli Holly Golightly, która ze swoim crossaintem stawała przed witryną Tiffany’ego marząc o zjedzeniu tam śniadania. Dobra, przyznaję – przykład trochę przejaskrawiony 😀 Ale to mi się właśnie skojarzyło 😀

Wychodzę z Galerii do La Scali. Na placu przed teatrem stoi pomnik mistrza renesansu – Leonarda da Vinci. W Mediolanie można obejrzeć oczywiście fresk Ostatnia Wieczerza, ale bilet należy kupić co najmniej 2 miesiące wcześniej, a do tego kosztuje ponad 100 pln. Nie wiem dokładnie ile euro, ale kiedy kupowałam bilet na dach katedry na wtorek ciągle jeszcze były dwa miejsca. Obejrzenie fresku, zamku i krótki spacer po mieście dla jednej osoby – bagatela 50 euro. Sorry, Leo. Innym razem.

mistrzu!

Dobrze jest być studentem. Dostaję zniżkę na wejście do La Scali, całe 2 euro mniej (będzie na kawę :D). Wchodzę po schodach, czytam rozwieszone na ścianach plakaty, a tam La Traviata, Carmen, Don Giovanni, Aida, Czarodziejski flet, Tristan i Izolda, Wesele Figara, Rigoletto, a do tego mnóstwo innych… Pieję z zachwytu! W momencie wejścia do foyer, a następnie przejścia do loży wiem już, że mogę dopisać kolejne marzenie do swojej Listy Rzeczy, Które Chcę Zrobić Przed Śmiercią (a uwierzcie, że już jest długa) – muszę zobaczyć jakiś spektakl w La Scali. Ogromna scena, 6 pięter loży, wielka orkiestra… Najtańszy bilet na balet – 16 euro, na operę – 22 euro. Najdroższy? Analogicznie – 115 i 187 euro. A kiedy loty z Modlina do Mediolanu są tak tanie, to szkoda przegapić okazję!

Zwiedzam jeszcze muzeum, gdzie trzymane są katarynki z XVIII, XIX i XX wieku. Kustosz woła mnie i 3 Japonki do siebie i po kolei nakręca każdą z katarynek. Miło posłuchać muzyki z pudełka, które grało komuś 100 lub 200 lat temu, więc swoją euforię wyrażam przyjaznym uśmiechem. Cóż, Japonki są bardziej ekspresyjne ode mnie i za każdym razem kiedy figurki w katarynkach pokracznie grają na instrumentach lub tańczą, te ochoczo klaszczą, podskakują i śmieją się radośnie. Jakie to kawaii (jap. słodkie, urocze).

Po wyjściu z La Scali przechodzę przez Galerię w stronę katedry i czuję, że ktoś za mną idzie. Oglądam się, a tam jakiś młody facet z garniturze o coś mnie pyta. Wyjmuję słuchawki i mówię, że nie znam włoskiego, a ten zagaduje po angielsku. Nie nachalnie, tylko przyjaźnie, pyta mnie co tu robię, bla bla bla, taka tam krótka rozmowa o Mediolanie. Mam wrażenie, że nie jest sam, więc przestępuję z nogi na nogę, bujam się na boki, obracam głową co chwilę, żeby upewnić się czy ktoś nie majstruje przy moim plecaku (zręczny złodziej tak potrafi okraść, że nawet nie poczujesz), ale nic podejrzanego się nie dzieje. Może nie każdy, kto zagaduje na ulicy ma złe intencje? Po miłej pogawędce czas się pożegnać, więc wyciągam do niego rękę, ten odwzajemnia uścisk, nagle przyciąga mnie do siebie i próbuje pocałować!
– Ciaooooooo – odpycham go i szybko odchodzę wtapiając się w tłum. Przyznaję, że facet całkowicie uśpił moją czujność!

Jeszcze lekko zszokowana chcę opuścić starówkę i udać się do jednego z pobliskich parków, a tu podchodzi do mnie jeden z czarnoskórych biznesmenów i zawiązuje mi na nadgarstku kordonkową bransoletkę:
– Hej, hej, jak się masz? Skąd jesteś? Ja jestem z Senegalu…
– Nie chcę tego – cedzę przez zęby.
– … wiesz, gdzie jest Senegal?
– Wiem, między Gwineą i Mauretanią, możesz to zdjąć?
– O, bardzo ładnie! Senegal nie jest duży, a ty skąd jesteś?
– Posłuchaj. Nie chcę tej bransoletki.
– To prezent. Masz chłopaka?
– Mam.
– To prezent też dla niego – wręcza mi kolejną.
Patrzę na niego najzimniejszym wzrokiem na jaki tylko potrafię się zdobyć i nie odzywam się. Senegalczyk czeka z uśmiechem, ale ja wciąż pozostaję nieugięta. Wreszcie mówi:
– Za to mniej niż 1000 dolarów.
– Mniej niż 1000 dolarów? – powtarzam.
– Tak.
Wkładam rękę do kieszeni i wyciągam z niej wszystkie monety jakie mam przy sobie. W sumie będzie tego z 8 euro. Rozkładam je na dłoni, niespiesznie przeglądam, zerkam na jego pełną nadziei minę, odkładam na bok na te większe o nominale powyżej 50 centów :P, w końcu wręczam mu 15 centów.
– Tylko tyle? – pyta zawiedziony i trochę zły.
– Tak, tylko tyle. Nie chciałam tych bransoletek, a ty nie słuchałeś. Poza tym prezenty są za darmo. Poza tym powiedziałeś “mniej niż 1000 dolarów”. 15 centów to MNIEJ niż 1000 dolarów.
Odwróciłam się na pięcie i wkurzona odeszłam. Nienawidzę ulicznych biznesmenów.

Resztę dnia spędziłam w parku wylegując się w słońcu na trawie. Tam przynajmniej nikt nie chciał mi nic sprzedać.

Swoją drogą nie wiem czy lepszy pusty Mediolan w deszczu, czy w słońcu zalany tłumem turystów i naciągaczy. Samo miasto też myślałam, że powali na kolana. Oprócz katedry nic mnie nie zachwyciło. Milano, troszkę się na tobie zawiodłam, caro mio.

gdzieś w dzielnicy Brera

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge