Azaran – Ptak Tysiąca Treli (baśń ormiańska)

Seria pod tytułem Baśnie Narodów ZSRR wydana została w 5 tomach przez wydawnictwo Reduga z Moskwy. W Polsce ukazała się w 1988 roku nakładem wydawnictwa TPPR Współpraca z Warszawy. Baśń ormiańska Azaran – Ptak Tysiąca Treli pochodzi ze zbioru Baśnie Narodów Republik Zakaukaskich; adaptacji dokonał Jakow Chaczatrianc, zilustrował Feliks Giulanian. Z rosyjskiego przełożył Waldemar Gajewski.

Prawa autorskie nie należą do mnie, ale do wyżej wymienionych osób. Pozwoliłam sobie udostępnić tekst, ponieważ książki z serii “Baśnie Narodów ZSRR” są już niedostępne na rynku, a szkoda, żeby odeszły w zapomnienie. Mojego autorstwa są tylko zdjęcia książkowych ilustracji. Jeszcze raz podkreślam, że niczego sobie nie przywłaszczam, jedynie dzielę się pięknymi baśniami, na których się wychowałam, i częścią ormiańskiego folkloru, który w Polsce jest prawie nieznany.

Dawno temu żył sobie pewien car.  Miał on trzech synów: dwóch z nich było mądrych, a trzeci – głupi. Głupca nazwano Alo-Dyno. Miał też car przepiękny ogród, zaś w ogrodzie cudowną jabłoń, która rodziła tylko trzy jabłka.

Jednego razu przyszedł do ogrodu żebrak i prosi ogrodnika:
– Daj mi jedno z tych jabłek.
– Nie – kręci głową ogrodnik – nie wolno ich ruszać. Jedynie car ma prawo zerwać te jabłka.
Żebrak rozzłościł się i przeklął ogród. Wszystkie drzewa natychmiast uschły.
– Cóżeś uczynił, zły człowieku? – przeraził się ogrodnik. – Czy nasz ogród nigdy już nie zakwitnie?
– Ogród będzie martwy dopóty, dopóki nie zdobędziecie Azarana – Ptaka Tysiąca Treli.

Niebawem zjawił się car i zobaczywszy uschnięte drzewa jął ganić ogrodnika. Wówczas ogrodnik opowiedział mu o wędrownym żebraku.
– Co teraz będzie? – wykrzyknął car. – Kto zdobędzie cudownego ptaka Azarana?
Usłyszał to jego najstarszy syn i powiada:
– Ojczulku, ja zdobędę tego ptaka.
Po nim odezwał się średni syn:
– Ojczulku, ja zdobędę cudownego Ptaka Tysiąca Treli!
– Jedźcie po ptaka obaj – zdecydował ojciec.
Dosiedli obaj bracia wierzchowców i wyruszyli w drogę.

Tymczasem najmłodszy z braci, Alo-Dyno, gdzieś się wałęsał. Ledwie wrócił – patrzy: nie ma braci. Pyta więc matkę:
– Gdzie są moi bracia?
– Oj, głuptasku – odpowiada matka – o niczym nie wiesz. Przecież twoi bracia pojechali po Azarana – Ptaka Tysiąca Treli.
Niewiele myśląc Alo-Dyno pobiegł do stajennego.
– Wybierz mi dobrego rumaka – rzekł – wyruszam w daleką drogę.
– Oto konie – wskazał stajenny – wybieraj sobie jakiego chcesz.
Alo-Dyno zaczął wybierać dla siebie wierzchowca. Ale zaledwie któregoś dotknie, ten zaraz przysiada pod ciężarem jego dłoni. Wyszedł Alo-Dyno ze stajni i zobaczył u wrót wyleniałego, brudnego źrebaka, o którego nikt się nie troszczył. Poklepał źrebaka po karku, a źrebak – o dziwo – wytrzymał. Kazał tedy stajennemu kąpać źrebaka trzy razy dziennie i karmić go rodzynkami – co godzinę dawać mu pud rodzynków.

Po trzech dniach najmłodszy z braci dosiadł już swojego konia i ruszył w drogę. Wkrótce dogonił braci.
Na widok głupca najstarszy brat rozzłościł się.
– Czego się nas uczepiłeś? Chcesz okryć hańbą nasze imię? – krzyknął i uderzył Alo-Dyna.
Wtedy wtrącił się średni brat:
– Dość tego, po co go bijesz. Niech jedzie z nami – będzie nam usługiwał.
I cała trójka ruszyła w dalszą drogę. Jechali tak długo, aż dojechali do miejsca, gdzie droga rozchodziła się w trzy strony świata. Siedział tam staruszek.
– Witaj, dziadku! – pozdrowili go bracia.
– Witajcie, carewicze!
– Dokąd prowadzą te drogi? – pyta najstarszy brat.
– Pierwsza prowadzi do Tbilisi, druga – do Erywania, a trzecia to zła droga. Kto nią pojedzie, ten nigdy nie wróci – odparł starzec. – Taką też nosi nazwę: Gedan giałmaz – co znaczy “Kto pójdzie – nie wróci”.
– Jedźcie obaj bezpiecznymi drogami – rzekł najmłodszy brat – ja pojadę Gedan giałmaz.
– Niech jedzie, nareszcie pozbędziemy się głupca – zdecydował najstarszy brat.
Wiele nieszczęść spotkało starszych braci. Ratując się przed głodem sprzedali wierzchowce i odzież, wreszcie najęli się do pracy u właściciela łaźni. Jeden został palaczem, a drugi łaziebnym.

Tymczasem Alo-Dyno pojechał drogą Gedan giałmaz. Nie wiadomo, jak długo jechał, aż dotarł do Czerwonego Kraju. I drzewa, i kamienie, i ziemia – wszystko tu było czerwone. Raptem koń Alo-Dyna przemówił ludzkim głosem:
– Czy wiesz przynajmniej, gdzie trafiliśmy? To ziemia trójgłowego Czerwonego Dewa. [dew – baśniowy stwór, pół-człowiek, pół-zwierz]

Pod wieczór Alo-Dyno dojechał do domu Czerwonego Dewa. U wrót stała kobieta. Zobaczywszy młodzieńca użaliła się nad nim:
– Chodź tu, chłopcze, ukryję cię przed mężem!
– Wielkie rzeczy – odparł Alo-Dyno – lepiej daj mi jeść, głodnym okrutnie!
Żona dewa przyniosła trzy wielkie półmiski jadła.
– I to ma być posiłek? Tylkoś apetyt mi podrażniła! Przecież powiedziałem wyraźnie: daj mi jeść!
– Jeśli ci mało, wyjdź na podwórze, tam stoi obiad przygotowany dla dewa. Jedz, ile dusza zapragnie!
Alo-Dyno wyszedł na podwórze i widzi: stoi ogromny kocioł pełny pilawu [potrawa z gotowanego ryżu i mięsa], obok dwa pieczone byki. Młodzieniec za jednym zamachem zjadł ryż i obydwa byki.
Żona dewa znów użaliła się nad nim:
– Zginiesz niechybnie, chłopcze, szkoda mi ciebie. Chodź lepiej, to cię ukryję!
– Nie boję się twojego dewa! – rzekł Alo-Dyno. – Przyszedłem stawić mu czoła.
Nagle dom zadrżał w posadach.
– Dlaczego dom się chwieje? – pyta młodzieniec.
– To dew nadchodzi – odpowiada kobieta.
Dew był coraz bliżej – gnał przed sobą stado wilków, lisów i innych zwierząt. Zapędziwszy je do zagrody, stanął w progu, a gry ujrzał Alo-Dyna, rzekł:
– Witaj, Alo-Dynie!
– Skąd znasz moje imię? – zdziwił się młodzieniec.
– Akurat tego dnia, kiedyś się urodził, buszowałem po górach; wszystkie kamienie, drzewa i trawy obwieściły twoje przyjście na świat. Myślę więc, że to ty jesteś Alo-Dyno, bowiem nikt inny nie ośmieliłby się przestąpić progu mego domu.
To powiedziawszy, dew mówi do żony:
– Daj mi jeść!
– Twój obiad zjadł ten młodzieniec – odparła kobieta – nic ci nie zostawił.
Dew nie odpowiedział ani słowa, wyszedł, zarżnął dwa wilki, a jego żona przygotowała obiad i wszyscy posilili się. Dew spostrzegł, że Alo-Dyno nie wyrzuca kości, lecz zjada je wraz z mięsem. Po obiedzie dew mówi do swego gościa:
– Czy będziemy walczyć teraz, czy też odłożymy pojedynek do jutra rana?
– Jak chcesz, ja w każdej chwili jestem gotów.
Nazajutrz dew i Alo-Dyno wstali skoro świt. Każdy ujął w dłoń maczugę.
Rzecze Alo-Dyno:
– Ty zacznij pierwszy – jesteś gospodarzem!
– Uwaga, rzucam! – odpowiada dew.
W tejże chwili rumak Alo-Dyna szepnął swemu panu:
– Kiedy dew zamachnie się – smagniesz mnie batem, podskoczę i maczuga dewa nas nie dosięgnie.
Tak też uczynili. Trzy razy rzucał dew swą maczugą – na próżno!
– Teraz moja kolej – mówi Alo-Dyno, po czym natarł na dewa i jednym uderzeniem maczugi zrąbał mu wszystkie trzy głowy. To uczyniwszy poodcinał martwemu dewowi nosy i wargi, schował je do churdżynu [rodzaj torby] i poszedł do żony Czerwonego Dewa.
– Witaj mi, bratowo! – mówi do niej.
– Nie bratową twoją chcę być, lecz żoną.
– Nie mogę się z tobą ożenić – odpowiada Alo-Dyno. – Ty będziesz żoną mego najstarszego brata.

Po trzech dniach młodzieniec postanowił wyruszyć w dalszą drogę.
– Dokąd zamierzasz teraz jechać? – pyta żona dewa.
– Jadę po Azarana – Ptaka Tysiąca Treli!
– Zaklinam cię, nie jedź! To bardzo niebezpieczna droga, czeka cię niechybna śmierć!
– Jednak muszę.

Wkrótce Alo-Dyno przybył do kraju, gdzie wszystko dookoła – i ziemia, i drzewa, i kamienie – było białe.
– To kraj Białego Dewa – rzekł rumak. – Wieczorem pójdziemy do niego w gości. Wiedz jednak, że Biały Dew to nie to samo co Czerwony – jest siedmiogłowy!
– To nic – odpowiada Alo-Dyno – odetnę mu wszystkie siedem głów.
Wieczorem podjechali pod dom Białego Dewa, ale drzwi zastali zamknięte. Wówczas młodzieniec głośno zawołał:
– Hej, jest tam kto?
Na te słowa drzwi otworzyła żona dewa i poleciła Alo-Dynowi odprowadzić konia do stajni. Młodzieniec odprowadził rumaka, po czym wszedł do komnat dewa i poprosił jego żonę o posiłek. Po chwili kobieta przyniosła pięć wielkich półmisków pilawu.
– I to ma być posiłek? Mówię jeszcze raz: daj jeść! – powtórzył Alo-Dyno.
Na to żona dewa:
– Oto stół dewa, proszę, najedz się do syta.
Na stole dewa stał ogromny kocioł pełny pilawu i trzy pieczone byki. Młodzieniec w mig uporał się i z pilawem, i z trzema bykami. Nagle dom zadrżał w posadach.
– To nadchodzi dew. Chodź ze mną, to cię ukryję – mówi żona dewa.
– Nie trzeba, przecież do niego właśnie przyszedłem.
Wkrótce ukazał się sam dew. Gnał przed sobą wiele wszelakiego zwierza: lwy, wilki, niedźwiedzie. Zapędził je do zagrody, wszedł do swych komnat i ujrzawszy Alo-Dyna wyciągnął doń rękę:
– Witaj, Alo-Dynie!
– Skąd znasz moje imię?
– Kiedy się urodziłeś, wszystkie góry, skały, drzewa i trawy oznajmiły mi, żeś przyszedł na świat. Ty jesteś Alo-Dyno, ponieważ nikt inny nie odważyłby się zajrzeć tutaj.
Dew poprosił żonę o posiłek. Ta odparła, że gość zjadł cały jego obiad.
– No dobrze – odpowiedział dew – przygotujemy obiad raz jeszcze z nowej zdobyczy.
Wkrótce podano obiad. Dew spostrzegł, że gość zjada mięso wraz z kośćmi.
– Czy będziemy walczyć teraz? – pyta dew po posiłku.
– Twoja wola – jam zawsze gotów! – odrzekł Alo-Dyno.
– Lepiej odłóżmy pojedynek do jutra – postanowił dew. – Mamy taki zwyczaj: wieczorem gościa ugościć, a rano z nim walczyć!
Wczesnym rankiem Alo-Dyno zbudził się i zawołał:
– Hej, wstawaj, pora nam walczyć!
Dew wstał, wziął maczugę i wyszedł na pole.
Gdy młodzieniec dosiadł rumaka, ten szepnął do niego:
– Smagnij mnie batem – ja wtedy podskoczę i maczuga dewa nas nie dosięgnie.
– Rzucaj! – ryknął dew.
– Ty rzucaj pierwszy! – zawołał Alo-Dyno – ty jesteś gospodarzem!
– Uwaga, rzucam!
Po trzykroć dew zamachnął się maczugą, wreszcie rzucił. Ale rumak Alo-Dyna zdążył w porę podskoczyć i maczuga ze świstem przeleciała pod jego brzuchem, nie drasnąwszy ani konia, ani jeźdźca, po czym uderzyła o ziemię. Podniosła się wielka chmura pyłu, przysłoniła rumaka i młodzieńca. Dew pomyślał, że jego przeciwnik został zabity.
– Hej, Alo-Dynie, gdzie jesteś? Chcę cię powąchać, zanim cię zjem.
– Spokojna głowa, jestem tutaj! Teraz ty uważaj! – odpowiedział młodzieniec i spiąwszy konia ostrogami, zaatakował dewa.
Jednym ciosem odrąbał dewowi wszystkie siedem głów. Potem zsiadł z konia, poodcinał martwemu potworowi wargi i nosy, schował do churdżynu i wrócił do siedziby dewa.
– Mój drogi – ozwała się żona dewa – jak to dobrze, że go zabiłeś! Weź mnie za żonę!
– Nie, ty będziesz żoną mego średniego brata – odparł Alo-Dyno i począł szykować się do drogi.
– Dokąd jedziesz, mój miły? – pyta żona dewa.
– Po Azarana – Ptaka Tysiąca Treli.
– Ależ ty go nigdy nie zdobędziesz! – wykrzyknęła.
– Cokolwiek się stanie – muszę go zdobyć – rzekł młodzieniec i ruszył w dalszą drogę.

A kiedy trafił w końcu do kraju Czarnego Dewa, jego rumak znowu przemówił:
– Oto kraj czterdziestogłowego Czarnego Dewa. Rozejrzyj się dookoła – wszystko tu jest czarne: ziemia i kamienie, drzewa i trawy.
Wchodzi Alo-Dyno do domu Czarnego Dewa, a tam stoi ogromny kocioł pilawu, na wierzchu zaś leżą jeszcze cztery pieczone byki. Młodzieniec w czterech kęsach pochłonął wszystek pilaw, za jednym zamachem połknął cztery byki, otarł usta i poszedł do komnat Czarnego Dewa.
Pod wieczór dom zadrżał w posadach. To dew nadchodził ze zdobyczą. Kiedy potwór zauważył gościa, podszedł doń i rzekł:
– Witaj, Alo-Dynie!
– Skąd mnie znasz?
– Skały i góry, drzewa i trawy obwieściły o twych narodzinach – odparł dew, po czym zwrócił się do żony prosząc o jadło.
– Twój obiad zjadł Alo-Dyno – odpowiedziała żona.
– Nie szkodzi, przygotuj obiad z nowej zdobyczy.
Po obiedzie wszyscy poszli spać. Skoro świt przeciwnicy wstali i rozpoczęła się walka. Trzy dni i trzy noce trwał pojedynek, ale w żaden sposób jeden drugiego nie mógł pokonać. Koniec końców Czarny Dew padł martwy, Alo-Dyno poodcinał mu wszystkie nosy i wargi, schował do churdżynu i wrócił do komnat, gdzie powitała go uradowana żona dewa.
– Weź mnie za żonę – powiada.
– Dobrze – odparł Alo-Dyno i zamyślił się.
– O czym tak myślisz?
– Nasz ogród usechł – odpowiada młodzieniec. – Pojechałem zdobyć Azarana – Ptaka Tysiąca Treli, a tkwię tutaj bezczynnie.
– Zdobyć cudownego Ptaka Tysiąca Treli – to nieprosta sprawa – odpowiada żona dewa. – Car Aram jest jego panem. Już czterdziesty dzień mija jak car śpi. Gdy wstanie – zabije nawet czterdziestu takich zuchów jak ty.
– A jednak pojadę po tego ptaka – odparł Alo-Dyno. – A kiedy wrócę, ożenię się z tobą.
Pożegnał się i wyruszył w drogę.

Kiedy dojechał do brzegu morza, rzecze doń rumak:
– Nie jestem morskim koniem i nie potrafię przeprawiać się przez morze.
Alo-Dyno zsiadł z konia, ułożył głowę na kamieniu i zasnął. Nagle słyszy we śnie jakiś głos: “Alo-Dynie! Pod kamieniem, na którym śpisz, zakopano trzy uzdy morskich koni. Dwiema uzdami przepasz się, a trzecią zanurz w morzu”. Alo-Dyno wstał i podniósł kamień: w rzeczy samej znalazł tam trzy uzdy. Dwiema uzdami się przepasał, zaś koniec trzeciej uzdy rzucił w morze. W tejże chwili zjawił się morski koń i już-już chciał pożreć śmiałka, lecz Alo-Dyno był szybszy – chwycił konia za grzywę i wskoczył nań. Wówczas koń ozwał się ludzkim głosem:
– Powiedz czego chcesz – spełnię każde twoje życzenie.
– Chcę Azarana – Ptaka Tysiąca Treli.
– Nie mogę go zdobyć, ale przeniosę cię przez morze na wyspę: mieszka tam moja starsza siostra – ona zdobędzie dla ciebie cudownego ptaka.
To rzekłszy morski koń popłynął z Alo-Dynem na wyspę. Ale tu młodzieniec zapomniał zdjąć uzdę i koń umknął z nią do morza.
– Ach, co ja teraz pocznę? – wykrzyknął. – Koń umknął z uzdą!
Długo błądził zmartwiony Alo-Dyno po wyspie.
Raptem przypadkowo dotknął pasa, przypomniał sobie, że przepasany jest jeszcze dwiema uzdami i uradował się.
Zdjął z pasa jedną uzdę i rzucił jej koniec do morza. W tejże chwili z wody wyskoczyła morska klacz i już chciała połknąć Alo-Dyna, lecz ten w okamgnieniu na nią wskoczył.
– Mów, czego chcesz – ozwała się klacz – wszystko spełnię.
– Chcę Azarana – Ptaka Tysiąca Treli – odparł młodzieniec.
– To bardzo trudna sprawa – mówi klacz. – Klatka z cudownym ptakiem wisi w oknie pałacu cara Arama, pałac zaś stoi nad samym morzem. Jeżeli potrafisz tak smagnąć mnie batem, żeby drgnęło we mnie wszystkich trzysta sześćdziesiąt żył, wówczas wzlecę na wysokość pałacowego okna, a ty wyciągniesz rękę i chwycisz klatkę z ptakiem. Ale pamiętaj: jeżeli nie chwycisz jej w porę – oboje spadniemy i zginiemy.
– Dobrze – skinął głową Alo-Dyno i tak mocno smagnął klacz, że zadrżało jej wszystkich trzysta sześćdziesiąt żył.
Klacz sprężyła się do skoku i doleciała do samego okna. Wówczas Alo-Dyno wyciągnął rękę i chwycił klatkę z cudownym ptakiem. Gdy opadli na ziemię, klacz rzekła:
– A teraz puść mnie wolno.
Młodzieniec wypuścił klacz i wyruszył w powrotną drogę. Odnalazł swego rumaka i wraz z cudownym Ptakiem Tysiąca Treli przybył do kraju Czarnego Dewa. Powitał swoją przyszłą żonę i zwrócił się do ptaka:
– Mój drogi Azaranie! Zaśpiewaj! Tysiącem treli obudź do życia te czarne góry – niech zaraz pokryją się zielenią!
Cudowny ptak zaśpiewał i czarne góry pokryły się bujną zielenią. Narzeczona Alo-Dyna była wprost olśniona niezwykłym darem ptaka.

A potem Alo-Dyno z narzeczoną zabrali wszystkie skarby Czarnego Dewa i podążyli do kraju Białego Dewa. Stamtąd również zabrali skarby dewa i jego żonę, dosiedli rumaków i pomknęli do kraju Czerwonego Dewa. Stamtąd – tak jak poprzednio – zabrali skarby dewa i jego żonę i przyjechali do starca, który wciąż siedział na rozstaju dróg, gdzie niegdyś pożegnali się bracia.
– Witaj, dziadku! – rzekł Alo-Dyno. – Czy wrócili moi bracia?
– Nie, carewiczu, nikogo nie widziałem – odparł starzec.
– Jeśli tak, zostawię ci te kobiety i ptaka, a sam pojadę szukać braci.
Szuka Alo-Dyno swych braci w różnych miastach, lecz nigdzie nie może ich znaleźć. W pewnym mieście zaproszono go w gości. Pyta młodzieniec gospodarza:
– W jaki sposób mogę odnaleźć w waszym mieście przybyszów z obcych stron?
– Pójdź rano na bazar – poradził gospodarz. – Powiedz, że chcesz urządzić poczęstunek dla wędrowców. Gdy przybysze dowiedzą się o tym, zbiegną się, ty zaś bez trudu znajdziesz tych, których szukasz.
Wczesnym rankiem Alo-Dyno kupił siedem byków, kazał je zarżnąć i przygotować rozmaite potrawy, a potem uderzył w dzwony.
Usłyszawszy bicie dzwonów, bracia Alo-Dyna, z których jeden był palaczem, a drugi łaziebnym w tym mieście, pytają gospodarza, dlaczego biją dzwony.
– To zwołują wędrowców na poczęstunek – odparł właściciel łaźni.
Bracia poprosili, aby ich zwolniono. Na bazarze zebrali się wszyscy, którzy przybyli do miasta z obcych stron.
Gdy Alo-Dyno zobaczył w tłumie braci, zbliżył się, poczęstował ich winem i mięsem, po czym zapytał:
– Czy poznajecie mnie?
– Nie – odrzekli bracia.
– Co robicie w tym mieście?
– Pracujemy w łaźni: jeden z nas jest palaczem, a drugi łaziebnym.
Alo-Dyno udał się z braćmi do właściciela łaźni i rzecze:
– Rozlicz się z nimi – biorę ich ze sobą.
– A kim są dla ciebie?
– To moi bracia.
Wówczas najstarszy brat rzekł:
– Nie znamy cię. Kim jesteś?
– Ech, wy gamonie! Jestem Alo-Dyno, wasz brat!
– Jeśliś naprawdę nasz brat – mówi najstarszy z braci – to powiedz, w jakim celu wybraliśmy się w drogę?
– Po Azarana – Ptaka Tysiąca Treli. Już zdobyłem go.
– Gdzie go masz?
– U tamtego starca, na rozstaju dróg – jedźmy, pokażę wam.
Kupił Alo-Dyno braciom nowe ubrania, przebrali się i wszyscy trzej ruszyli na rozstaje dróg.
Zobaczywszy obok starca trzy kobiety, bracia zapytali:
– A co to za kobiety?
– Ta – wskazał Alo-Dyno pierwszą – była żoną Czerwonego Dewa, którego zabiłem. – I na dowód tego wydobył z churdżynu i pokazał braciom wargi dewa. – Teraz będzie twoją żoną, najstarszy bracie. Ta – wskazał drugą kobietę – była żoną Białego Dewa, którego też zabiłem – oto jego wargi i nosy. Ona będzie twoją żoną – zwrócił się do średniego brata. – Zaś ta – wskazał trzecią kobietę – była żoną Czarnego Dewa, a teraz będzie moją żoną.
Wzięli bracia klatkę z cudownym ptakiem, dosiedli koni, każdy posadził w siodle swoją narzeczoną i pomknęli razem w powrotną drogę.

Długo jechali, wreszcie natknęli się w lesie na studnię.
– Alo-Dynie, wejdź do studni po wodę – proszą bracia – chce nam się pić!
Słysząc to narzeczona Alo-Dyna podeszła doń i szepcze:
– Nie słuchaj ich, nie schodź do studni – bracia chcą twej zguby.
– Nie – odparł Alo-Dyno – oni tylko chcą pić, wejdę więc do studni!
– Wobec tego weź moją rękawiczkę i pantofelek i dobrze je schowaj – powiedziała. – Gdyby zostawili cię w studni, zażądam tych przedmiotów  od cara. Jeśli zostaną znalezione i przyniesione do pałacu, będzie to znaczyło, że wydostałeś się z pułapki.
Ledwie Alo-Dyno wszedł do studni, bracia zabrali klatkę z cudownym ptakiem Azaranem, zabrali kobiety i jakby nigdy nic pojechali dalej. Kiedy zbliżyli się do swego miasta, posłali do cara gońca.
Car zwołał lud, wyszedł powitać synów i z wielkimi honorami wprowadził ich do pałacu. Pyta car:
– Co to za kobiety?
– Ta – rzekł najstarszy brat wskazując narzeczoną Alo-Dyna – to moja narzeczona, ta druga – to narzeczona twego średniego syna, a ta trzecia będzie naszą służebnicą.
– Panie, on kłamie – powiedziała narzeczona Alo-Dyna – wcale nie jestem jego narzeczoną.
– Widzę, moje dzieci, że są między wami niesnaski. Nie wiem, komu wierzyć, kto z was naprawdę zdobył Azarana – Ptaka Tysiąca Treli. A prawdziwym jego zdobywcą jest ten, którego cudowny ptak usłucha i przemówi.
– Przepuście mnie, ja poproszę go, aby zaśpiewał – mówi najstarszy syn i zwraca się do ptaka:
– Mój drogi Azaranie, zaśpiewaj – niech nasz ogród zakwitnie!
Ale z gardła cudownego ptaka Azarana nie wydobył się ani jeden dźwięk. Wtedy wystąpił średni syn.
– Azaranie, mój drogi – zaczął – zaśpiewaj, niech nasz ogród zakwitnie.
Lecz Ptak Tysiąca Treli milczał jak zaklęty.
Wszyscy zamyślili się głęboko, a ogród jak był, tak pozostał martwy.

Wróćmy tymczasem do Alo-Dyna.
Jak długo siedział w studni – nie wiadomo. Po pewnym czasie przejeżdżał tamtędy jakiś kupiec i kazał sługom nabrać ze studni wody.
Usłyszawszy ludzkie głosy, Alo-Dyno wykrzyknął:
– Dam wam tyle wody, ile chcecie! Pomóżcie mi tylko wydostać się stąd!
Ludzie opuścili do studni wiadro, nabrali tyle wody, ile potrzebowali, po czym w dziesięciu, a może piętnastu chłopa wyciągnęli młodzieńca ze studni.
Pyta kupiec Alo-Dyna, w jaki sposób dostał się do studni, a ten odpowiada:
– Jestem pielgrzymem. Akurat wędrowałem nocą. W ciemnościach nie zauważyłem studni i spadłem na dno.
– Dokąd zamierzasz iść?
– Do mego miasta rodzinnego – odparł Alo-Dyno.
Potem zjedli razem kolację i ułożyli się do snu. Tak minęła noc. O świcie ruszyli w dalszą drogę. Po przybyciu do miasta swego ojca Alo-Dyno zamieszkał u pewnego staruszka i został jego przybranym synem.

Pewnego razu staruszek zobaczył, jak słudzy cara chodzą po mieście i pokazując mieszkańcom rękawiczkę wołają:
– Syn cara żeni się! Kto potrafi uszyć taką drugą rękawiczkę dla jego narzeczonej?
Staruszek opowiedział młodzieńcowi o tym, co widział i słyszał.
Wówczas Alo-Dyno poszedł do mistrza krawieckiego i poprosił, aby ten przyjął go jako ucznia do swej pracowni. Krawiec nie poznał carskiego syna i przyjął go do siebie. Posłusznym był uczniem Alo-Dyno – dbał o porządek w pracowni i robił wszystko, co do niego należało.
Tymczasem wezyrowie i nazyrowie chodzili wciąż po pracowniach krawców pokazując rękawiczkę. Wstąpili także do mistrza, u którego pracował Alo-Dyno,  i zapytali, czy nie uszyłby takiej rękawiczki. Mistrz krawiecki odmówił. Wtedy wystąpił nowy uczeń i poradził mistrzowi przyjąć zamówienie:
– Ja potrafię uszyć taką rękawiczkę!
– Chyba oszalałeś! – oburzył się mistrz. – Dopiero zacząłeś naukę, a już chcesz się podjąć takiej roboty!
– Niech spróbuje – wtrącili się carscy dostojnicy. – Ale jeśli nie uszyje, car skróci go o głowę.
– Zgoda – odparł Alo-Dyno.
Mistrz przeraził się nie na żarty.
– Przepadniesz jak nic! Dwadzieścia lat pracuję i nie podjąłem się, a ty…
– Nie obawiaj się mistrzu! Jeżeli kupisz mi pięć pudów orzeszków – uszyję rękawiczkę!
Poszedł kupiec i kupił cztery pudy orzeszków.
– Dlaczego kupiłeś tylko cztery pudy? – pyta Alo-Dyno.
– Nie starczyło mi pieniędzy – odpowiada krawiec.
Aż do świtu Alo-Dyno gryzł orzeszki. Rano mistrz przychodzi do pracowni i cóż widzi: obok carskiej rękawiczki leży druga – kubek w kubek taka sama. Już krawiec wyciągnął rękę, żeby ją obejrzeć, gdy uczeń powstrzymał go:
– Nie dotykaj, mistrzu, bo zniszczysz!
Wkrótce zjawił się nazyr i wezyr.
– No jak, mistrzu, robota gotowa?
Krawiec oniemiał ze strachu i nic nie odpowiedział. Zaś nowy uczeń wystąpił naprzód i pokazał obie rękawiczki. Zdumieli się carscy dostojnicy.
– Chodźmy do cara, mistrzu – powiadają – już on ci dobrze zapłaci za robotę.
– Idź, mistrzu, weź wynagrodzenie – mówi Alo-Dyno.
– Nie, synku, nie pójdę, lepiej ty idź. A nuż robota się nie spodoba? Niech już lepiej car odrąbie głowę tobie, a nie mnie.
Alo-Dyno udał się do pałacu. Kiedy pokazano carowi rękawiczkę, władca rzekł:
– Nie znam się na tym – pokażcie narzeczonej.
Narzeczonej robota się spodobała i wypłaciła krawcowi trzysta rubli. A car dołożył od siebie jeszcze dwieście.
Uczeń wrócił do krawca i położył przed nim pieniądze:
– Masz, mistrzu, weź to!
Krawiec uradował się i schował pieniądze. Alo-Dyno zaś dodał:
– Jesteś złym człowiekiem, mistrzu.
– Dlaczego?
– Dlatego, że prosiłem cię o pięć pudów orzeszków, a ty kupiłeś tylko cztery. Nie zostanę u ciebie dłużej! – I odszedł do pracowni szewskiej.
– Mistrzu – zwrócił się do szewca – jestem sierotą, nie mam nikogo – ulituj się nade mną, naucz mnie rzemiosła.
Szewc przyjął go do pracy.

Po jakimś czasie do szewca przyszli wezyr i nazyr. Pokazali pantofelek i zapytali , czy nie uszyłby podobnego. Szewc już chciał odmówić, gdy wystąpił nowy uczeń i powiedział, że sam uszyje pantofelek.
– Przecie dopiero cię przyjąłem na ucznia, jakże możesz podjąć się takiej roboty? – zirytował się szewc.
– Nie złość się, mistrzu, wykonam zamówienie – uspokoił go Alo-Dyno.
– Ale wiedz – wtrącił wezyr – jeśli nie uszyjesz, car każe ściąć was obu.
– Nie przyjmuj zamówienia – błaga szewc – ulituj się nade mną starym!
– Uszyję, nie obawiaj się, mistrzu! Kup mi tylko dwadzieścia pudów orzeszków, a uszyję pantofelek w ciągu jednej nocy – zapewnił uczeń.
Szewc kupił mu dziewiętnaście pudów orzeszków.
– Teraz, mistrzu, idź spokojnie do domu, a jDaj a wezmę się do roboty – rzekł Alo-Dyno.
Strapiony szewc poszedł do domu. Nie wytrzymał jednak: w środku nocy, ukradkiem zaczął podpatrywać, co robi uczeń. Przekonawszy się, że ten gryzie orzeszki, zaczął sobie w duchu wymyślać: “Diabeł mnie podkusił, żem związał się z tym nicponiem! Głowę mi zetną przez niego!”
Skoro świt szewc przychodzi do pracowni i cóż widzi: obok carskiego pantofelka stoi drugi – kubek w kubek taki sam. Już chciał wziąć pantofelek w rękę, gdy uczeń powstrzymał go:
– Wczoraj nie chciałeś przyjąć tej roboty – dzisiaj nie dam ci dotknąć pantofelka!
Wkrótce przybyli nazyr i wezyr. Bardzo zadowoleni byli z dobrej roboty.
– Niech któryś z was idzie do cara po zapłatę – rzekli.
– Lepiej idź ty, synku – mówi szewc do Alo-Dyna – a nuż pantofelek nie spodoba się carowi?
Poszedł Alo-Dyno do pałacu. Pantofelki pokazano carowi, ale ten kazał zanieść je narzeczonej swego syna. Narzeczona, rzecz jasna, zaraz domyśliła się, że brakujący pantofelek przyniósł Alo-Dyno, i poznała go:
– Dlaczego nie przychodzisz do pałacu? – zapytała.
– Jeszcze nie pora! – odpowiada młodzieniec.
Narzeczona carewicza wypłaciła Alo-Dynowi pięćset rubli. Car dodał od siebie jeszcze pięćset.
Alo-Dyno wrócił z nagrodą do szewca i rzecze:
– Oto twoje pieniądze, mistrzu. Dłużej u ciebie nie zostanę.
– Dlaczego?
– Prosiłem cię o dwadzieścia pudów orzeszków, a tyś mi kupił tylko dziewiętnaście.
To powiedziawszy Alo-Dyno opuścił pracownię szewca i wrócił do staruszka – swego przybranego ojca.
– Gdzieżeś to bywał, synku? – pyta starzec.
– Młody jestem, to i włóczyłem się po mieście – odparł młodzieniec i nasypał staruszkowi dziesięć garści złota.

Jakiś czas później starzec zobaczył na bazarze liczne wojsko i dowiedział się, że to przybył car Aram, poszukujący tego, kto ośmielił się wykraść z jego pałacu cudownego ptaka Azarana. Alo-Dyno dowiedział się o tym i prosi starca:
– Idź, ojcze, do naszego cara i powiedz tak: “Daj rumaka mojemu synowi, on zaś pojedzie do cara Arama”.
Starzec pośpieszył do pałacu. Car wysłuchał jego prośby i rzecze:
– Od kiedy przyprowadzono rumaka, nikt nie odważył się do niego zbliżyć, jak stał, tak stoi u żłobu.
Domyśliła się narzeczona carewicza, że starzec jest posłańcem Alo-Dyna i poprosiła cara, aby dał zgodę na wyprowadzenie rumaka.
Car zgodził się. Wówczas narzeczona carewicza wyprowadziła konia ze stajni, przekazała go starcowi, ten zaś odprowadził rumaka Alo-Dynowi.
Wyjechał Alo-Dyno na swym rumaku na pole. Wtem patrzy – jedzie najstarszy brat.
– Dokąd jedziesz? – pyta Alo-Dyno.
– Zdobyłem cudownego ptaka Azarana, a teraz jadę do jego poprzedniego władcy – odrzekł brat i zawrócił konia w stronę wojsk cara Arama.
– Gdzie namiot cara? – pyta.
– To tamten – czerwony! – odpowiadają mu.
Podjechał najstarszy brat do czerwonego namiotu, wszedł do środka i carowi Aramowi siedem razy się pokłonił.
– Tyś jest carewicz? – pyta car Aram.
– Tak jest.
– Tyś porwał mego Azarna – Ptaka Tysiąca Treli?
– Tak jest.
– Jakeś go zdobył?
– Zdjąłem go z drzewa w twoim lesie.
– Kłamiesz, bratku: nie ty zdobyłeś Ptaka Tysiąca Treli, zejdź mi z oczu – rozkazał car.
Najstarszy brat jak niepyszny wrócił do domu. Wówczas średni brat dosiadł swego rumaka i pojechał do cara Arama.
– Dokąd jedziesz? – pyta go Alo-Dyno.
– Zdobyłem Ptaka Tysiąca Treli i jadę do cara Arama.
Wszedł średni brat do namiotu cara i siedem razy się pokłonił.
– Czy to ty wykradłeś mego ptaka? – pyta car.
– Tak jest.
– Opowiedz zatem, jakeś tego dokonał.
– Było ciemno. Nagle patrzę – przyleciał cudowny ptak i siadł na gnieździe. Wyciągnąłem więc rękę i cap! – złapałem Ptaka Tysiąca Treli.
– Kłamiesz, to nie ty wykradłeś mego ptaka! – rzekł car i kazał przepędzić średniego brata.
Potem car Aram wydał rozkaz: “Natychmiast odnajdźcie mi człowieka, który wykradł ptaka, w przeciwnym razie cały kraj obrócę w perzynę!”
Usłyszawszy to Alo-Dyno stanął przed obliczem swego ojca-cara i prosi, aby zezwolono mu iść do  cara Arama. Car nie poznał najmłodszego syna i mówi:
– Dobrze, idź, jeśli chcesz.
– Panie, daj mi jednak słowo – prosi Alo-Dyno – jeżeli car Aram ze swymi wojskami odstąpi, wówczas na trzy godziny oddasz mi władzę.
Car zgodził się. Pojechał Alo-Dyno do cara Arama.
– Tyś carewicz? – pyta car Aram.
– Tak jest.
– Tyś wykradł mego Azarana?
– Tak jest, ja wykradłem Azarana – Ptaka Tysiąca Treli.
– Opowiedz, jak tego dokonałeś.
Alo-Dyno odpowiedział wszystko po kolei.
– To znaczy, że to ty jesteś Alo-Dyno? – pyta zdumiony car.
– Tak jest.
– Jak mi zatem dowiedziesz, że wszystkie te bohaterskie czyny są twoją zasługą?
Alo-Dyno, niewiele myśląc, zdjął z konia churdżyn, wydobył zeń wargi i nosy trzech dewów i pokazał carowi.
Na to car Aram ozwał się tymi słowy:
– Synu, oddaję ci w darze mego ptaka! – i zebrawszy swoje wojsko odjechał.
Alo-Dyno powrócił do swego ojca-cara i zapytał:
– Poznajesz mnie?
– Nie.
– Jestem twój syn Alo-Dyno.
– Jeśliś naprawdę moim synem, spraw, żeby nasz ogród się zazielenił.
Wtedy Alo-Dyno podszedł do cudownego ptaka i poprosił:
– Drogi mój Azaranie, zaśpiewaj tysiącem treli – niech nasz ogród zakwitnie, niech nas rozweseli!
Cudowny ptak zaśpiewał i cały ogród okrył się zielenią i kwieciem.
Wtenczas Alo-Dyno rzekł do cara:
– Obiecałeś, że na trzy godziny oddasz mi władzę.
– Tak, masz do tego prawo – zgodził się car.
Alo-Dyno siadł na tronie i zaczął sądzić swych braci. Przyznali się bracia do wszystkich niegodziwości.
– Jak ich ukarać, ojczulku-carze? – pyta Alo-Dyno.
– Twoja wola, mój synu.
Wtedy rzekł Alo-Dyno:
– Oni mnie nie zabili, więc ja ich też na śmierć nie skażę. Niechaj razem ze swymi żonami opuszczą nasze państwo.
I bracia na zawsze opuścili rodzinne strony.

2 odpowiedzi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge