Autostopem po Gruzji i Armenii, cz. 1

Naszych autostopowych przygód było tak dużo (w końcu przejechaliśmy jakieś 1750 km w ten sposób), że postanowiłam podzielić je na 3 części w kolejności chronologicznej: Gruzję, Armenię oraz Gruzję i Turcję Wschodnią [dopisek: jednak udało się 2 dwóch częściach, tu możecie przeczytać drugą]. Mam nadzieję, że te wpisy będą zachętą i cenną wskazówką dla kogoś, kto zawsze chciał spróbować podróżowania autostopem, a miłą lekturą dla tych, którzy wiedzą, że raczej takie fanaberie sobie odpuszczą. 😉

I z góry prosimy o wybaczenie, bo nie będzie zdjęć. Jazda stopem ma to do siebie, że dla wygody i usprawnienia wsiadania i wysiadania z kolejnych aut, aparat spoczywał bezpiecznie w plecaku. Muszę się tego oduczyć, bo teraz żałuję, że nie mogę Wam pokazać, jak naprawdę wyglądały warunki, w których podróżowaliśmy. Pozostaje tylko opis.

Przeczytaj naszą relację z powrotu do domu przez Turcję i Bałkany!

Musimy przyznać, że przygoda ze stopem w Gruzji zaczęła się dosyć nieprzyjemnie. Chcieliśmy stanąć na drodze wylotowej z Kutaisi, ale nie w centrum, tylko poza miastem. Na postoju marszrutek zaczepił nas jeden z kierowców:
Kuda wy jediecie?
– Chcemy poza miasto.
A kuda?
My awtostop. Najpierw Gori, a później Tbilisi.
– Aaaa! Eta daroga k Tbilisi – mężczyzna wskazał kierunek, w którym pędziło morze samochodów.
Ruch był zbyt duży, wiedzieliśmy, że szybciej będzie po prostu wydostać się marszrutką za miasto i stamtąd łapać dalej stopa.
– A która marszrutka tam jedzie?
– To blisko! 500 metrów i koniec garoda! Możecie pieszkom!
Spojrzeliśmy po sobie z powątpiewaniem, bo odległość nie wyglądała na 500 metrów, kupiliśmy od przechodzącej obok staruszki dwa chaczapuri tak gorące, że aż parzyły nam palce, i stwierdziliśmy, że właściwie to możemy się przejść.
I to był błąd! Szliśmy i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy… Może z godzinę? A ciągle byliśmy w mieście! Zaczęły nas już boleć stopy i plecy od marszu z plecakami po twardej nawierzchni. Na szczęście tego dnia było w miarę chłodno, a słońce chowało się za chmurami. Zawsze to jakiś komfort.

Dlaczego Kutaisi nie przypadło nam do gustu?

Byliśmy już trochę źli, że to miasto nie ma końca, więc postanowiliśmy złapać pierwszą lepszą marszrutkę. Przejechaliśmy kilkaset metrów, most i… skręciliśmy z wylotowej drogi gdzieś w prawo. Szybki wywiad wśród pasażerów: „To marszrutka do Tbilisi? Nie, nie? Stop, wysiadamy!” Dobrze, że nie odjechała daleko. Wróciliśmy na drogę i wyciągnęliśmy kartkę, na której napisaliśmy po polsku i gruzińsku Gori.

Po jakichś 5 minutach zatrzymał się samochód.
– Jedziecie do Gori? – zapytałam.
– Niestety, nie – odpowiedział chłopak po angielsku (!) – jedziemy tylko 50 km w tamtą stronę. Ale możemy was podrzucić.
O rany, jest szansa na znalezienie się 50 km od tego okropnego miasta! Nasza radość nie znała wtedy granic. A chłopak nie mógł wyjść z podziwu, że napisaliśmy Gori po gruzińsku. 😉

Wyrzucili nas w mieście. Wtedy jeszcze nie byliśmy tak wprawieni w autostopowaniu (niesamowite, jak szybko człowiek się tego uczy – w końcu chodzi o przetrwanie), więc z centrum trzeba było znowu się przenieść w jakieś lepsze miejsce. Staliśmy z naszą kartką, czekając aż coś się zatrzyma, kiedy podszedł jakiś dziadek. A skąd jesteście, a co tu robicie, a podoba wam się w Gruzji, a czemu jedziecie do Gori? Kiedy wreszcie skończyły się jego pytania, stwierdził, że będzie tylko stał. I tak sobie stał obok nas odstraszając naszych potencjalnych kierowców. Więc zniecierpliwieni pożegnaliśmy się i poszliśmy dalej, aż wreszcie trafiliśmy na parking, gdzie łatwiej było łapać.

Najpierw zatrzymywały się same taksówki. Byliśmy już mocno poirytowani, kiedy stanął przy nas jakiś samochód z trójką Gruzinów – dwoma facetami z przodu i dziewczyną z tyłu. Żadne z nich nie mówiło ani słowa po angielsku, ale tego nawet nie oczekiwałam, ani po rosyjsku, czego oczekiwałam bardzo. Jakoś na migi udało nam się wytłumaczyć im, że chcemy do Gori, oni pokazali, że jadą do Tbilisi i możemy się z nimi zabrać. Super! Zapakowaliśmy się i wesoło jedziemy, aż nagle jeden Gruzin się odwraca do nas i z uśmiechem mówi: Taxi.

Jakie taxi? My nie chcemy taxi! Nie mamy pieniędzy! Gruzin, widząc moją lekką irytację, zadzwonił do swojej koleżanki, która mówiła po angielsku i ta wytłumaczyła mi, że chcą od nas po 15 lari (30 zł) za osobę do Gori. CO TAKIEGO?!
– Kobieto! – mówię – wytłumacz proszę swojemu przyjacielowi, że podróżujemy autostopem! Nie mamy pieniędzy i nie wiedzieliśmy, że to taksówka, a oni nam nie powiedzieli. Gdybyśmy chcieli taksówkę to byśmy ją po prostu złapali na drodze, a nie stali z kartką!
Właściwie dla nich to nie było różnicy – z kartką czy bez. Tutaj każdy na pewno chce taksówkę, a szczególnie turysta.
W końcu ustaliliśmy, że wyrzucą nas przy wjeździe do Gori i damy im 20 lari. Chcieli za 25 podrzucić nas do Muzeum Stalina, ale podziękowaliśmy. Nie chcieliśmy ich już widzieć i nie daliśmy im pocztówki z Polski, którą dawaliśmy wszystkim pomagającym nam (wozimy przy sobie niezły zapas ;)).
Właściwie nie wiemy, czemu po prostu nie poprosiliśmy, żeby od razu się zatrzymał i zostawił nas na drodze. Przecież mogliśmy łapać dalej. Ale chyba byliśmy zbyt zdenerwowani, żeby myśleć racjonalnie. Od tej pory każdemu mówiliśmy, że podróżujemy autostopem i nie mamy pieniędzy.

Z Gori pochodził Józef Stalin. Niektórzy Gruzini są z tego dumni!

Ponieważ dzień powoli miał się ku końcowi, trzeba było znaleźć jakiś nocleg. Nie mieliśmy tego dnia już ochoty na wydawanie pieniędzy, więc tylko rzuciliśmy okiem na mapę i postanowiliśmy, że wyjdziemy za Gori od strony południowej, przejdziemy kilka kilometrów i dojdziemy do rzeki, gdzie się rozbijemy. Kupiliśmy jeszcze trochę chleba, sera i melona na kolację, jakieś gruzińskie piwo i ruszyliśmy przed siebie.

Nagle obok nas zatrzymał się samochód, który jechał w tę samą stronę:
Kuda wy idjecie?
O Boże, weź mu teraz wytłumacz, że idziemy nad rzekę. Zacznie się lawina pytań!
– Tam.
Gruzin się zatrzymał i zaczął nas wołać do samochodu. On tam jedzie, on nas podrzuci! Właściwie to czemu nie?
Wytłumaczyliśmy mu, że mamy namiot i chcemy spać nad rzeką. Zawiózł nas dalej, niż zamierzaliśmy, gdzie było idealne miejsce wśród krzaków i niedaleko mostu. Podziękowaliśmy mu, szczęśliwi, że wreszcie nasz dzień się kończy i zaraz będziemy smacznie spać w namiocie. Gruzin był zrozpaczony, bo w końcu zostawił nas w miejscu, gdzie nic nie ma, ale wyjaśniliśmy mu, że nam właśnie o to chodziło. Odjechał, chociaż nie był przekonany, że naprawdę nam się tu podoba, ale później wrócił. 😀 Próbował nas zabrać do miasta nad rzekę, bo tam ludzie i wszystko, a tu nic nie ma. Ciężko mu było wytłumaczyć, że dla nas lepiej, jak nic nie ma, bo nikt nie wie, że tu jesteśmy i nikt nam nic nie zrobi, a w mieście nawet nie mamy gdzie rozbić namiotu. Oczy miał jak kot ze Shreka, ale odpuścił.

Następnego dnia łapaliśmy stopa do Kaspi, gdzie chcieliśmy wsiąść w marszrutkę do Tbilisi. Jedynym samochodem, jaki się zatrzymał, była… marszrutka. Mimo, że kierowca nie chciał od nas zapłaty, daliśmy mu po jednym lari. W końcu to jego praca, bez przesady!

Następnie mieliśmy kilka dni wolnego od autostopowania i dopiero po zwiedzeniu Dawit Garedży ruszyliśmy autostopem na wschód.

Zobacz, dlaczego Dawit Garedża nas zachwycił!

Na głównych drogach autostop szedł sprawnie. Najpierw podrzucił nas kawałek jakiś Gruzin, z którym rozmawiałam po niemiecku. Jechał z córką studiującą w Niemczech, on mieszka na Litwie. Potem gdzieś skręcał, ale za chwilę udało nam się zatrzymać kolejny samochód.

Jechało nim trzech Gruzinów w średnim wieku, a kierowca tak szybko nawijał po rosyjsku, że rozumieliśmy co 10 słowo i tylko przytakiwaliśmy. Zawiózł nas do samego Signagi, chociaż wcale tam nie jechał, i dał arbuza. To był pierwszy prezent, jaki dostaliśmy! Zapisał nam też na kartce swój numer telefonu. Jak będziemy w Telawi, skąd on pochodzi, to mamy zadzwonić. 🙂

A potem chcieliśmy z Signagi jechać do Armenii, czyli musieliśmy znowu jechać na zachód. Na początku mieliśmy problem, żeby dojechać do głównej drogi. Utknęliśmy pod Signagi na godzinę, a żadna marszrutka tędy nie jechała. W końcu jakieś dwie nastolatki się nad nami zlitowały i wyrzuciły nas prawie przy samej drodze na Tbilisi. Brakowało ze 4 km, więc wzięliśmy taksówkę za 2 lari (4 złote). Potem było już z górki, chociaż tego dnia nasza podróż trwała 10 godzin.

A jechaliśmy 220 km. ‘Tylko’ czy ‘aż’? Zanim sobie przeliczycie w głowie, jak szybko się przemieszaliśmy, weźcie pod uwagę, że jechaliśmy autostopem, czasem szliśmy, czasem tylko łapaliśmy, a poza tym stan dróg i pojazdów w Gruzji nie pozwala na takie przemieszczanie się, jakie znacie z Polski. Właściwie oprócz kryzysu pod Signagi i gościny, cały czas byliśmy w drodze! Mogę powiedzieć, że szło nam sprawnie i szybko, a Gruzja jest idealna dla początkujących autostopowiczów. O ile trzymają się głównych dróg…

Najpierw złapała nas Azerska rodzina, z którą przejechaliśmy 1/3 drogi do Tbilisi. Dostaliśmy od nich dwie brzoskwinie. Potem przechwycił nas Turek. Wyrzucił nas pod wiaduktem przed Tbilisi, dał swój numer telefonu ‘na wszelki wypadek’ i pojechał do miasta. My przeszliśmy przez wiadukt i stanęliśmy na trasie na Azerbejdżan. Od razu zatrzymał się pan, który jechał bardzo zadbanym mercedesem do domu do Rustawi. Tam nas wyrzucił, a my musieliśmy złapać taksówkę za miasto (za 4 lari), bo nie szło łapać czegokolwiek na drodze wjazdowej do miasta.

na horyzoncie Rustawi – pośrodku niczego

Potem zatrzymali się dwaj Azerbejdżanie, którzy wracali do domu z pracy (czyli do Azerbejdżanu z Gruzji). Poprosiliśmy ich, żeby wyrzucili nas przy jednej z dróg odbijających na Armenię. To były lokalne drogi, nie główne. BARDZO lokalne. W polskich warunkach powiedzielibyśmy, że takie drogi w ogóle nie istnieją. Takie drogi widmo.

Nie było innej opcji? Była, może nawet szybsza, ale wymagała wjazdu do Tbilisi. Mieliśmy już dosyć problemów z wydostaniem się z poprzednich miast i samego Tbilisi też mieliśmy dosyć, więc nawet nie rozważaliśmy tej opcji. Trzeba było skorzystać z lokalnych dróg.

Drogi widmo na mapach wyglądają dobrze, całkiem ich sporo. Ale w rzeczywistości to piach i żwir (choć nie zawsze – może to być też asfalt w złym stanie). Tylko że my nie byliśmy przygotowani na przemieszczanie się w takim kurzu i skwarze bez żadnego cienia. Sebastian zostawił mnie przy drodze z plecakami i sam poszedł do oddalonego o jakieś 1,5 km sklepu po wodę. Ja w tym czasie usadowiłam się na malutkim skrawku cienia rzucanego przez jedyne w okolicy dwa drzewa. Pod samymi drzewami się nie dało, bo do pni były uwiązane krowy. A wystarczyło nam już przygód z krowami.

Kiedy Sebastian wrócił, stwierdziliśmy, że będziemy iść, dopóki coś nie będzie przejeżdżać przez to pustkowie. Akurat jechała pusta marszrutka. Kierowca, Azerbejdżanin, zaprosił nas do siebie do domu – dostaliśmy jajecznicę, owoce, warzywa, wodę. I trochę cienia! Nasza sytuacja za bardzo się nie poprawiła, oprócz tego, że byliśmy ze dwa kilometry bliżej do celu, najedzeni i zaoszczędziliśmy dwa kubki wody. Trochę podniosło nas to na duchu. Ale potem trzeba było ruszyć w dalszą drogę.

Na szczęście w tej wsi przy drodze rosły dość wysokie drzewa, więc trochę szliśmy w cieniu. Ale przed nami wciąż było jeszcze z 15 km. Nagle zatrzymała się czarna łada jadąca z naprzeciwka. Kierowca był policjantem. Wytłumaczyliśmy, że chcemy się dostać do drogi na Armenię. Powiedział, że może nas podrzucić. Zanim się ucieszyliśmy zastrzegliśmy, że nie mamy pieniędzy. Więc kierowca powiedział, że jednak nie może nas podrzucić. I pojechał.

Dobrze pamiętam, że puściliśmy za nim niezłą wiązankę przekleństw.

W takich warunkach cierpliwość jest niczym mocno napięta struna, którą łatwo zerwać, a najmniejsze niepowodzenie może być przyczyną wielkiej kłótni. Ciężar plecaków, skwar, kurz, który czujesz w nosie i na języku, a po ciele spływają łaskoczące krople lepkiego potu… Żeby było chłodniej, idziesz w sandałach, ale co chwila ostry kamyczek wpada Ci do buta. Za bardzo rozebrać się też nie możesz, bo nie wypada. Wszyscy tu na ciebie patrzą. Chcesz chociaż zdjąć z głowy czapkę, bo kurz i pot na włosach strasznie swędzą, ale wiesz, że możesz dostać udaru cieplnego od słońca i wysiłku fizycznego, a w tych warunkach nie byłoby możliwości ochłodzenia organizmu ani nawet wezwania pomocy (w ogóle to gdzie my jesteśmy?), więc właściwie wolisz tę czapkę zostawić.

Upał wyżera ci mózg i zaczynasz tracić nadzieję, że jakikolwiek samochód się tutaj pojawi. Wiesz, że wtedy będziesz musiał rozbić namiot gdzieś w okolicy. Nigdzie nie ma wody, oby tylko węży nie było. A ziemia jest wysuszona na wiór i zbyt twarda, żeby wbić w nią śledzie od namiotu, te tandetne, chińskie śledzie, które wyginają się w każdą stronę. Więc wbijasz je byle jak, prowizorycznie, a przy najmniejszym ruchu w nocy cały namiot się kładzie.

Krótko mówiąc: masz dosyć, wybranie tej drogi to był największy błąd, a poza tym tęsknisz za domem. Chcesz się wybrać na stopa do Gruzji latem, w środku najbardziej upalnej pory roku? Proszę bardzo, ale bądź świadomy takich warunków. Jeśli dodatkowo jedziesz z kimś po raz pierwszy, wiedz, że to będzie dla was test. I albo stwierdzisz, że to Twój człowiek, na którego zawsze możesz liczyć i nawet jeśli się pokłócicie, to on będzie na stanowisku i nie odejdzie choćby nie wiem co, albo nigdy więcej nie pojedziecie razem autostopem.

Dlatego odmawiam, kiedy ludzie proszą mnie (tak, są tacy), żebym z kimś pojechała, bo sami się boją. Ja swojego zaufanego człowieka mam. I nie potrzebuję szukać innego. Ponadto znam siebie i wiem, że jeśli ktoś w kryzysowych sytuacjach się rozkleja, to mam ochotę go zabić. Nie podróżuję z innymi dla ich własnego bezpieczeństwa. 😛

Jeszcze kawałek szliśmy i nagle zobaczyliśmy siedzącego w samochodzie Gruzina. Podeszliśmy i wytłumaczyliśmy wszystko, pytając, czy nas zabierze. Akurat wracał policjant swoją czarną ładą. Nasz Gruzin zatrzymał tego policjanta i powiedział, żeby nas podrzucił kawałek. I tym razem policjant nas zabrał. Za darmo! 😀 A potem nawet zadzwonił do swojego brata, który jeździł gdzieś po okolicy swoją stjuningowaną furą („Sebastian, trzymaj ostrożnie plecak, żebyśmy nie uszkodzili tapicerki, bo czuję, że moglibyśmy mieć kłopoty”), a ten zawiózł nas jeszcze dalej, do miejscowości Marneuli przy drodze na Armenię.

Większość naszych kierowców chciała nas wieźć na marszrutkę, nie wiem dlaczego. Tłumaczyliśmy przecież, że podróżujemy autostopem bez pieniędzy (w to chyba nie bardzo wierzyli, bo zwykle pytali co w takim razie jemy). Tak samo było tym razem, ale w mieście pokazali nam drogę na Armenię. Stwierdziliśmy więc, że idziemy, bo znowu żadna marszrutka nie jechała w tamtą stronę, i jeszcze zanim wyszliśmy z miasta zaczęliśmy łapać stopa. Zatrzymał się miły pan, który jechał do domu, jakieś 5 km od granicy. Tak, tak, tak!

Dzień się kończył, już dochodziła 19, a my byliśmy tylko 5 km od granicy gruzińsko-armeńskiej. Iść? Szukać noclegu? Mieliśmy taki nasz mały zakład. Sebastian twierdził, że nie uda nam się w tym tempie przekroczyć granicy, ja – że na pewno się uda, bo jakaś pozytywna siła czuwa nad nami. I wiecie co?

Zatrzymał się chłopak, który wiózł do domu opony. A mieszkał w Erywaniu! 😀 Ha haaa! Był bardzo miły, kiedy tankował gaz (ten ormiański gaz to specyficzna sprawa, ale o tym następnym razem) zaproponował nam kawę, ale stwierdziliśmy, że nie zdążymy wypić, więc kupił nam colę. Zostawił nas w Alawerdi, czyli tam, gdzie planowaliśmy, chociaż przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie jechać z nim aż do Erywania. Ale nie! Nie możemy tak bardzo zmieniać planów! Więc nasz kolega zostawił nam tylko swój numer telefonu, na wypadek gdybyśmy potrzebowali pomocy w Erywaniu. (Później mieliśmy tych numerów już tyle, że mogliśmy założyć kieszonkową książkę telefoniczną.)

I po takim dniu, po 220 km przejechanych w 10 godzin, nic nie było tak cudowne jak chłodne piwo i odświeżający prysznic. Później jeszcze kilka, a może kilkanaście razy to powiemy. 🙂 I mimo, że wtedy było nam bardzo nie do śmiechu, dziś wspominam ten dzień bardzo dobrze. Chyba wszystko dzięki ludziom, miłym, uśmiechającym się ludziom, którzy dawali nam owoce i swoje numery telefonów ‘w razie gdyby’. Właśnie dla takich wspomnień uwielbiam i uważam, że warto podróżować stopem!

Autostop w Armenii to odrębna sprawa, zostawię go na później. Poza tym nie chcę Was od razu zasypywać wszystkimi opowieściami Babci Gąski. 😉

Na koniec przytoczę jeszcze rozmowę moją z tym chłopakiem od Erywania, kiedy Sebastian był w wc. Ormanin pyta:
A w Polszy to wsjo diewoczki takie bielyje?
– Ha ha, mnogo diewoczek bielyjych w Polszy, mnogo! – odparłam swoim kulejącym rosyjskim.
To haraszo! Ja ljublju bielyje! A u nas w Armenii tolko cziorne i cziorne!
Sebastian twierdził później, że to przez te moje bielyje włosy tak sprawnie szedł nam autostop. A ja  próbowałam go uczulić na lubieżne spojrzenia facetów, żeby wiedział, kiedy ma mnie nie zostawiać samej. 😛

W następnym autostopowym odcinku: dlaczego w Armenii podróżować autostopem jest jeszcze lepiej niż w Gruzji, co chciała od nas policja, która nas zatrzymała i jak to zrobiliśmy, że przejechaliśmy 100 km marszrutką bez pieniędzy. Zostańcie z nami! 🙂

2 odpowiedzi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge