10 najprzyjemniejszych rzeczy, jakie przytrafiły nam się w Gruzji

Muszę przyznać, że Gruzja trochę nas rozczarowała. Zdecydowanie bardziej przypadła nam do gustu Armenia (i wiem, że wielu innym osobom też). Mimo wszystko znalazło się kilka rzeczy, które nam się bardzo spodobały i wspominamy je z nostalgią. Poniżej wymieniamy te rzeczy w porządku chronologicznym, tak jak nam się przytrafiły.

1. Jaskinia Prometeusza

Jak dotąd największa jaskinia, w jakiej mieliśmy okazję być. Z podświetlonymi naciekami i muzyką klasyczną w tle. Przywitała nas od razu po przylocie do Kutaisi, taki miły początek przygody. Więcej zdjęć i informacji o Promete we wpisie Monastyry, jaskinie i dinozaury.

2. Nocleg nad rzeką Kurą

Właściwie zupełnie przypadkiem tu trafiliśmy. Byliśmy gdzieś z dala od głównej drogi, słońce paliło niemiłosiernie. Zatrzymał się jakiś Gruzin jadący do domu. Zaoferował się, że nas podwiezie. Łamanym rosyjskim wytłumaczyliśmy, że chcemy nad rzekę. Więc zawiózł nas w świetne miejsce niedaleko mostu (gdzie rano schowaliśmy się przed burzą).

Po jakiejś godzinie wrócił do nas i prawie z płaczem mówił, że nic nam nie pomógł, więc zawiezie nas w inne miejsce, do miasta. Mieliśmy już wszystko rozstawione i za bardzo nie uśmiechało nam się nocowanie w mieście (tu przynajmniej nie było ludzi), więc grzecznie mu podziękowaliśmy. Odchodząc wyglądał jak zbity pies, więc musieliśmy go jeszcze zapewnić, że bardzo nam pomógł, w końcu gdyby nie on, nie dotarlibyśmy do rzeki tak szybko. I tak chyba niewiele go to przekonało.

3. U stóp Kazbeku

Kaukaz to moje pierwsze góry wyższe od Alp (a wielkim miłośnikiem gór nie jestem). Ale Kazbek (5047 m) wyłaniający się co chwilę zza chmur powalił nas na kolana! Wychodzimy rano z namiotu, a tu on! Nie mogliśmy trafić na lepszą pogodę. Wiele spotkanych później osób mówiło, że byli mniej więcej w tym samym czasie co my i nie mieli tyle szczęścia z pogodą – niektórdzy w ogóle nie widzieli tego szczytu.

A poza tym bardzo miło wspominamy pieski, które pilnowały naszego namiotu i ciągle chciały się bawić. 😀

ośnieżony Kazbek
nasz przyjaciel na posterunku 🙂

4. Lodowiec

Widzieliśmy lodowiec, taki najprawdziwszy, jak pokazują w filmach przyrodniczych! Wielki jęzor wychodzący z gór! Nawet na nim stanęliśmy! 🙂 Był śliski i widoczne były spod brudu kryształki lodu. 😀 Zdecydowanie taki lodowiec powinien być wpisany na listę “100 cudów natury, które musisz zobaczyć przed śmiercią” 😉

lodowiec Gergeti

5. Davit Garedża

Monastyr wykuty w skale. Sam monastyr nie powalił nas tak bardzo, jak widoki dookoła. A z drugiej strony góry rozciąga się widok na Azerbejdżan! Dla wielu to tylko spalone słońcem stepy, ale dla mnie to właśnie kwintesencja podróży. Tzn. nie same stepy, ale uczucie, które przepełnia mnie w środku, kiedy mogę podziwiać takie widoki.

To jest moment, kiedy widzę wszystko dookoła, hen, hen, daleko aż po horyzont i przepełnia mnie poczucie wolności i niczym nieograniczonej swobody. Życie jest piękne! 🙂

Przeczytaj nasz wpis o Dawit Garedży!

Davit Garedża nad stepami Gruzji
widok na Azerbejdżan

6. Signagi

Miasteczko w Kachetii na wschodzie kraju. Całkowicie odrestaurowane pod turystów. Może i przez to nie jest już takie naturalne, ale miło tam odpocząć od chaotycznej i zaśmieconej Gruzji. Poza tym nocleg u przemiłej staruszki Dodo, która wyleczyła mnie domowym sposobem z zatrucia żołądkowego, zapamiętamy do końca życia! I kachetyjskie domowe wina też! 🙂

a w tle szczyty Kaukazu

7. Chaczapuri po adżarsku

Chleb z zapiekanym serem i jajkiem, tradycyjne danie w Gruzji pochodzące z Autonomicznej Republiki Adżarii. Chociaż kuchnia gruzińska mnie nie zachwyciła, to danie weszło do kanonu moich ulubionych! Polecam wszystkim szczególnie w knajpce przy ul. Barataszwilego w Signagi (łatwo poznać to miejsce po żółtym szyldzie).

W tej samej knajpce dostaliśmy od jakiejś przemiłej pani dzban wina z okazji jej urodzin. Ach, ci Gruzini! 🙂

Przeczytaj nasz wpis o kuchni gruzińskiej i ormiańskiej!

mniam!

8. Gościna u Azerbejdżanina

To była nasza jedyna gościna w Gruzji. Jechaliśmy autostopem do Armenii i, nie chcąc przebijać się przez Tbilisi, wybraliśmy jakieś boczne drogi. Na mapie istniały, ale w rzeczywistości ciężko nazwać je drogami. Była to po prostu utwardzona ziemia, w najlepszym miejscu wysypana żwirem. Szliśmy w tym kurzu i skwarze, wściekli, bo jak okiem sięgnąć nie było perspektywy na nocleg przy wodzie. W końcu, nie wiadomo skąd pojawiła się pusta marszrutka. Wytłumaczyliśmy kierowcy, że nie mamy pieniędzy, ale on tylko powtarzał: “Czaj, czaj u mienia w doma!” Zgodziliśmy się na ten czaj, a tam ugoszczono nas wszystkim, co mieli pod ręką: jajecznicą, owocami, warzywami, wodą (czaju jednak nie było :D). Zjedliśmy, porozmawialiśmy, podziękowaliśmy i poszliśmy dalej. I chociaż ciągle było ciężko, to jakoś tak lżej na duszy. 🙂

Zdjęć nie mamy, bo stwierdziliśmy, że po prostu nie wypada. W końcu jesteśmy w gościach, a nie w zoo. Ale w głowie zostały najdrobniejsze szczegóły. 🙂

9. Wardzia

Naprawdę, po bardzo nieprzyjemnej nocy i poranku chcieliśmy sobie odpuścić. Nie mieliśmy po prostu sił, chcieliśmy już jechać nad morze i odpocząć. A poza tym myślałam, że po jordańskiej Petrze żadne skalne miasto już nie przypadnie mi do gustu. Ale dobrze, że jednak pogoda się poprawiła i udało nam się tu dotrzeć! System korytarzy w Wardzi to zupełnie inna idea niż Petra. Z daleka miasto przypomina ptasie dziuple wydrążone w skale, właściwie ‘miasto’ to trochę za dużo powiedziane. To po prostu takie połączone ze sobą jamy. Przeciskanie się to w dół, to w górę przez wąskie przejścia to trochę jakby błądzenie po labiryncie, z którego wychodzi się w zupełnie nieoczekiwanym miejscu. I świetna zabawa! 😀

10. Camping i plaża w Kobuleti

Największe wrażenie w Kobuleti zrobił na nas porządek na bezpłatnym campingu i plaża prawie bez ludzi! Cisza i spokój, tylko my i szum fal. Nawet nie trzeba było nigdzie szukać jedzenia, bo obok był bar, a po plaży chodzili chłopcy sprzedający gotowaną kukuruzu i bakławę. Tego nam było trzeba! 🙂

Pewnie wielu osobom ta plaża nie wyda się niczym specjalnym. Też bym tak pomyślała, gdybym przyjechała do Gruzji na tydzień, ale my już byliśmy przemęczeni po 20 dniach dźwigania plecaków. Po prostu chcieliśmy odpocząć od wielkiego gruzińskiego chaosu (kto w Gruzji był, ten wie o czym mówię). A poza tym nie jesteśmy wybredni. 😛

W sumie muszę przyznać, że chociaż Gruzja mnie trochę rozczarowała, to i tak ją bardzo miło wspominam. 🙂 Na pewno była dużo bardziej zróżnicowana od Armenii i ma do zaoferowania naprawdę przeróżne atrakcje. Więc chyba każdy znalazłby coś dla siebie. 😉

3 odpowiedzi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge